Małe szare komórki, czyli „Poirot prowadzi śledztwo” – wreszcie na mojej półce



Oto pierwszy tegoroczny zakup książkowy – jeden z brakujących dotąd tomów Agathy Christie, z moim najulubieńszym Poirotem. Porządek, metoda, małe szare komórki! I żółto-fioletowy tom opowiadań.




Cieszenie się z książkowego zakupu to jedno, polowanie na książkę to drugie. W moim przypadku polowanie i kupowanie książek, które już kiedyś czytałam (jako pożyczone lub posiadane, a utracone), jest trudniejszy niż kupowanie czegoś zupełnie nowego (czytelniczo). Przywiązuję się do wydań, w których czytałam daną książkę po raz pierwszy. Czasami nie zwracam na to za bardzo uwagi, częściej jednak potrzeba „muszę mieć taką wersję, jak ta, w której czytałam” zamęcza mnie do nieprzytomności.

 
Tak, przywiązuję się do okładek i wydań, w których czytam coś po raz pierwszy. To nie jest reguła – przywiązanie pojawia się wtedy, gdy książka wyjątkowo mi przypadnie do gustu, gdy czytałam ją w konkretnym wydaniu ileś razy, gdy wiąże się z jakimś konkretnym momentem życia. W przypadku Christie przywiązanie do serii z krukiem i do serii Biblioteczka Konesera wynika stąd, że w tych właśnie dwóch wydaniach czytałam Christie na początku swej kryminałowej przygody (jeszcze pod koniec podstawówki) – i w takich wydaniach kupowałam swoje pierwsze kryminały. Dziś nie wyobrażam sobie innego Samotnego Domu, Uśpionego morderstwa (ta okładka, podobnie jak okładka powieści Zwierciadło pęka w odłamków stos, niepokoiła mnie przez dłuższy czas przed lekturą) czy właśnie Poirot prowadzi śledztwo inaczej niż z Biblioteczki Konesera – tak jak nie wyobrażam sobie Nocy w bibliotece inaczej niż w serii z krukiem.
A jednak, zabawna rzecz, nawet w takich regułach są wyjątki. Tragedię w trzech aktach na przykład czytałam kiedyś w serii z krukiem; mój własny egzemplarz, który dostałam na urodziny, jest jednak w zupełnie innym wydaniu, chyba najnowszym z tych christie’owych – Klasyce kryminału. Wcale mi to nie przeszkadza, przeciwnie – uważam, że to wyjątkowo ładne wydanie i chciałabym mieć z niego jeszcze parę innych brakujących pozycji z Christie. Ale Poirot prowadzi śledztwo nie chciałam inaczej niż z Biblioteczki Konesera.
Może chodzi o wyjątkową słabość do tego tomu? Opowiadania z Poirotem to raptem parę zbiorów – kontra kilkadziesiąt tomów powieści. Te opowiadania to swoiste smaczki, po części dlatego, że zwykle bardziej się zwraca u Christie uwagę na kryminały-powieści niż kryminały-opowiadania. Poirot prowadzi śledztwo to nie są nadzwyczaj skomplikowane historie; są krótkie, proste, chwilami początek pędzi do końca z prędkością ekspresu (tego do Plymouth na przykład), kunsztu Poirota za bardzo tu nie widać, chwilami człowiek nie zdąży poczuć, że ma do czynienia z morderstwem, a już małe szare komórki wskazują winnego. A jednak jest coś urzekającego i przyciągającego w tych opowiadaniach – może przez możliwość wniknięcia na chwilę w bardziej codzienną codzienność Poirota (i Hastingsa), w te różne drobne wydarzenia, które budowały sławę genialnego Belga wcale nie gorzej niż wielkie, głośne i wielostronicowe historie? I jeszcze – to początki, różne historie, które się zdarzyły, ZANIM się zdarzył Orient Express, Wielka Czwórka, sprawa ABC, tajemnica Błękitnego Ekspresu, tragedia w trzech aktach, zagadka pięciu małych świnek i cała reszta, ZANIM Poirot stał się międzynarodową sławą, ZANIM ruszyła ta wielka machina, która wiele lat później doprowadziła go z powrotem do Styles w Kurtynie i kazała popełnić morderstwo (choć z moralnego punktu widzenia nie potrafię tego nazwać morderstwem).




Przyznaję, czytam Poirot prowadzi śledztwo w mocnym powiązaniu z Wczesnymi sprawami Poirota, nakładają mi się i wiążą te dwa tomy ze sobą – po części przez formę (opowiadania), po części przez niedookreśloność w czasie (to dotyczy głównie Poirot prowadzi śledztwo, tu na podstawie pewnych uwag mogę się tylko domyślać chronologii, a i to tylko chwilami).
Poza tym w opowiadaniach jest coś, co mnie odpręża – gdy nie mam ochoty na poważną i potężną dawkę kryminału, sięgam właśnie po opowiadania. Nie muszę się zbytnio skupiać ani angażować, nie muszę za długo czekać – raz, jest napięta sytuacja, dwa, jest trup, trzy, Poirot prowadzi śledztwo, i cztery – Poirot demaskuje mordercę (lub złodzieja – wolę jednak, gdy historia dotyczy morderstwa, nie kradzieży).




Poza tym, zabawna sprawa – w przypadku opowiadań po jakimś czasie często zapominam, kto był winien. W przypadku powieści pamiętam bardzo długo. Może wynika to właśnie z braku lub obecności zaangażowania, krótszego lub dłuższego czasu spędzonego z daną historią? Wobec tego – w opowiadaniach łatwiej mi przychodzi być ponownie zaskoczoną, a to też ma swoje plusy.

Mam zatem wreszcie swój własny egzemplarz Poirot prowadzi śledztwo. Mam go w tym wydaniu, w jakim czytałam po raz pierwszy i w jakim chciałam mieć na własność. Mam możliwość sięgnąć znów po niego w każdej chwili, gdy tylko przyjdzie mi ochota.
Stoi teraz na półce, wysoki, cienki, żółto-fioletowy tom. Podpisany, wpisany na listę książek kupionych w 2015 – jako pierwsza pozycja w tym roku. A ja się cieszę, tak zwyczajnie i po prostu. Bo mam. Bo mój. Bo taki, jaki chciałam.
Miłe uczucie.

Podziel się tym:

Comments

6 komentarze:

  1. Wpis bibliofila jak się patrzy. Dla kogoś z boku, umówmy się, niezrozumiałe dziwactwo :) Ale dla Ciebie poważna sprawa. Poważna, choć związana z zabawą i odprężeniem - to są słowa, ktorych używasz częściej niż innych, pisząc o Poirocie. Przyszło mi do glowy, że z książeczkami z Poirotem jest trochę jak ze wspomnieniami zapachowymi. Bierzesz do ręki egzemplarz (czujesz zapach) i od razu zalewa Cię fala wspomnień o przyjemności, wypoczynku i uldze. Ja też tak mam, między nami mówiąc. To się nazywa kunszt pisarski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Zdecydowane dziwactwo, gdy się nie siedzi w klimacie - i oczywista sprawa dla tych klimatycznych.
      Rzeczywiście, kryminały Christie działają na mnie właśnie w taki sposób, o którym piszesz - niczym wspomnienia zapachowe. Lubię wracać do tej autorki - choć styl ma bardzo prosty, to jednak jest coś w jej książkach, co sprawia, że czytanie ich daje ogromnie dużo przyjemności. Świetne postacie, to na pewno (Poirot to mój ulubieniec). Wciągające zagadki, też. Klimat angielskich wsi, miasteczek, miast - również. A poza tym coś takiego w powietrzu, w atmosferze, w całej historii, co sprawia, że po prostu chce się to czytać i do tego wracać.
      Jeżeli jeszcze mogę wrócić do wydania, do którego się przywiązałam - pełnia szczęścia osiągnięta.
      Jak to dobrze, że są ludzie, którzy to rozumieją - i że jest Internet, za pomocą którego można się tymi uczuciami podzielić :)

      Usuń
  2. Moja przygoda z Agatha Christie zaczęła się dopiero w zeszłym roku, ale wpadłam po uszy!
    I też mam książki, które lubię najbardziej w pewnych wydaniach. Np. L.M. Montgomery w starej Klasyce Młodych - czytałam wiele razy, ale nie dorobiłam sie własnych egzemplarzy, ciągle pożyczam od mamy, bo nie wyobrażam sobie czytania tej serii w innym wydaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pamiętam, jak się nazywała seria, w której ja miałam "Anię" i kilka innych powieści Montgomery - ale pamiętam, jak wyglądała i mam do niej ogromny sentyment. Te tomy porozwalały się lata temu - kiedyś poszukam ich na Allegro lub w antykwariatach, koniecznie w tym samym wydaniu.
      Każda Christiomaniaczka jest mi bliska, więc witaj w klubie :) Wolisz Poirota, pannę Marple, Tuppence i Tommy'ego czy Parkera Pyne'a? :D

      Usuń
    2. Na razie poznałam jedynie panne Marple i Poirota, ale jak na razie wolę starsza panią. Jednak nie wiem czy po poznaniu kolejnych kryminałów mi się to nie odwidzi :)

      Usuń
    3. Ogromnie lubię pannę Marple, jednak moim najnajem jest Poirot - może przez obsesyjne zamiłowanie do symetrii oraz porządku, które i mnie czasami dopada ;) Za to klimat angielskich wsi w powieściach z panną Marple jest jedyny w swoim rodzaju!

      Usuń