Mój pies nie czytał Platona

Z zeszłorocznych lektur zostało mi parę książek, na których temat chciałam napisać kilka słów (lub nawet zaczęłam coś notować), ale z powodu ogólnej zawieszki komputerowej zamiary te nie przełożyły się na posty.


Najwyższy czas to nadrobić – zaczynając od Między zwierzętami. Opowiadania. Fragmenty Zofii Nałkowskiej.

Nałkowską lubię, książki o zwierzętach też, a same Między zwierzętami kojarzyły mi się z Dialogami zwierząt Colette. Skojarzenie to, jak się okazało, było uzasadnione tylko na początku; pierwsze kilka szkiców rzeczywiście ma podobny charakter, psy i koty prowadzą ze sobą dyskusje albo towarzyskie pogawędki w duchu trochę salonowym, trochę klubowym, trochę filozoficznym. Później jednak Nałkowska ten kierunek zarzuca – i choć nieco mi żal, bo psy raczące się ripostami i filozofujące z Kantem i Sokratesem pod łapą są uroczym widokiem, to jednak dalsza część tego tomu staje się jeszcze ciekawsza. Nałkowska zabiera ludzki głos zwierzętom – lub raczej przestaje go narzucać, przestaje antropomorfizować zwierzęcy sposób myślenia i odczuwania, rezygnuje zatem z zajmowania pozycji istoty „wyższej”, wiedzącej lepiej; przestaje zawłaszczać zwierzęcy głos, można by powiedzieć – przestaje zwierzęcy umysł i psychikę kolonizować. Wycofuje się i staje na pozycji „tylko człowieka”: nie wie, co pies myśli, nie wie, co ma w głowie kot, nie wie, jak czuje sarna. Nie wie. Domyśla się, podejrzewa, ma wrażenie – ale to wszystko ujęte jest w nawias „(to moje ludzkie wrażenie)”. Dalej pisze o emocjach i myślach zwierząt z perspektywy ludzkiej – ale teraz już z pełną świadomością (i zaznaczeniem tej świadomości), że to ludzka perspektywa, jedyna jej dostępna, co wcale nie znaczy, że jedyna właściwa.
Paradoksalnie, w ten sposób jej ogląd zwierząt staje się bogatszy.
Paradoksalnie, choć przy Dialogach zwierząt Colette i tych colletowskich początkach Między zwierzętami bawiłam się świetnie – paradoksalnie to właśnie ta późniejsza narracja Nałkowskiej bardziej mi się podoba, bardziej mnie przekonuje.
Myśli, emocje, charakter moje psa widzę przecież też ze swojej, ludzkiej perspektywy – tylko z niej. Cokolwiek zaobserwuję, przekładam na mój, ludzki, język, sposób, dyskurs. Jestem w nim zamknięta i nim ograniczona podczas kontaktów z moim psem. Tak jak on jest zamknięty i ograniczony swoim, psim, językiem, sposobem. Dyskursem. Jak mocno kolonizuję umysł mojego psa, przypisując mu pojęcie „dyskurs”, nawet bardzo przenośnie?



Nie wiem.

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz