Czytanie i czekanie

Ostatnie dwa miesiące pod względem czytelniczym były dość specyficzne. W maju miałam najpierw wielki zastój – po kwietniowym szalonym tempie wszystko się u mnie spowolniło, z czytaniem włącznie. Ożywiłam się dopiero pod koniec miesiąca – dzięki książkom dla dzieci. Napadły mnie nagle wielki głód i wielkie pożądanie Mary Poppins – a potem już poszło z górki. W czerwcu książki dla dzieci pożerałam dalej, a dzięki kilku służbowym rozmowom namierzyłam nowe tytuły; poza tym, niezależnie od książek dla dzieci, zrobiłam sobie potężną powtórkę niemal całej serii kryminałów Kot, który... Do Kotów powracam mniej więcej raz w roku, o ile się nie mylę, mniej więcej w tym samym, wakacyjno-letnio-urlopowym okresie. Dobrze mi robią na psychikę i nastrój plus świetnie pasują do tych momentów, gdy opada napięcie.
Wakacyjne plany czytelnicze mam bardzo ogólne (zgodnie z tegoroczną zasadą nierobienia planów czytelniczych). Dalej książki dla dzieci. Dwa-trzy tytuły po angielsku (zaczęłam niedawno Draculę Stokera). Książki (i czasopisma) o teatrze. Trochę książek o literaturze, może coś z filozofii. Beletrystyka, oczywiście, beletrystka. Coś z antyku, bo się stęskniłam za tym niepowtarzalnym, kojącym i uwodzącym mnie klimatem. Poezja, wreszcie chciałabym po nią sięgnąć. Coś o książkach. Jakaś biografia lub dziennik (Sontag wciąż czeka na swoją kolej). Coś, na co akurat będę miała ochotę. Jednym słowem, plany są tak ogólne, że aż globalne i w gruncie rzeczy nie wiadomo, jak będą wyglądały moje czytelnicze wakacje. Może to i lepiej. Zakładam tylko tyle, że będą udane, ciekawe i czytelniczo atrakcyjne.
Atrakcyjność samych wakacji podwaja, potraja, wręcz poustukratnia fakt, że – w końcu, wreszcie, nareszcie! – urządzam własne mieszkanie! (Czyli połowę całego domu. Dół należy w zupełności do mnie). Oznacza to remont niemal całkowicie od zera, co ma swoje wady – masa roboty, masa czasu i masa pieniędzy to wsadzenia – i swoje zalety – te przeważają: urządzam od zera, więc mogę sobie dowolnie obmyślić i zaprojektować wszystko (co od dwóch miesięcy robię, siedzę nad kartką papieru i rozrysowuję pokoje, meble, półki, lampy, dywan...); to wreszcie moje własne mieszkanie, więc uzbrojenie się w cierpliwość i przecierpienie pierwszych prowizorycznych i chaotycznych warunków przyjdzie łatwiej; zapowiada się naprawdę duża przestrzeń, więc księgozbiór pomieści mi się z łatwością. W planach mam jeden osobny pokój wyłącznie na książki – takie połączenie gabinetu i biblioteki. Jeszcze parę lat poczekam na spełnienie tego marzenia – ale na coś takiego warto poczekać.
Na razie natomiast planuję, jakie książki zabiorę z góry i jak je poukładam, cieszę się szaleńczo na wielkie przeglądanie i porządkowanie dokumentów oraz wszelkiego rodzaju rupieci, nie mogę się doczekać wypakowania z kartonów pozostałych książek, które zalegają tam od trzech lat, czytam z apetytem to, na co mam ochotę i z potworną niecierpliwością czekam na ten moment, gdy będę mogła wreszcie czytać we własnym mieszkaniu.
Kupiłam już nawet cudną lampę do salonu – świetnie się nadaje do czytania wieczorami na kanapie. Nie mogę się doczekać, by ją wypróbować.

PS We wtorek był Dzień Psa. Wszystkim psom i psiarom/psiarzom – spóźnione wszystkiego najlepszego! Własnemu Psu życzyłam, oczywiście, samych najnajnajwspanialszych rzeczy. Jedną z takich najwspanialszych rzeczy już dostał: ze względu na remont w tym roku urlop spędzam w domu, więc będzie mnie miał cały czas przy sobie i dla siebie.

To zielenina, którą dostałam „na nowe mieszkanie” od rodziców (z obietnicą, że mama będzie ją podlewać – ja się kwiatami zajmować nie umiem. Ale zielenina wygląda ładnie). A na ikonce na początku postu znajduje się obraz-zdjęcie, mój pierwszy zakup do nowego mieszkania.

Podziel się tym:

Comments

1 komentarze: