Powrót na stare czytelnicze śmieci

Powiedzieć, że (znów) długo mnie tu nie było, to ująć sprawę bardzo eufemistycznie. Może i za bardzo eufemistycznie. Więc powiedzmy wprost: olałam „Fragmentownik” dokumentnie i porządnie. A teraz (znów) wracam – i mam nadzieję, że tym razem na dobre. Nie, inaczej: jestem zdecydowana, że tym razem na dobre. Bo wprawdzie można spokojnie czytać bez pisania o tym, ale z pisaniem o czytaniu czytanie jest jeszcze przyjemniejsze.

Na dzień dobry zrobię sobie duże małe porządki (bo bajzel mi się tu porobił spory). Trochę więc ogarnę szablon, trochę podstrony; część starych list i wyzwań prawdopodobnie pochowam, tak by zostały na pamiątkę dla mnie, ale nie zagracały przestrzeni; no i wrócę do czytania Waszych wpisów. Poza pisaniem o czytaniu znów bowiem brakuje mi czytania o czytaniu.

Jest Dzień Dziecka. Na Dzień Dziecka kupiłam sobie książkę  – z pewnym wyprzedzeniem wprawdzie (przyszła w połowie maja), ale jeszcze się do niej nie zabrałam, więc nadal się liczy jako prezent. Mam cichą nadzieję, że uda mi się przerobić pierwszy kawałek materiału już dziś – a jeśli nie dziś, to w każdym razie do końca tego tygodnia.

A co kupiłam? A „Podręcznik do nauki klasycznego języka tybetańskiego” Michaela Hahna.

A dlaczego? A o tym napiszę już wkrótce. Naprawdę napiszę. I naprawdę wkrótce.


I niech żyją blogi czytelnicze!

* Obrazek pochodzi stąd.

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz