Jesteśmy elitą!

Jakiś czas temu na Dwutygodniku.com, w wywiadzie z tłumaczem literatury polskiej na język szwedzki, znalazłam taki fragment:


STEFAN INGVARSSON: Szwecja jest specyficzna, tu się naprawdę dużo czyta. W Polsce czytanie jest chyba coraz bardziej zjawiskiem subkulturowym, a siłą szwedzkiej literatury jest to, że do szerokiej klasy średniej trafiają nie tylko kryminały, ale też ambitne powieści.
KATARZYNA TUBYLEWICZ: W Szwecji po prostu nie wypada nie mieć czasu na czytanie. W Polsce jest inaczej, nawet wśród ludzi wykształconych.

Przypomniały mi się te wszystkie raporty, doniesienia i sondaże dotyczące czytelnictwa (a raczej jego upadku); określenie „zjawisko subkulturowe” wydało mi się bardzo dobre. Rzeczywiście, pod pewnymi względami tworzymy (zaczynamy tworzyć?) swego rodzaju subkulturę.
W okresie nastoletnim nie należałam do żadnej subkultury – zresztą mam wrażenie, że mój okres końca podstawówki i całego liceum przypadał na czasy, gdy wyraźne podziały miedzy subkulturami się rozmyły. Może się zresztą mylę, może po prostu tego nie widziałam, bo mnie to nie interesowało. Może też powinnam jednak powiedzieć, że należałam do subkultury wielbicieli mangi i anime – bo przecież jakąś formą „odmieńców-pasjonatów” byliśmy. Tyle że moje uwielbienie dla mangi i anime słabło od drugiej połowy liceum, a na studiach pozostało tylko wspomnieniem. Uwielbienie dla książek z kolei nieprzerwanie narastało.

W porządku, bardzo chętnie oznaczę się etykietką „subkultura czytelnicza”. Tylko, do ciężkiej cholery, co to za parszywe pod względem poziomu kultury (i „kultury kulturalnej”, i kultury osobistej) społeczeństwo, w którym czytanie jest zjawiskiem subkulturowym!
Z drugiej strony, zastanawiam się, czy jednak ono nie było zawsze takim zjawiskiem subkulturowym, choć może raczej powinnam użyć określenia – elitarnym. Elitarnym w sensie: wymagającym pewnego wstępnego uposażenia intelektualno-kulturowo-emocjonalnego (trzeba mieć pewną formę wrażliwości, by czytanie było czymś więcej niż tylko odkodowywaniem zestawionych w słowa liter). Elitarnym w sensie: praktykowanym nie wyłącznie lub wcale nie dla pragmatycznych korzyści, lecz – w jakimś przynajmniej stopniu – dla tak niematerialnych i nieprzeliczalnych efektów, jak rozwój osobowości, wyobraźni, poszerzanie granic własnego poznania etc. (mam wrażenie, że zaczynam brzmieć patetycznie, więc nie rozwijam dalej tych wyliczeń). Elitarnym w sensie: potrzebującym czasu, by to robić. Biorąc pod uwagę tempo dzisiejszego życia, powiedziałabym, że kto ma czas na czytanie, ten rzeczywiście należy do elity. I nieważne, czy ma ten czas, bo dzięki masie pieniędzy nie musi pracować od rana do nocy, czy ma ten czas, bo wykrada go po kawałku przy różnych okazjach (jazda autobusem, czekanie w kolejce, pilnowanie w kuchni gotującej się zupy, ostatnie parę minut przytomności przed zapadnięciem w sen).

Paradoksalnie odnoszę chwilami wrażenie, że więcej pieniędzy często nie tylko nie oznacza zwiększonego uczestnictwa w czytelnictwie (czy w ogóle w kulturze – potencjał jest, wykorzystania go brak), ale nawet przeciwnie – oznacza zmniejszenie. Lub rezygnację w ogóle. Oczywiście, nie mam na poparcie tego stwierdzenia żadnego konkretnego dowodu, to raczej luźna zbieranina wrażeń, różnych zapamiętanych fragmentów wypowiedzi etc. Przychodzi mi do głowy jakiś artykuł o czytelnictwie z „Wyborczej”, w którym wielka pani prezes (bodajże) banku stwierdzała, że nie czyta, wystarcza jej tylko to, co fachowe, reszty nie potrzebuje. I komentarz pod artykułem, tym razem młodego nowobogackiego (tak w każdym razie zabrzmiał): ma kobieta rację, bo czytanie jest głupie i nie daje pieniędzy. Przychodzą mi do głowy przykłady różnych gwiazd i gwiazdeczek, celebrytów i celebryciątek, którzy albo nie wpadli na to, by się przyznać do czytania, albo wręcz uciekliby przed taką sugestią. Przychodzi mi do głowy opowieść jednej internetowej znajomej o tym, jak jest postrzegana u siebie w pracy: jako osoba dziecinna, wręcz niedojrzała i niepoważna, bo – czyta. Bo ludzie dorośli, poważni i dojrzali nie mają czasu na takie dziecinady/głupoty/rozrywki jak czytanie (za to na telewizję pewnie mają).
Jasne, to tylko jedna strona medalu i pewne uproszczenie; nie chcę demonizować pieniędzy (kocham pieniądze, zwłaszcza kocham je wydawać, zwłaszcza na książki), nie chcę demonizować niczego. Myślę po prostu, że tam, gdzie brakuje elementarnej kultury, elementarnej potrzeby kultury, pieniądze stają się doskonałym „alibi na nieczytanie”: mam pieniądze, czyli jestem lepszy, więc nie muszę czytać, bo już jestem lepszy, bo mam pieniądze.
Przypomniał mi się też test w „Polityce” sprzed paru miesięcy – test pozwalający sprawdzić, do jakiej klasy społecznej się należy. Czytanie książek, chodzenie do teatru i tym podobne działania były punktowane nisko – pytań z tej dziedziny w ogóle było mało; przeważały pytania dotyczące zarobków i to one były punktowane najwyżej. Według tego testu (i według typowego postrzegania społecznego) można należeć do klasy wyższej (czy nawet wyższej podgrupy klasy wyższej) bez przeczytania ani jednej książki w ciągu roku. Wystarczy mieć wypchany portfel (i jeszcze znać parę celebryciątek), to od razu zapewni niezbędne „klasowe punkty”. Nie tylko w teście „Polityki”.
Mimo że wiele rozumiem, jeśli chodzi o kwestie finansowe, to nadal nie mieści mi się w głowie podział klasowy, w którym zasób kulturowy ma o wiele mniejsze znaczenie niż zasób finansowy... A w zasadzie to mi się mieści, tylko wywołuje gwałtowne prostowanie się zwojów mózgowych, gwałtowniejsze nawet niż podczas czytania Zmierzchu.
(O, w jednym z komentarzy do komentarzy pod artykułem Nie czytasz – zbiedniejesz w internetowej „Wyborczej” znalazłam takie zdanie: „Jak to mawia mój znajomy Brytyjczyk – widać, że należysz do klasy robotniczej, kiedy twój telewizor jest większy od półki na książki”. Przemawia to do mnie. Przy okazji uświadomiłam sobie, że jestem posiadaczką kilkunastu – albo i kilkudziesięciu – książkowo-półkowych wersji plazm).

