Są takie pytania, które zwalają książki z półek



W tegoroczną noc sylwestrową wpadło do mnie na chwilę kilku sąsiadów. Z sąsiadami wpadło pytanie – zadane przez dziewczynę mniej więcej w moim wieku, może odrobinę młodszą, może odrobinę starszą. Pytanie brzmiało: „przeczytałaś te wszystkie książki?” (w domyśle: które masz tu, w swoim mieszkaniu, na swoich półkach). A mnie przypomniały się rozważania Eco, jak odpowiedzieć na takie pytanie: czy „ach, to tylko zestaw na najbliższy miesiąc, resztę trzymam gdzie indzie”, czy „te i dużo, dużo więcej”, czy – jak już autor kombinował desperacko – „ależ skąd, ani jednej!”. Ja tym razem odpowiedziałam w sposób kompromisowo-szczery: „jeszcze nie wszystkie” – chociaż przyznam, że kusi mnie czasem któraś z odpowiedzi proponowanych przez Eco, zwłaszcza pierwsza i druga.
 Ale nie o odpowiedziach chciałam tu pisać, tylko o tym wcześniejszym etapie – o pytaniach.


Zauważyłyście, że pewne pytania zadają tylko pewne grupy ludzi? I że tymi pytaniami ludzie coś na swój temat mówią (albo wręcz zdradzają)? Pytania i uwagi, bo czasem podobne lub tożsame w sensie stwierdzenia maja formę pytajną lub oznajmującą; to nieważne, co stoi na końcu, znak zapytania, kropka czy wykrzyknik, liczy się treść. W podtekście to jednak zawsze są pytania – a właściwie jedno ogólne pytanie, pytanie o to, czy rzeczywiście pytana osoba czyta książki, i to sama z siebie, nie z musu/za karę.
Różne pytania, różnego kształtu. „Przeczytałaś te wszystkie książki?” „Ale dużo książek!” „Po co ci tyle książek?” „To wszystko twoje książki?” „Masz tyle książek, co w bibliotece”. „Ile tego jest...” „Ty chyba lubisz czytać/dużo czytasz, nie?”




Z mojego doświadczenia wynika, że tego rodzaju pytania zadają ludzie, którzy sami albo nie czytają w ogóle, albo czytają bardzo mało, a czytanie kojarzą albo z przykrym obowiązkiem, albo z rozrywką, z którą ma się do czynienia od czasu do czasu, ale bez przesady i bez nadmiernego zaangażowania (w postaci na przykład kompletowania księgozbioru). Jednym słowem, tego rodzaju pytania zadają ludzie, w których życiu książka nie istnieje lub istnieje luźno i niezbyt intensywnie, ot, taki element którejś tam, ale wcale nie pierwszej potrzeby.
Zaryzykowałabym też stwierdzenie, że te pytania zadają ludzie, którzy nie mają bazy „kontaktów z książką” w postaci „spadku kulturalnego” wyniesionego z domu. Jeżeli ktoś wychowywał się wśród książek, to raczej będą one dla niego równie naturalnym elementem środowiska, jak woda, prąd czy Internet (albo jeszcze naturalniejszym).
Nie mogę sobie przypomnieć, żebym tego typu pytania usłyszała kiedyś od ludzi, o których wiem, że dużo czytają i otaczają się książkami. Od takich ludzi mogłam usłyszeć uwagę „ale masz wielki księgozbiór” wypowiedzianą tonem „zazdroszczę ci olbrzymiej biblioteki” lub „to nic w porównaniu z moimi zbiorami”. Mogłabym też – choć dotąd mi się nie zdarzyło – usłyszeć pytanie „przeczytałaś to wszystko?”, ale wtedy miałoby ono wydźwięk „zapanowałaś już całkowicie nad własnym księgozbiorem czy jesteś w szczerym polu jak ja?”, a nie „naprawdę można przeczytać więcej niż pięć/pięćdziesiąt/pięćset książek w życiu?”. To się po prostu da wyczuć z tonu.

Pamiętam kilka reakcji na moją domową bibliotekę w wykonaniu osób książkolubnych: zwykle obywało się bez jakichkolwiek komentarzy, taka osoba po prostu przypinała się do regału, oglądała zawartość kolejnych półek, mogła skomentować tę zawartość, mogła rzucić pytanie „Przeczytałaś już wszystko, co wydali z tej autorki/serii?” albo „Pożyczasz/pożyczysz?”, na zakończenie mogła pochwalić zbiór albo pogadać o samych książkach. Pamiętam swoją reakcję na widok zbiorów u bliskiej koleżanki w Poznaniu: zachwyciłam się trzymaniem książek na podłodze, pod biurkiem czy blatem – wyglądało to świetnie – obejrzałam dokładnie, co się w tym zbiorze znajdowało, pozazdrościłam wielkiej kolekcji literatury iberoamerykańskiej i powieści Nabokova, poadorowałam „Dzienniki” Sonntag i przypięłam się do „Czytania wzbronionego” Ugrešić, bo o tej książce na ładnych kilka lat zapomniałam. U najbliższej przyjaciółki w Szczecinie wynajdywałam między książkami medycznymi pozycje niemedyczne, a na nowe nabytki zareagowałam parę razy upewnieniem się, że będę mogła pożyczyć. Nigdzie nie pojawiało się pytanie z serii „ojej, to książki?”.




To nie tak, że jestem na pytania w rodzaju „przeczytałaś te wszystkie książki?” cięta. Głównie mnie one bawią, trochę wprawiają w zakłopotanie, odrobinę irytują. Zabawność wynika z faktu kompletnego nieprzystawania czytelniczej rzeczywistości osoby pytającej do czytelniczej rzeczywistości osoby pytanej, czyli mnie. Zakłopotanie i irytacja natomiast biorą się stąd, że wytłumaczenie czegoś, co dla mnie, nałogowego czytelnika, jest równie oczywiste jak oddychanie – wytłumaczenie tego okazuje się dość trudne, właśnie z powodu owych nieprzystających do siebie rzeczywistości. I z powodu pewnego wewnętrznego żachnięcia się „mam się tłumaczyć z posiadanych książek, cholera?”. I jeszcze z powodu wrażenia, że tłumaczenie nie ma sensu, skoro te rzeczywistości tak nie przystają (to taki weltschmerz wyjaśnieniowy: „ja się nawyjaśniam, nagadam i nawywewnętrzniam, obnażę czytelniczo-emocjonalnie, a on/ona i tak nie zrozumie. I po co to, ach, okrutny świecie, po co?”).
Bo przyznajcie, pytanie, takie poważnie zadane i jednowymiarowe pytanie „przeczytałaś te wszystkie książki, które masz na półkach?” dowodzi kompletnego niezrozumienia tego, jak się posiada księgozbiór. Księgozbioru nie posiada się na zasadzie „wszystkie książki, które przeczytałam” – księgozbiór posiada się na zasadzie „książki, które przeczytałam, które czytam, które chcę przeczytać, które muszę mieć, bo wspomnienia z dzieciństwa, bo moje dawne miłości czytelnicze, bo kolekcjonuję tę serię, bo kompletuję tego autora, bo to powinnam kiedyś przeczytać i może w końcu się uda, a to dorwałam na wyprzedaży i mam wprawdzie już ten tytuł w dwóch wydaniach, ale to trzecie było takie niezwykłe, sprzed wojny/zupełnie jak to z dzieciństwa/poplamione zupą pomidorową, zupełnie jak wszystkie pozycje, które uwielbiam czytać przy zupie pomidorowej, a to dostałam i wcale mi się nie podobało/to był błędny zakup czytelniczy, ale nie mam serca wyrzucać, a te dwie półki to chyba powinnam oddać/sprzedać, bo już w życiu do tych pozycji nie wrócę albo już nigdy się za nie nie wezmę, no ale nie mogę, no nie mam serca, a tam są książki do przeczytania na emeryturze, bo wcześniej chyba się do nich nie dostanę, a reszta to spadek po rodzicach, dziadkach i nieczytających krewnych, straszny miszmasz, ale cudowny, nie zrobię w nim remanentu i już!, o, a tam da się upchnąć jeszcze kilka nowych książek, idę coś zamówić w księgarni/wyszperać w antykwariacie”. Tak się posiada księgozbiór.
Co więcej – księgozbioru nie posiada się po to, by był w całości przeczytany. To jest, oczywiście, szczytne marzenie, wielkie wyzwanie, takie Himalaje do zdobycia – przeczytać wszystkie książki, które się posiada (w jednym życiu i z jedną parą oczu). To wyzwanie, które nakręca do czytania – i do kupowania, tak by równowaga została zachowana. Nałóg kupowania książek jest bardzo ważnym elementem całości, zabezpiecza i gwarantuje nierealność i niemożność spełnienia celu „przeczytam cały swój księgozbiór”. Księgozbioru wręcz nie wolno w całości przeczytać! Z księgozbiorem jest jak z marzeniami – jeśli uda się spełnić wszystkie swoje marzenia w życiu, to pozostanie się nagle bez marzeń, w pustce i bez oczekiwania na COŚ. Podobnie z księgozbiorem – jeśli przeczyta się wszystko, zostanie się bez celu, dążenia, bez CZEGOŚ. I bez niespodzianki – bo przecież ten nieprzeczytany w całości księgozbiór jest jedną wielką i tysiącem małych niespodzianek, w różnych momentach można odkryć na różnych półkach różne książkowe niespodziewanki. Musi, musi pozostać w domowej bibliotece choćby parę nieprzeczytanych pozycji – żeby pozostał też cel, marzenie („przeczytać wszystkie posiadane książki”) oraz trochę tajemnicy („a tam, na tej półce, jest jakaś taka dziwna książka, co to może być?... ooo!”). Inaczej życie byłoby smutne, czytanie czysto wyczynowe, a księgozbiór – martwy.




Do tego dochodzi sprawa powrotów do książek już czytanych. Mam księgozbiór nie tylko po to, by go przeczytać raz – mam go też po to, by do niego wracać, gdy tylko najdzie mnie ochota – albo by po prostu mieć możliwość powrotu. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś przeczytam Pary Updike’a, czy kiedykolwiek przeczytam w całości, od deski do deski, Drugą płeć de Beauvoir albo czy zrobię sobie maraton powtórkowy części kryminałów. Nie wiem tego. Ale wiem, że chcę mieć samą możliwość urzeczywistnienia tego – i dlatego muszę mieć te książki na własność. Bo świadomość, że mam szansę powrotu w każdej chwili, gdy tylko zapragnę – że każda z tych książek jest moja, tylko moja i wyłącznie moja, posiadana w dzień i noc, znajdująca się na wyciągnięcie ręki, zależna jedynie ode mnie i moich czytelniczych apetytów – ta świadomość mnie uszczęśliwia. I daje mi poczucie bezpieczeństwa, spokoju oraz sensu. Bo co to byłby za straszny świat, gdyby nie można było powracać do przeczytanych już książek...

Obawiam się, że gdybym to wszystko powiedziała sąsiadce, ta mogłaby uznać, że wypiłam za dużo szampana albo mam coś znacznie gorszego niż zapalenie oskrzeli. Więc ograniczyłam się do ratunkowego stwierdzenia „jeszcze nie wszystkie książki ze swojego księgozbioru przeczytałam”. Nie miałam ochoty się wywewnętrzniać bez pewności, że będę zrozumiana.
Powywewnętrzniałam się tutaj. Jestem pewna, że zrozumiecie mnie bez problemu.

I, na zakończenie – nie, zdecydowanie nie lubię pytania „przeczytałaś wszystkie swoje książki?”.

Podziel się tym:

Comments

18 komentarze:

  1. I ja nie. Kuzynka niedawno mnie o to spytała. Szkoda, że nie znałam odpowiedzi Eco. Odpowiedziałam, jak ty: nie wszystko.
    I wyobraź sobie, z poczuciem winy. Sama nie wiem, dlaczego. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, to mi umknęło - to poczucie winy. Tak jakbyś, mając wielki, a jeszcze nie w całości przeczytany księgozbiór - oszukiwała i tylko udawała, że czytasz książki, i podpinała się pod jakąś grupę, choć nie masz prawa do niej należeć. I/lub jakbyś w gruncie rzeczy cholera wie po co trzymała w domu tyle książek, skoro ich wszystkich nie przeczytałaś. Takie reakcje potrafią u mnie wywołać tylko ci, którzy sami mało/nic nie czytają. Dziwne...

      Usuń
  2. Też nie lubię tego pytania. Czasami wiele przeczytanych już książek oddaję do biblioteki, bo okazują się jednorazówkami (mam zasadę, że trzymam tylko te, do wielokrotnego przeczytania ;D) więc w ogóle nie widzę sensu w trzymaniu na półkach tylko przeczytanych książek ;-) Są na nich albo te ukochane, czytane po wielokroć, albo (w przeważającej liczbie) te nieprzeczytane.
    Ostatnio nawet zrezygnowałam z opcji czytania koniecznie tego, co czeka, bo sobie uświadomiłam, jaka mnie bieda czeka na "emeryturze", dlatego uznaję, że warto sobie trzymać coś w obwodzie do tego czasu ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście bieda propozycji czytelniczych nam nie grozi, jestem pewna ;)
      Tak sobie myślę, że na emeryturze chętnie powtórzyłabym wszystkie posiadane kryminały, z Christie na czele. I książki z dzieciństwa. I opowieści grozy. I Balzaca. I Jamesa. I... oj, całą masę rzeczy. Nie mówiąc o doczytaniu tego, czego do emerytury nie przeczytam.
      I koniecznie fotel bujany. Ale to konieczność już w tym roku :)

      Usuń
  3. Nawet Henryk Markiewicz przeczytał zaledwie 40% swojej biblioteki. Sam to ujawnił w którymś z wywiadów. Pewnie też z poczuciem winy :) Wiesz, ja też jeszcze niedawno na widok moich książek syczałam "My preciousssss!". Ale po tym, jak musialam zlikwidować księgozbiór mojej teściowej-polonistki chorej na alzheimera, oprócz cudownych treści, wspaniałych wspomnień, porywających historii, szalonych inpiracji widzę też... kupę makulatury. Regularnie i coraz odważniej oddaję więc książki do biblioteki gminnej, w tym roku ok. 150 sztuk. To jest takie połowiczne rozwiązanie, nie mam tych książek, ale w razie potrzeby mogę mieć...
    Jeszce inna sprawa, to dramatycznie powiększająca się liczba osób nie mająca potrzeby lektury. Odczuwam to jako porażkę kulturową mojego pokolenia.A do tego nasilenie nurtu antyintelektualnego w życiu, na skalę planety. To niezrozumienie dla czegokolwiek, co nie da się szybko spieniężyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie zdołałam poukładać do kartonów makulaturowych większość podręczników ze szkoły podstawowej i średniej - a jeszcze na studiach coś mnie blokowało, choć wiedziałam, że do niemal żadnej z tych książek nie wrócę, bo to nie ten "powrotny" rodzaj. Odłożyłam też kilka egzemplarzy beletrystycznych do oddania - a to już było sporo jak na mnie.
      Nie zarzekam się, że nigdy nie zmniejszę swojego księgozbioru - nie lubię słowa "nigdy" (tak jak nie lubię "zawsze") - natomiast teraz zdecydowanie nie mam na to ochoty. Bardziej mi odpowiada ograniczenie i kontrolowanie bieżących zakupów.
      Podejrzewam, że czytelnicy z Twoich okolic muszą się cieszyć, skoro tak im się wzbogaca publiczna biblioteka :)
      Wzrastająca liczba nieczytaczy to coś, czego nie potrafię - i nie chcę - ogarnąć. Varga miał rację, gdy w jednym ze swych felietonów stwierdzał, że obecnie człowiek czytający uważany jest za frajera. W takiej sytuacji tym trudniej wyjaśnić "niefrajerom", po co człowiekowi w domu tyle książek - po co mu w ogóle książki.

      Usuń
    2. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z dziecięciem na temat czytaczy. Naiwnie stwierdziłam, że teraz inne czasy, łatwiejszy dostęp do książek, większość czyta. Dziecię się roześmiało: Tak, twoi znajomi z blogów książkowych w stu procentach.
      Czasem chyba tracę poczucie rzeczywistości. Kiedyś zaczepiłam znajomą, szła do wnuczka: Zajdzie pani do mnie, mam książki dziecięce, kolorowanki, kredki - chętnie oddam. Na co pani Babcia zdziwiona: No co pani, on dopiero ma sześć lat! Nic dodać nic ująć. Dziś wnuczek ma kuratora. Pozdrawiam.
      Dziś przyszła książka "Jak być egoistą...". Zaczynam trenować ;)

      Usuń
    3. Tak, chyba rzeczywiście jesteśmy w coraz mniejszej mniejszości... i to wcale nie takiej, którą się postrzega jako elitarną i godną zazdrości ;) Smutne to...
      Pani babcia mnie urzekła. Kurator też.
      Wspaniałego czytania! Jestem ogromnie ciekawa Twoich wrażeń i praktycznych efektów tej książki :)

      Usuń
  4. Bardzo mi się podoba Twoja definicja księgozbioru. Aż mężowi musiałam na głos przeczytać. W pełni się z tą definicją zgadzam. I mam ochotę na pomidorówkę. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się tak podobała, mam nadzieję, że mężowi też :) Miałam dziś przy zupie pomidorowej opowiadania Woolf pod ręką, ale nie było jak ustawić książki, by nie wpadła do talerza...

      Usuń
  5. "księgozbioru nie posiada się po to, by był w całości przeczytany" - genialne :D
    Przez to troche mniej mnie uwieraja moje nieprzeczytane tomy :D
    Tylko, ze ja mam jak Kasia, zostawiam sobie ksiazki tylko do wielokrotnego czytania, jednorazowek nie trzymam, bo dzieki temu zwalnia mi sie miejsce na kolejne muszmiecie;)
    Taka pokretna taktyka:)
    Dzieki temu 90% moich ksiazek, dzieki nalogowemu kupowaniu w latach porzednich, to ksiazki jeszcze nieczytane. Czuje sie jakos lepiej zmysla, ze gdybym nie mogla kupic ksiazki przez kilka nastepnbych lat, to i tak mam co czytac;)

    Rozumiem jednak chec posiadania. Jesli osiade gdzies na stale, to wtedy tez sobie skompletuje ksiazki z dziecinstwa na przyklad.

    Jesli chodzi o pytanie, czy przeczytalam wszystkie moje ksiazki, to slyszalam je tylko w Polsce, na mojej wyspie nikt mnie jeszcze o to nie zapytal. Zdarzaja sie tylko "Wow, ile ty masz ksiazek!", ale to raczej podziw, ze udalo mi sie uzbierac taki polski ksiegozbior na obczyznie. I to "wow" nie pochodzi z ust Polakow. Moi znajomi czytaja, mniej, wiecej, rozne rzeczy.
    W pracy mamy polke na ksiazki, ktorych ktos juz nie chce, a inni moga przeczytac. Generalnie wiekszosc osob, z ktorymi mam stycznosc, chodzi z ksiazka w torbie, rekomenduja sobie tytuly, wymieniaja sie ksiazkami. Bardzo mi sie to podoba.
    W Polsce, w moim akurat towarzystwie (takie nieczytajace akurat mialam, chociaz nie watpie, ze sa towarzystwa czytajace) bylam ksiazkowym dziwolagiem, tutaj czuje sie normalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz literowki, moja klawiatura jes tdo niczego. Czytam po kilka razy i tak bledow nie widze, dopiero po wyslaniu komentarza. Przepraszam.

      Usuń
    2. Posiadanie jest cudownym uczuciem, o ile się lubi posiadać. Rozumiem, że inni mogą mieć odmienną wizję operowania księgozbiorem :)
      Ciekawe, że takiego pytania poza Polską nie słyszałaś. To bardzo przykro świadczy o czytelnictwie w naszym kraju...
      Półka na książki w pracy to świetna myśl! Chciałabym coś takiego zobaczyć (a jeszcze bardziej - z czegoś takiego skorzystać). Może warto byłoby spróbować wprowadzić ten pomysł do mojej pracy - u mnie na szczęście sporo osób czyta.
      Co do literówek, nie ma sprawy - uroki ekranu. Ja swoich też nie widzę - oczywiście, aż do wysłania komentarza/maila/innych.

      Usuń
    3. Naprawde wierze, ze z polskim czytelnictwem nie jest tak zle, kwestia chyba tego, z jakim towarzystwem ma sie do czynienia.
      Polke na niechciane ksiazki polecam. u mnie w pracy naprawde sie sprawdza, szczegolnie, ze czesc personelu ciagle rotuje/wyjezdza i nie chca sie przeprowadzac ze wszystkimi ksiazkami, a inni chetnie je czytaja.

      Usuń
  6. No przecież to mi się przydarzyło jakiś czas temu! W sensie, ze koleżanka wchodzi do chałupy mej i mówi "Ojej, tyle książek! Wszystkie je przeczytałaś?". Wrodzona złośliwość kazała mi odpowiedzieć, ze nie, tak trzymam, zeby się kurzyly. Co najlepsze koleżanka nie skomentowała tego w żaden sposób.

    U mnie książki są na dluuuuuugiej polce pod sufitem i wiele osób mnie odwiedzających zauważa je dopiero za którymś tam razem i najczęściej mówi "lło Jezu, co to?!", czyli książki robią za złowieszcze ukryte w ciemnościach ptaszyska, które mogą zagrozić umysłom maluczkich :P

    A co do odnajdowania smaczków na polkach to będąc z wizyta u rodziców w lato przegladnelam sobie książki zgromadzone przeze mnie w czasie studiów i stwierdziłam, ze miałam niezwykle ciekawy, zróżnicowany i wyrafinowany intelektualnie gust. Szkoda jedynie, ze polowy książek nie przeczytałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że Ci uwierzyła... Może teraz będzie polecać innym ludziom książki jako świetne kurzołapy, a powoła się przy tym na Ciebie? ;)
      Kiedyś czytałam o ludziach gromadzących książki o określonym kolorze okładek, tak by pasowały do dywanów. Nie pamiętam tylko, czy to była kpina, czy prawda... ale zaczynam się obawiać, że to drugie.

      Książki czające się na półkach i mające niecne zamiary - dobre! Niech grożą, niosą grozę i doprowadzają nieczytających do stanu przedzawałowego ;)

      Co do nieprzeczytanych książek - wszystko przed Tobą! Może kiedyś sięgniesz po którąś z tych pozycji?

      Usuń
  7. Miałam raz sytuację kiedy sąsiad z góry zalał mi mieszkanie i przyszedł obejrzeć zniszczenia. Na moje nieszczęście woda zalała dwa regały a ucieszony pan sąsiad stwierdził - "A, to tylko książki, dobrze, że niczego ważnego woda nie uszkodziła". Nosz kurczę, dla mnie jednak to odrobinę ważne książki były bo i te ukochane z dzieciństwa z Kubusiem Puchatkiem na czele i moje ukochane nabytki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Nic ważnego"... chyba zagryzłabym mówiącego w połowie zdania. Szczerze współczuję.
      Jeszcze bardziej współczuję zalanych książek. Mnie dwa lata temu podczas sporej ulewy podmoczyło książki z winy starego, przeciekającego dachu - płakałam z rozpaczy na cały dom. To boli. Nie rozumiem, jak można tego nie rozumieć.

      Usuń