Mały książkowo-liczbowy szok poznawczy



Wczoraj długo nie chciało mi się iść spać i naraz dopadła mnie ochota na policzenie, ile mam w pokoju książek. Zakładałam, że tak z pięćset. Po przejściu się od półki do półki i liczeniu palcem (książki w drugich, tylnych rzędach czasami szacowałam bardziej na oko, ale raczej nie doliczałam niż przeliczałam) – wyszło tysiąc (oczywiście nie tak równo tysiąc co do tomu, podejrzewam, że jest tego trochę powyżej tysiąca).
Zszokowałam się. Bardzo pozytywnie się zszokowałam.


Nie chodzi o samą liczbę – tysiąc książek w księgozbiorze mola książkowego to wcale nie jest dużo. Chodzi o coś innego, co dotyczy powierzchni oraz mojego mieszkania, na którego cześć mogę piać peany. W poprzednim mieszkaniu, w jednym pokoju, miałam dobre półtora tysiąca książek – i to się czuło, pomieszczenie wyglądało jak antykwariat. W pokoju w tym domu – w pokoju na piętrze, teraz już należącym do rodziców, pokoju o jedną trzecią mniejszym niż w poprzednim mieszkaniu – książki mnie przytłaczały (a przecież z kartonów wyjęłam ich tylko część). W obecnym, moim mieszkaniu – czyli na parterze domu – w jednym pokoju siedzi tysiąc książek i tego się w ogóle nie czuje.




Kwestia wymiarów. W poprzednim mieszkaniu mój pokój miał dziewięć metrów kwadratowych (ze skosem). W obecnym domu stary pokój miał siedem metrów kwadratowych (ze skosem). W moim mieszkaniu salon ma czterdzieści metrów kwadratowych (i zero, zero, zero przeklętych skosów! Nie zrozumcie mnie źle, skosy są piękne i urokliwe, ale jak się przez siedemnaście lat funkcjonowało w małej przestrzeni, podjadanej jeszcze przez skosy, to ma się ich serdecznie dosyć). Na czterdziestu metrach kwadratowych tysiąc książek wygląda jak dodatek dekoracyjny.
Drugie tyle książek siedzi na górze u rodziców, niemal kolejne tyle – nadal w kartonach (poupychanych w mojej przyszłej sypialni).
To jest niesamowita przestrzeń; we własnym mieszkaniu – które po wszystkich remontach, za kilka(set) lat, będzie liczyć jakieś sto dziesięć metrów kwadratowych – mogę pomieścić naprawdę potężny księgozbiór. Marzy mi się – w tej części, którą będę remontować na samym końcu – wielki gabinet z biblioteką, półki na wszystkich ścianach, od podłogi do sufitu – i na każdej półce tylko jeden rząd książek, tak by można się do nich dostać od ręki. I półki w salonie. I w sypialni.
Na razie cieszę się i wręcz pieszczę tym szokiem poznawczym: mam w salonie tysiąc książek i w ogóle tego nie czuć. Ot, trzy regały, jedna komoda i plastikowy kosz. Mebli zresztą też nie czuć, choć jest ich więcej, niż miałam kiedykolwiek wcześniej (chociaż w zasadzie nie lubię mebli – ale te pasują i spełniają swoją rolę doskonale).
Myślę, że kiedyś zliczę te książki jeszcze raz, co do tomu – by mieć jeszcze większą radość z przestrzeni. Poza tym, szczerze mówiąc, jestem ogromnie ciekawa, ile ich tu dokładnie jest...

Podziel się tym:

Comments

8 komentarze:

  1. Gratuluję oswojenia księgozbioru. Moje książki poupychane po kącikach. Część księgozbioru, znaczną część, zlikwidowałam około pięciu lat temu, by stwierdzić, że znów rozrósł się jak Hydra. Zaczęłam książki rozdawać, choć nie przytłaczają mnie na razie to jednak klaustrofobiczne lęki robią swoje ;) i każą się chronić przed inwazją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Nie jest on niestety jeszcze w całości oswojony - u rodziców część książek wznosi się pod ścianą kilkoma stosami, a kartony ciągle mnie martwią. Mimo wszystko - jest już zdecydowanie lepiej. No i całą Christie mam pod ręką!
      Nie umiem w tej chwili pomniejszyć swojego księgozbioru poprzez oddawanie (nawet nie chcę), ale ograniczenia zakupowe, jak wspominałam, bardzo pomagają przy zahamowaniu jego rozrastania. Poza tym, mówiąc szczerze, już wcale nie chcę, by cała przestrzeń wokół mnie wyglądała jak antykwariat skrzyżowany z magazynem. Gabinet z biblioteką - owszem, ma być zapchany książkami, taka w końcu jego/jej rola, ale w innych pomieszczeniach chciałabym mieć więcej wolnego miejsca na inne rzeczy - obrazy, meble, lustra, zegary - plus jeszcze przestrzeń, która po prostu będzie wolna. Do niedawna nawet sobie nie zdawałam sprawy z tego, jak bardzo potrzebuję wolnej przestrzeni i oddechu we własnym mieszkaniu i wokół siebie. Teraz już to wiem.

      Usuń
    2. To może "Minimalizm po polsku" Anny Mularczyk- Meyer ? I mówi to ta, do której dziś dotarła książka Doroty Sumińskiej "Autobiografia na czterech łapach..." Ha, ha, mam koty dwa, od zawsze dwa ;)

      Usuń
    3. Oj, minimalizm to zdecydowanie nie moje klimaty ;) Nie lubię przesytu, ale ograniczeń też nie chcę.
      Czterołapna autobiografia brzmi dobrze :)

      Usuń
  2. Ja co jakiś czas mam napady porządkowania książek i oddaje co moge. Dlatego mój księgozbiór jest dosyć skromny teraz, ale mi to odpowiada. No i jak mam za dużo książek to wydaje mi się, ze się dusze. Jakoś tak mnie przytłaczają. Pewnie to z czasów kiedy prawie nic nie kupowałam, a jedynie wypozyczalam z bibliotek i od babci (wspaniala siec znajomych babci zapewniała mi szeroki wachlarz książkowych propozycji), a moja biblioteczka ograniczała się do dwóch polek. Szal, nie? No ale coby nie mówić chętnie bym pomyszkowala miedzy Twoimi polkami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię to uczucie "mienia książki" i wzdrygam się na myśl o oddaniu czegokolwiek (choć parę razy mi się zdarzyło i nie była to zła decyzja). Jednak też nie lubię uczucia przytłoczenia - obecnie już mi nie odpowiada. Dużo książek, ale i dużo przestrzeni wolnej - potrzebuję teraz równowagi.
      Ale są różne sposoby posiadania książek, więc potrafię zrozumieć ludzi, którzy dużo czytają, a księgozbiory mają nieduże. Najważniejsze jest przecież czytanie :)
      Lubię widok ludzi oglądających moje książki, więc nie miałabym nic przeciwko Twojemu myszkowaniu :) To takie potwierdzenie "masz piękny księgozbiór, tak piękny, że nie mogę od niego rąk i oczu oderwać" :)

      Usuń
  3. Też mi się marzy taka wielka, piękna biblioteczka w domu. Ale póki co, małymi kroczkami zbieram książka po książce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbieranie jest cudownym (i nieskończonym...) procesem, więc dużo radości i dużo zbiorów :) W takim bibliotecznym pokoju powinien być jeszcze wielki, wygodny fotel - i fotel bujany. Fotel bujany to w ogóle coś, o czym marzę, cudownie byłoby czytać na przykład Balzaca albo klasykę angielską w takim fotelu, przy drzwiach tarasowych, z gorącą herbatą i czekoladą obok...

      Usuń