Wielki triumf redakcyjny, czyli „Waga słów” już wydana

Otrzymałam wczoraj wspaniałą przesyłkę: egzemplarz świeżo wydanej książki „Waga słów – siła milczenia, czyli nowa kultura rozmowy” Anselma Grüna, wydaną przez wydawnictwo „W drodze”. Redakcję robiłam ja!

To moja pierwsza całkowicie własna książkowa robota redakcyjna i jestem z siebie niesamowicie dumna!

Autorem „Wagi słów” jest niemiecki benedyktyn z opactwa w Münsterschwarzach, doktor teologii i pisarz. Jak sam zaznacza, chciałby „zastanowić się nad tym, jakie znaczenie ma prawdziwy dialog [...] [oraz] spróbować odpowiedzieć na pytanie, czym jest język, którym mówimy”. Grün podejmuje więc tematy dotyczące komunikacji interpersonalnej, retoryki i wpływu języka na relacje międzyludzkie. Omawia te zagadnienia w oparciu o dwie Ewangelie, własne doświadczenia (mnicha, członka wspólnoty benedyktyńskiej, osobę prowadzącą między innymi kursy medytacyjne) oraz analizę dawniejszych i współczesnych zjawisk komunikacyjnych w kulturze (na przykład język nazistów, językowa deprecjacja w polityce). Zwraca uwagę na komunikację niewerbalną – zarówno w kontekście odbiorcy (na ile nasz przekaz jest wiarygodny, gdy słuchacz/widz łączy nasze słowa z naszymi gestami), jak i nadawcy (na ile sami dla siebie potrafimy wzmocnić, obniżyć lub wręcz zniszczyć wartość komunikatu swoją mową ciała).

Podobało mi się też wyszukiwanie i wskazywanie w Ewangeliach (Jana i Łukasza) elementów językowych, które tworzą wspólnotę (zamiast grup lepszych i gorszych), łączą (zamiast dzielić) i chronią godność człowieka (zamiast wgniatać go w ziemię swoją pogardą lub nienawiścią, w czym tak pięknie sprawdza się dziś polski kościół katolicki, dzielnie sekundujący polskiemu rządowi). Ciekawie przy tym wyglądało zestawianie dwóch wymienionych Ewangelii z dwoma pozostałymi – na zasadzie: „Mateusz lub Marek mówią po prostu to i to, mamy informację i tyle, a Jan i Łukasz wokół tej informacji budują językiem wspólnotową przestrzeń”. Nie znaczy to, że Ewangelie Mateusza i Marka są gorsze – po prostu Ewangelie Jana i Łukasza wychodzą poza informacyjną funkcję języka i sięgają po funkcję emocjonalną, impresywną, magiczną i właśnie... wspólnotową – która nie jest funkcją fatyczną, służącą po prostu do podtrzymania komunikacji; funkcja wspólnotowa, z którą się nie spotkałam w klasycznych opracowaniach językoznawczych, to właśnie to wszystko, co sprawia, że językiem potrafimy włączyć człowieka w jakieś mniejsze lub większe, pozytywne i wspierające „,my”. Grün odnajduje tę funkcję, bardzo intensywnie wykorzystywaną, nie tylko w dwóch Ewangeliach, lecz także w sposobie nauczania i rozmawiania niektórych mnichów z Münsterschwarzach, niektórych polityków, osób publicznych, ludzi znanych bezpośrednio lub pośrednio.

Ta funkcja wspólnotowa, potencjalnie zawsze obecna w języku, jest często spychana na bok przez funkcję odwrotną, wykluczającą – która też powinna mieć swoje wyraźne miejsce w nauce o funkcjach języka i o komunikacji. Grün zestawia ze sobą, na zasadzie kontrastu, przykłady wspólnotowego i wykluczającego użycia mowy; jest przy tym uczciwy i surowy także (a może szczególnie?) wobec własnego środowiska, bo nie ukrywa ani nie zaprzecza, że w zgromadzeniach kościelnych, w przestrzeniach „razem” mnichów, pojawia się język, który albo dzieli i wyklucza, albo (w najlepszym razie) wprowadza zamieszanie, niezrozumienie i blokadę komunikacyjną.

I jeszcze jeden element – Grün mówi też o milczeniu. Stare przysłowie, zgodnie z którym milczenie jest złotem, okazuje się nadal mieć rację bytu – bo milczenie to nie tylko możliwość powstrzymania słów krzywdzących czy błędnych, lecz także szansa pobycia sam na sam ze sobą. Ludzie nie potrafią milczeć w samotności (ani w towarzystwie) z reguły wtedy, gdy boją się tego, co w przypadku zamilknięcia mogliby w sobie usłyszeć (albo czego mogliby nie usłyszeć).

Coś w tym jest.

„Wagę słów” czyta się świetnie, świetnie też się nad nią pracowało – zwłaszcza że łatwiej się robi redakcję tekstu ciekawego i związanego z własnymi zainteresowaniami (a kwestie komunikacyjno-językowe to przecież moje klimaty badawczo-naukowe), więc w ramach pracy od razu dostałam wartościowy materiał do przemyślenia i wykorzystania w przyszłości. I to jeszcze przed publikacją!

(W ogóle to jest upajające uczucie: czytam książkę jeszcze przed jej wydrukowaniem. To dopiero czytelnicza satysfakcja).

Przekładu z niemieckiego dokonała Barbara Grunwald-Hajdasz (również autorka projektu graficznego); to taka tłumaczka, z którą współpraca była czystą przyjemnością: konkretna, życzliwa i cierpliwa. Współpracę z wydawnictwem „W drodze” też wspominam z wielką sympatią – jasne wytyczne, szybki i dobry kontakt, poważne traktowanie redaktora.

Jednym słowem – to była cudowna redakcyjna przygoda. Kilka tygodni czytania, poprawiania, nanoszenia poprawek z wydruku do pliku (tak jest jednak najwygodniej), sprawdzania, wracania, porównywania, nieraz nocnych posiedzeń przed komputerem (kolejne kubki herbaty i kolejne tabliczki czekolady znikały w błyskawicznym tempie), a potem taka chwila niedowierzania, gdy korekta została wysłana. I kolejna, krótsza runda przy sprawdzaniu wersji w PDF-ie – w pakiecie małe wzruszenie: to już jest złamane! A potem dostaję do rąk kopertę z logo „W drodze”, otwieram – i widzę efekt swojej roboty już między okładkami! Plus miły list z podziękowaniem od wydawnictwa. Wtedy to dopiero jest satysfakcja.

„Wagę słów” polecam wszystkim osobom, które interesują się komunikacją interpersonalną i wpływem języka na relacje międzyludzkie. Sama chętnie bym ją jeszcze raz przeczytała, ale... boję się. Nie jestem w stanie spokojnie tej książki przewertować, bo gdy tylko zahaczę wzrokiem o którąś stronę, zaraz zaczynam podejrzliwie śledzić kolejne linijki z takim wewnętrznym „czy ja tu gdzieś nie przegapiłam aby jakiegoś błędu???”. Może za jakiś czas mi przejdzie i nabiorę dystansu; na razie podziwiam po prostu zewnętrzne walory „Wagi słów” (ładnie wydana, przyjazny rozmiar, papier doby i miło pachnie) i zwyczajnie cieszę się, że jest.

A jest tutaj.

(Post znajduje się także na moim drugim blogu – „Pasjonatniku”).

Podziel się tym:

Comments

3 komentarze:

  1. Ale fajnie! Gratulacje :)

    Też kiedyś robiłam korektę książki (doktoratu znajomej) i nigdy do niej po wydaniu nie zajrzałam, bo bałam się znalezienia przegapionych błędów...
    Girl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to rozumiesz, dlaczego podziwiam tylko przednią i tylną okładkę tej książki, a na tylnej staram się nie czytać opisu :D No i jeszcze, oczywiście, podziwiam stronę redakcyjną. Ale dalej już nie mam odwagi spojrzeć... (Może za dziesięć lat).

      Usuń
    2. PS No i dziękuję! :) Świetnie się przy tym bawiłam. Teraz znów walczę z korektą, tym razem czasopisma naukowego, i też jest ciekawie, tylko już chwilami czuję się jak przyssana do ekranu...

      Usuń