Skoki w dzieciństwo, część I: wróble i kozy, czyli nic szczególnego

W zeszłym roku miałam na liście czytelniczej całkiem znośną liczbę książek dla dzieci – co więcej, w większości zupełnie dla mnie nowych (i współczesnych). Lubię książki dla dzieci – lubię wracać do tych z własnego dzieciństwa (to jak chwilowe cofnięcie się w czasie i powrót do świata, w którym wszystko było proste, miłe i bezproblemowe – tak, upraszczam etc., ale tak właśnie odczuwam te powroty); lubię też niekiedy sięgać po pozycje nieznane, szczególnie współczesne, bo z jednej strony widzę ciekawy rozwój samej kategorii „książki dla dzieci” i odpowiadanie (przynajmniej części z tych książek) na dzisiejsze sprawy istotne dla dzieci, z drugiej zaś – odnajduję w tych nowych tytułach pewne elementy, które, jak się okazuje, są stałe – powracają u różnych autorów i w różnych okresach. Ot, choćby konflikty pokoleniowe – albo raczej nieporozumienia pokoleniowe, bo tu nie kwestia sporów, tylko szumów komunikacyjnych jest szczególnie istotna.
W poprzedni weekend znów napadł mnie głód na książki dla dzieci i wciągnęłam ich pięć (w tym obie części Kubusia Puchatka); dziś pożarłam Wakacje Mikołajka. Pewnie powtórzę jeszcze kilka pozycji i pewnie poszukam paru nowych – a na razie, w ramach uporządkowania zeszłorocznych wrażeń z tego kręgu, dogrzebałam się do paru uwag, które udało mi się gdzieś roboczo pozapisywać.


Historyjka całkiem nowa o Niponkach z Niponkowa – Anna Zachorowska
Takie tam. To najlepsze podsumowanie tej książki, ani złe, ani dobre, ot – takie tam.
Historia (a właściwie osiem historyjek) jest prosta: oto rodzina wróbelków (Niponków, mieszkających w Niponkowie – nazwy pochodzą od miejscowości, w której mieszka wnuczek autorki) żyje sobie razem, bierze udział w ptasiej naradzie, młodsze wróbelki się bawią, dorosłe idą do salonu piękności, przebudowują gniazdo, wróble-seniorzy zakładają klub dobrej rady... Całkiem miłe, niewymagające, mało oryginalne, ale na czytankę dla małego dziecka się pewnie nada.
Gorzej z wykonaniem. Całość jest napisana wierszem, ale ten wiersz jest dość kiepski: raz są rymy, raz ich nie ma, raz jest równa liczba sylab, raz jej nie ma, raz się średniówka zgadza, raz nie zgadza, raz „średniówka? A co to takiego?”, wiersz bardziej regularny przeplata się z bardziej nieregularnym, a to wszystko przeplata się z kawałkami prozy – co mogłoby być nawet ciekawym eksperymentem, ale tu czuć nie eksperymenty z warsztatem, tylko zwykłą warsztatową nieudolność, albo raczej średnią udolność. Taką tam.
Jeszcze jest kwestia sposobu opowiadania o poszczególnych wydarzeniach. Czasem jest całkiem ładnie, treściwie – chociaż miejscami pojawia się za dużo szczegółów (takiego wyliczania „i to, i to, i to”). Czasem jest gorzej: pewne wydarzenia zostają tylko zasygnalizowane (pani Niponkowa idzie do salonu piękności, pan Niponek przebudowuje gniazdo), ale dokładniejszego, mogące zainteresować czytelnika opisu nie uświadczymy (a przecież byłoby ciekawie dowiedzieć się, jak wyglądają wróblowe zabiegi kosmetyczne). Zamiast tego dostajemy dydaktyczno-moralizujący opis z serii „dlaczego warto pomagać / o czym warto pamiętać”, czyli, na dobrą sprawę, te sygnalizowane wydarzenia stają się tylko pretekstem do jakiegoś pouczenia. A szkoda. Może jeszcze nie byłoby aż tak szkoda, gdyby nie to, że te pouczenia nie mają zwiewności i lekkości, są dość toporne.
Jednym słowem (w zasadzie dwoma) – takie tam. Na jednorazową, dość sympatyczną i bezbolesną lekturę z pewnością się nadadzą; podejrzewam jednak, że nie będzie do książka, do której się po latach powróci – raczej się ją zapomni na rzecz tych naprawdę zapadających w pamięć.

Przygody Koziołka Matołka – Kornel Makuszyński, Marian Walentynowicz (cztery księgi)
Przeczytane służbowo, ale z przyjemnością. W dzieciństwie za Koziołkiem nie przepadałam – bardzo słabo go pamiętam i bez żadnego sentymentu, bardziej mam wrażenie, że pewne elementy mnie drażniły lub odrzucały. Widzę jednak, że warto po latach wracać do książek z dzieciństwa, i tych uwielbianych, i tych obojętnych, i tych nielubianych – może się okazać, że wrażenia zmienią się diametralnie, a takie porównywanie własnych całkowicie odmiennych opinii bywa równie zajmujące, jak samo czytanie.
Myślę, że w tej chwili spodobała mi się w Koziołku prostota historii, zwariowany ciąg przygód i takie „wyjęcie z rzeczywistości”. Koziołek może spróbować wszystkiego, doświadczyć wszystkiego, zrobić wszystko, przeżyć wszystko. Już w to nie wierzę, już mnie ten brak wiary – i brak podstaw do tej wiary – tak nie smuci, ale miło czasem znów uwierzyć – albo udawać, że się wierzy – w ten brak wszelkich ograniczeń.
Denerwowało mnie natomiast – mam wrażenie, że przed laty też – poczucie niemożliwości wyjścia z wydarzeń, swego rodzaju połączenie przeznaczenia i fatum, jakie ciąży nad bohaterem. Koziołek leci na łeb, na szyję z jednej przygody w drugą, z jednego problemu w następny; nie ma czasu ani miejsca na zatrzymanie się, spojrzenie na siebie z boku, refleksję. Jest jak bezwolny kamień – raz wystrzelony z procy, musi lecieć, dopóki nie skończy mu się energia, i ani nie patrzy, ani nie widzi, ani nie myśli, że może kogoś (lub siebie) zranić; będzie lecieć na oślep, odgórnie ukierunkowany, sterowany, dopóki w coś nie uderzy i/lub nie upadnie na ziemię.
Koziołek musiał mnie w dzieciństwie męczyć chyba właśnie tym brakiem kontroli nad własnym życiem; a nawet jeśli nie męczył tym w dzieciństwie, to męczył teraz – mocno.

Podziel się tym:

Comments

3 komentarze:

  1. Książki dla dzieci bardzo mnie interesują ze względu na mojego Siostrzeńca, którego usiłuję zachęcić do czytania przy każdych odwiedzinach w domu... Niestety jego rodzice nie są bardzo czytliwi, a on sam ma dysleksję, co jeszcze trochę sprawę utrudnia. Mam wrażenie, że dla takiego nie do końca rozczytanego ośmiolatka trudno jest znaleźć "idealną" pozycję: z jednej strony, jest już trochę za duży na książki oparte na schemacie niewiele tekstu + ilustracje, a z drugiej, jeszcze nie całkiem daje radę dłuższym książkom z bardziej skomplikowaną fabułą. Do tego - nie chcę go zniechęcać jakimiś bardziej udziwnionymi książkami (a mam wrażenie, że trochę takich jest).
    Ostatnio kupiłam mu trzy zbiorki opowiadań dla dzieci (dwa z nich z dołączonym audiobookiem) i do pewnego stopnia to jest to, bo gdy cała fabuła zawiera się w krótkim tekście, to jednak Siostrzeniec daje radę się skupić czy to na samodzielnym czytaniu, czy na słuchaniu.
    A sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że ja miałam odwrotny problem - jako pięciolatka czytałam "W Pustyni i w Puszczy"...
    "Koziołka" bardzo nie trawiłam ;) Byłam wielką fanką Lindgren (hm, może powinnam spróbować poczytać ją po szwedzku?).

    Czy czytałaś / przeglądałaś / miałaś w rękach jakieś "książki obraz(k)owe"? Stoją najczęściej na półkach dla dzieci, ale mam wrażenie, że nie zawsze pasują do tej kategorii. Jest taka graficzka z Torunia, Iwona Chmielewska, która tworzy niesamowite książki obrazowe, dość mocno skonceptualizowane [przepraszam za mój piękny polski], moim zdaniem warto spojrzeć :)

    Girl

    OdpowiedzUsuń
  2. Koziołka też nie lubiłam. Ciekawe czy teraz by mi się spodobał? Ja siedzę teraz w książkach obrazkowych, wszelakich pop-up books i innych takich z racji czytelniczych zapędów mojej 2,5 latki. I się zachwycam, bo trafiają się nam cudenka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwszej książki nie znam, a Koziołka chyba bardziej z telewizji. Pamiętam książeczki o nietypowym formacie i specyficznej konstrukcji, chyba obrazki z podpisami. Prawie jak komiks. Same rymowane teksty lubiłam, ale coś mi w książeczkach przeszkadzało. Dziś nie pamiętam co. ;)

    OdpowiedzUsuń