Wieloczytanie, czyli tkwię (jeszcze nie tak do końca) po uszy w książkach

(Powinnam pisać artykuł. Dlatego właśnie podczytuję książki, oglądam „Clifforda – wielkiego czerwonego psa”, grzebię w szablonie i piszę ten post. Logiczne? Logiczne).

Kiedyś już chyba pisałam o wieloczytaniu (nie mogę teraz namierzyć tego postu), czyli o czytaniu jednocześnie kilku (albo i kilkunastu, a w skrajnych przypadkach kilkudziesięciu) książek. Znów jestem w tej sytuacji.

W gruncie rzeczy nic w tym złego – nawet wręcz przeciwnie, miło jest sięgać a to po tę, a to po inną książkę na zmianę, w zależności od potrzeby, ochoty, humoru i sytuacji (kryminał na przykład bardziej pasuje mi do wieczornego odpoczynku na kanapie z chipsami, czekoladą, herbatą i lodami, któryś tom Montgomery – do wylegiwania się w ciepły wolny dzień na huśtawce w ogrodzie, a traktat Tatarkiewicza czy tekst o buddyzmie – do momentu, gdy mój mózg ma ochotę i siłę na poważne treści). Poligamia czytelnicza jest dobra, jest bardzo dobra, jest wprost wspaniała – tylko, podobnie jak dobre i wspaniałe kupowanie licznych książek, ma jakąś swoją granicę.

Dla każdego ta granica jest kwestią indywidualną. Ja własnej nie potrafię określić dokładnie i ściśle (na przykład „powyżej pięciu / piętnastu / pięćdziesięciu”), po prostu w pewnym momencie dopada mnie uczucie, że za dużo mam rozgrzebane jednocześnie. Robię sobie wtedy listę (wiadomo, kocham listy) książek zaczętych i wymagających skończenia – i zaczynam akcję „doczytujemy, zanim znów zaczniemy czytać”. Jakiś czas temu, gdy pozycji oczekujących na doczytanie było kilkanaście, a mnie dopadał jednocześnie apetyt na kolejne tytuły, narzuciłam sobie rygor: skończę dwie z listy, mogę zacząć nową spoza listy. Pomogło, udało mi się ogarnąć (i uniknąć wrażenia „teraz czytam z musu te tytuły, by później móc czytać z chęci tamte”. Bo mus to też żadna frajda).

W tej chwili lista „Książki do skończenia” to osiem pozycji – a właściwie siedem, bo Wellsa właśnie doczytałam:

1. „O naturze rzeczy” – lama Ole Nydahl
2. „Opowieści fantastyczne”, tom 2 – H.G. Wells
3. „Hunter’s way” – Gerri Hill
4. „Odcienie miłości” – Munro
5. „Opowiadania nowojorskie” – James (została mi część „Domu na placu Waszyngtona”; już to kiedyś czytałam, ale chcę sobie przypomnieć)
6. „The Plays of Oscar Wilde”
7. „Heart of Darkness” – Conrad
8. „O szczęściu” – Tatarkiewicz

„O naturze rzeczy chcę dokończyć do przyszłego piątku, by oddać tę książkę i pożyczyć następną w ośrodku medytacyjnym; „Hunter’s way” czyta się szybko i dobrze, łatwo wciąga, choć tytułowa bohaterka trochę męczy (ale i tak ją lubię); na Munro chwilowo jakoś nie ma  nastroju, podobnie jak na Wilde’a; Jamesa chciałabym dokończyć, bo nie lubię, gdy zalega mi końcówka końcówki, poza tym przy pierwszym czytaniu „Dom...” pozostawił wrażenie nadpisanego przez autora we własnej głowie, ale niedopisanego w samym utworze problemu, więc chcę sprawdzić, czy teraz odbiorę to inaczej; „Heart of Darkness” jest moim czytelniczym wyrzutem sumienia (bo za moich licealnych czasów czytało się „Lorda Jima”, a z tym tytułem było mi później jakoś ciągle nie po drodze); natomiast „O szczęściu” czyta się cudownie, tylko powoli, bo co chwila mam ochotę się zatrzymać i przemyśleć jakiś fragment. Tatarkiewicz pisze wspaniale – powiedziałabym, że takim starym humanistyczno-naukowym stylem. Wyjątkowo apetycznym.

(Artykuł naprawdę idzie mi jak krew z nosa. Właśnie spędziłam godzinę na oglądaniu książkowych zdjęć na książkowych facebookach).

Blog, jak widać, przeszedł już małe porządki i ma nowy szablon; czeka mnie jeszcze porządkowanie podstron i starych postów oraz zebranie znów linków do odwiedzanych blogów, bo stary spis diabli wzięli przy ładowaniu nowego wystroju. Mam też problem natury technicznej – nie wszystkie nazwy w tym szablonie mogę przerobić z angielskich na polskie. Nie udało mi się namierzyć niektórych elementów, więc takie „read more” czy „comments” dalej podnoszą mi ciśnienie (a na slajderze jest jednocześnie polskie i angielskie słowo. Za cholerę nie mogę tego namierzyć i usunąć w szablonie). Nie wiem też, jak zapanować nad rozmiarami zdjęć w postach na stronie głównej – teraz każde ma taki wymiar, jaki mu się podoba. Jeśli ktoś się orientuje, w czym rzecz, będę wdzięczna za pomoc. Ale, tak czy inaczej, szablon mi się podoba i od razu przyjemniej mi się tu wchodzi (no i jednak sporo zdołałam ogarnąć samodzielnie – jestem z siebie dumna).

(Chyba dam sobie już dziś spokój z tym artykułem, zjem kolację, poczytam, obejrzę kolejny odcinek Clifforda i wezmę się za tybetański, bo cudowny podręcznik codziennie wysyła zalotne sygnały).

A obrazek stąd.

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz