O styczniowym prawie czytaniu



„Prawie czytanie” to robocze (dziś wymyślone) określenie stanu, którego szczerze nie lubię, a który można by podsumować tak: czytasz, a jakbyś nie czytała. Nie dlatego, że nie czytasz – tylko dlatego, że nie doczytujesz, że czytasz po kawałku tu, tam i owam, że o każdą chwilę czytania walczysz z masą innych spraw, od obowiązków po zmęczenie.


Na mojej liście czytelniczej pod styczniem widnieją trzy tytuły. Wygląda to kiepsko (żałośnie, paskudnie, do czterech liter); nie jest to jest prawdą – bo poza tymi trzema książkami czytałam też inne, co najmniej drugie i trzecie tyle – a jednocześnie jest prawdą, bo w całości przeczytałam rzeczywiście tylko te trzy. Pozostałe kilka – we fragmentach, teraz je dokańczam lub dokończyłam, a niektóre dokończę dopiero w marcu lub kwietniu.
Na przykład w tej chwili jestem w połowie opowiadań Woolf (wrażenia bardzo różnorodne i jeszcze niekompletne, więc Woolf poczeka na osobny post), w połowie Spowiedzi szaleńca Strindberga (napoczętej jeszcze w grudniu zeszłego roku – zmęczyłam się nią trochę, mizantropia, przez którą przebijają koszmarne kompleksy własne, jest nużąca, drażniąca i monotonna) oraz w prawie połowie Obietnicy poranka Gary’ego.
Na samym początku lutego skończyłam Nową singielkę Ellen Kay Trimbergen (czyli doczytałam brakującą jedną czwartą). Wrażenia bardzo, bardzo, bardzo na plus (i muszę wreszcie przeczytać w całości Quirkyalone Cagen, mam ją od paru lat, tyle o niej marzyłam, a wciąż stoi ledwo napoczęta).
Na pewno nie w lutym skończę kilka książek fachowych na zajęcia – co jest logiczne, bo skoro mam parę pozycji do danego przedmiotu, to czytam na poszczególne zajęcia te rozdziały, które dotyczą tematów z zajęć.
Tyle, jeśli chodzi o same książki. A pozaksiążkowo: w styczniu zaczęłam przestawiać swój rytm spania i wstawania (obecnie wstaję o czwartej trzydzieści, dziś udało mi się wstać o czwartej – chciałabym przesunąć wstawanie jeszcze o pół godziny, ale to najwcześniej w marcu, na razie chcę się porządnie przyzwyczaić do nowej pory. To już duży sukces – po umyciu się, spacerze z psem i przygotowaniu się do wyjścia została mi jeszcze prawie godzina wolnego czasu, więc mogłam spokojnie pozałatwiać maile służbowe). Weekendy w większości mam pozapychane zajęciami. Wróciłam do nauki włoskiego (obok kursowego i własnego niemieckiego). Obiecałam sobie, że w marcu – bo w lutym nie wyrobię – wrócę też do francuskiego. Teraz, w lutym, mam na głowie mała konferencję (i właśnie siadam do prezentacji na nią), napisanie artykułu do czasopisma naukowego i kilka innych spraw uczelnianych. Do tego staram się trochę spotykać z ludźmi (jedno spotkanie w tygodniu jako obowiązujący standard – to wcale nie jest łatwe). No i potrzebuję czasem paru chwil, by poleżeć i pogapić się bezmyślnie w sufit... lub się wyspać.
Efektem jest właśnie stan prawie czytania – i poczucie winy, że się mało przeczytało. Za mało. Prawie nic!
W gruncie rzeczy wiem, że trochę histeryzuję i przesadzam. Zmiana rytmu była dość trudnym procesem (zdecydowanie bardziej odpowiadało mi dotąd siedzenie po nocy i spanie do południa, tylko że na to ostatnie nie mogę sobie pozwolić z powodu godzin pracy), musiałam się do niej przyzwyczaić. W styczniu jeszcze się doleczałam po ostatniej chorobie, w lutym nazbierało się parę spraw. Spowolnione tempo czytania co jakiś czas mnie dopada, potem rekompensuje mi to nagłe czytelnicze przyspieszenie – to kwestia samopoczucia i pory roku, w okresie zimowym mam zdecydowanie mniej energii niż na wiosnę i w lecie.
To wszystko da się zatem wytłumaczyć i zracjonalizować – a mimo to małe poczucie czytelniczej winy pozostaje. Tyle książek czeka, a ja po kilkunastu godzinach pracy padam na twarz, zamiast czytać beletrystykę. Woolf leży przy łóżku i czeka. Gary leży przy łóżku i czeka. Munro wygląda nieśmiało z półki, a reszta (Cheever i Updike! Potrzebuję tego gorzkawego smaku do kompletu z Munro) nawet nie śmie o sobie przypominać.
Smutno im. I mnie też. Siadam do prezentacji. Niedziela (dzięki ci, Cthulhu) wolna. Oby do niedzieli – poza materiałami na następne zajęcia poczytam też coś z literatury pięknej. Mam nadzieję.

Podziel się tym:

Comments

9 komentarze:

  1. Ja styczeń zawsze mam taki pokręcony, ze czytanie u mnie kuleje. Też teraz dokanczam styczniowe lektury, a mam ich pelno!

    A "Spowiedź szaleńca" czytałam w zeszłym roku i mnie tak zirytowala, ze aż musiałam ja dokończyć, zeby zobaczyć jak to się wszystko skończy. Koniec też mnie zirytował tak, ze słów brak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też chcę skończyć "Spowiedź", by wiedzieć, jak się skończy - cała opowieść jest tak denerwująca (a chwilami wręcz głupia), że po prostu nie starcza mi wyobraźni, by samodzielnie sobie wykombinować zakończenie.
      Styczeń to czas na rozruch, także czytelniczy. Noworoczny rozruch czytelniczy, nawet ładnie brzmi :)

      Usuń
  2. Szalony tryb życia! Ale nie do końca jesteś cyborgiem :) Zdanie: "...po kilkunastu godzinach pracy padam na twarz, zamiast czytać beletrystykę. " brzmi całkiem po ludzku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie jestem cyborgiem... niestety. Z drugiej strony, dzięki niebyciu cyborgiem tym bardziej doceniam każdą wygospodarowaną dla siebie chwilę :) Tak jak teraz - ostatecznie skończyłam prezentację, mogę odpisać na komentarze, nałożyć sobie lody i poczytać. Fachową pozycję wprawdzie, ale ciekawą i dobrze się czytającą.
      Zresztą... może zrobię sobie wcześniej chwilę na zajrzenie do Woolf. Jedno opowiadanie przed snem nie zaszkodzi.

      Usuń
  3. Ależ wcześnie wstajesz... Jestem pod wrażeniem :)
    "Obietnicę poranka" wspaniale się czyta, ta książka porywa. Ale irytowała mnie matka bohatera, która z jednej strony bardzo syna kochała, z drugiej - popełniała mnóstwo błędów wychowawczych i wymagała od niego zbyt wiele, żądała na przykład, by uderzył sklepikarza, który ją obraził. To jedna z najciekawszych książek o więzi między matką a synem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też. Serio. Parę miesięcy (ba, wręcz tygodni) temu zwleczenie się z łóżka o 6.30 było męką i niemal niemożliwością. Powiem Ci szczerze, że przez wstawanie o tak wczesnej porze mam lepszy humor - i jestem bardziej rozruszana od rana, pewnie dlatego, że po wstaniu mam więcej czasu na obudzenie i dobudzenie się i mogę to robić na zasadzie kolejnych spokojnych etapów, a nie gwałtownego, jednorazowego i ogromnego zrywu. Poza tym poranne spacery z psem - które przejęłam od ojca - naprawdę dobrze mi robią na psychikę. Dogoterapia spacerowa, o.
      Matka Romana jest okropna - a zarazem niesamowita, chwilami zazdroszczę jej tej potężnej wiary w syna (i w siebie). Poza tym z jednej strony są potworne błędy, ale z drugiej - mimo koszmarnie sprzyjających temu warunków nie pozwoliła, by jej syn stał się w najlepszym wypadku nikim, a w najgorszym - jakimś wyrzutkiem społecznym. To fascynujące, obserwować, jak ona rozbudza i buduje w nim poczucie godności, ambicje, dążenie do celów. A że nie zna granicy, do której to budowanie jest jeszcze budowaniem, a za którą staje się rzucaniem cegieł na oślep, to jeszcze inna sprawa...
      Na marginesie, od strony czysto stylistycznej - naprawdę dobrze się |Obietnicę" czyta.

      Usuń
  4. Miałam podobnie w styczniu, więc doskonale Cię rozumiem. Tu rozdzialik, tu pół, kawałek z jednej ksiązki, dwa zdania uronione z drugiej: koszmar dla mojego poczucia obowiązku - czułam się nie fair wobec samej siebie i książek, wyobrażasz sobie?
    Zyczę zatem, by wszystko się u Ciebie ustabilizowało, czas na niespieszną lekturę sam się znalazł, a wrażenia lekturowe były głownie wspaniałe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to mnie trochę pocieszyłaś, przynajmniej nie jestem osamotniona w tym styczniowym prawie czytaniu :) Uczucie bycia nie fair wobec książek potrafię doskonale zrozumieć. Całe szczęście, że książki są cierpliwe, wyrozumiałe i wierne jak Penelopa (albo i bardziej).
      Dziękuję za życzenia, Tobie życzę tego samego - niech nam się kolejne miesiące układają od strony czytelniczej (i każdej innej) jak najlepiej! :)

      Usuń
    2. Przed lekturą "Obietnicy poranka" byłem na spektaklu teatralnym w reżyserii Macieja Wojtyszki. Na scenie świetny duet: Anna Seniuk z synem Grzegorzem Małeckim. W książce zawartych jest o wiele więcej szczegółów z życia pisarza, ale według mnie są przedstawione trochę chaotycznie...chyba, że to moje "prawie czytanie”, czyli czytanie po kawałku w dużych odstępach czasu wywołało takie wrażenie. Natomiast sztuka jest ułożona z najważniejszych wydarzeń i najlepszych dialogów. Bardzo interesujące przedstawienie oraz gra aktorska między prawdziwą matką i synem. Szkoda tylko, że na deskach szczecińskich teatrów tak rzadko można oglądać wybitnych aktorów.

      Usuń