Te „podziały klasowe” traktuję nieco umownie (i nieco abstrakcyjnie), ale nie powiedziałabym, że ich istnienie nie ma racji bytu. Przyznam też bez bicia: dzielę sobie znanych/poznawanych ludzi na pewne klasy, kategoriami bardziej na własny użytek. I jestem snobką. Po cichu zakładam, że co najmniej większość ludzi jest pod jakimś względem snobami i że doskonale mogłaby się sprawdzić zasada: „pokaż mi, jaki masz snobizm, a powiem ci, kim jesteś”. Ja jestem snobką intelektualno-kulturalną. W swoim najbliższym towarzystwie chcę mieć ludzi wykształconych, oczytanych (najlepiej czytających z pasją przynajmniej w połowie tak silną jak moja), uczestniczących w kulturze (czynnie czy biernie – zresztą obecnie uczestnictwo bierne staje się często całkiem czynne), chodzących do teatru, do muzeów, interesujących się jakąś dziedziną sztuki, nauki, potrafiących pogadać na temat w stylu „jaki jest sens życia” bez zbywania tego pytania lekceważącym „mam ważniejsze sprawy na głowie”. Jednocześnie jednak chciałabym, by ci ludzie nie oddzielali jednoznacznie i na zasadach czarne-białe kultury wysokiej od popularnej, nie pomstowali na, powiedzmy, serial komediowy czy serię lekkich kryminałów ponurym „tylko Bergamn i Dostojewski, a reszta to chłam i upadek wartości”. Możliwe, że tu mój snobizm nieco się chwieje – a możliwe, że to nowa wersja snobizmu intelektualno-kulturalnego, w którym pragnienie, by korzystać z różnych poziomów kultury i każdym z nich się cieszyć, jest bardzo silne.
Na marginesie: określenie „snobizm” traktuję tu z lekkim przymrużeniem oka. Wśród bibliofilów (którzy nie podążyli w stronę Kiena z Auto da fé) snobizm czytelniczy wydaje mi się bardzo sympatyczny, nieortodoksyjny i twórczy, to po pierwsze. Po drugie – och, bogowie, jeśli już mam się snobować, to chcę się snobować czytelniczo, bo to mi sprawia największą frajdę.

A po trzecie, wracając do kwestii subkultury, elity etc. – zaryzykowałabym tezę, że owszem, czytanie jest (i zawsze było?) elitarne, a czytelnicy tworzą elitę, natomiast cechą tej elity czytelniczej jest to, że w grupach, społecznościach czy krajach lepiej rozwiniętych (przede wszystkim pod względem świadomości kulturowej, nie gospodarki) ta elita staje się coraz szersza (taka elita egalitarna), wskakuje do niej coraz więcej osób. Tam, gdzie świadomość kulturalna leży i kwiczy – a mam wrażenie, że u nas kwiczy histerycznie – elita rzeczywiście jest, zgodnie ze swoim znaczeniem słownikowym – elitarna. I trudniej się do niej przyłączyć – bo to właśnie tu, w kręgu czytelnictwa (i w ogóle odbioru kultury, ale mam wrażenie, że czytelnictwa szczególnie), podział „klasowy” jest wyjątkowo silny i daje o sobie znać „spadek rodzinny”: temu, kto w domu nie miał książki i wokół siebie nie miał książek, trudniej będzie włączyć się w krąg czytelniczy – trudniej niż temu, kto pochodzi z ubogiej rodziny, przejść do kręgu ludzi zamożnych. Może dlatego właśnie, że społeczna zachęta, by zdobywać pieniądze, jest u nas często o wiele większa niż zachęta, by czytać?

W jednym z felietonów Vargi – Mój populizm, czyli zróbmy sobie związek czytelników – jest taki świetny fragment:
                        
Święte i prawdziwe zdanie przeczytałem w niedawnym wywiadzie dla „Gazety”, w którym Beata Staińska powiedziała, że ktoś, kto w tym kraju czyta książki, uznawany jest za frajera. Mniejsza oczywiście, że za frajera uważać będzie czytelnika książek ktoś, kto nad kupowanie książki przedkłada kupowanie flaszki, to jest oczywista rzecz, nie dotyczy to zresztą tylko kupujących flaszki [...]. Przykry drobiazg polega natomiast na tym, że czytelnika książek za totalnego frajera m szeroko pojęta władza oraz jeszcze szerzej pojęta klasa zwana polityczną. Dla nich czytelnik nie jest elektoratem, tak jak cennym elektoratem jest, dajmy na to, rolnik.
Podaję przykład najprostszy i –pierwszy z brzegu: przed niedawnymi wyborami prezydenckimi zarówno kandydat Kaczyński, jak i kandydat Komorowski na wyścigi biegli na spotkania z kółkami rolniczymi, łasząc się o ich względy. [...] Kandydaci wychwalali tam niezbędność istnienia silnej klasy rolniczej, jeden z kandydatów śmiało podkreślał, że właściwie wszyscy Polacy są ze wsi, bynajmniej nie powiedział, że wszyscy jesteśmy z literatury. [...] niestety nie zauważyłem, by kandydaci chcieli spotykać się z kółkami czytelników i coś im obiecywać. Rzucam pytanie w eter: czy gdyby spotkali się z kółkami czytelniczymi, dwie największe telewizje informacyjne by to transmitowały? Bo kółka rolnicze to realna siła, jak rozumiem, kółka czytelnicze – bynajmniej, kółka rolnicze jak się szlachetnie obruszą, to mogą przyjechać do Warszawy i palić opony, kółka czytelniczych frajerów tego nie zrobią.
(Krzysztof Varga, Polska mistrzem Polski, Warszawa 2012 s. 130).

I przypomina mi się jeszcze inne zdanie – nie pamiętam, gdzie je przeczytałam, wydawało mi się, że też u Vargi, ale przejrzałam całą książkę i nie namierzyłam – w każdym razie zdanie brzmiało mniej więcej tak: co by to było, gdyby premier Tusk, zamiast mówić „teraz idziemy haratnąć w gałę”, powiedział: „teraz idziemy poczytać”, chyba z miejsca straciłby wiarygodność.
 Kraj, w którym publiczne pokazywanie się polityka z książką albo spotykanie się z kółkami czytelniczymi byłoby odbierane jako dowód politycznej słabości (lub w najlepszym razie wydarzenie niemedialne, na które szkoda marnować ramówkę) – to dopiero paranoja. Swoją drogą, jestem ogromnie ciekawa: gdyby Komorowski rzeczywiście się publicznie spotykał z grupami czytelniczymi, to czy Kaczyński zacząłby wrzeszczeć, że jego przeciwnik jest dziecinny, niedojrzały i niepoważny, bo zajmuje się czytelnikami, a poważni ludzie nie mają czasu na takie głupoty jak czytanie? Zabawna sprawa, jakoś doskonale sobie potrafię wyobrazić podobną sytuację. Potrafię też sobie wyobrazić, jak PiS wyszukuje „przodków z Wermachtu” u autorów, których czyta PO. Potrafię sobie również wyobrazić pewną tragikomiczną posłankę (legitymującą się wprawdzie stopniem naukowym, ale z książek wybierającą chyba tylko pozycje w rodzaju Jak nienawiść do siebie skutecznie przekształcić w nienawiść do wszystkiego, co ma choćby odrobinę lepsze samopoczucie), która ciska gromy na brak atrakcyjności wizualnej książek wybieranych przez opozycję i na nieprzydatność społeczną czytających z przeciwnej partii (i czytających inaczej, i nieczytających w ogóle). Potrafię sobie wyobrazić jeszcze wiele głupot w wykonaniu naszych, pardon my French, polityków. Może więc dobrze, że obie partie (i nie tylko te dwie) trzymają się z dala od książek, czyli od nas, elity, i pozostają w swojej plebejskiej przestrzeni wyścigu do koryta.
Tylko, cholera jasna, to oni nam zafundowali VAT na książki. Na pociechę jednak powiedzmy sobie szczerze: VAT na książki przeminie (im szybciej, tym lepiej). Politycy przeminą (o upragniona chwilo!). I tylko książki pozostaną.
A ja od dziś wierzę w międzystronicowe życie pozagrobowe każdego bibliofila. Jest to bardzo elitarne życie pozagrobowe, wersja deluxe. Niestety nie wiem, czy ma w pakiecie prowadzenie pozagrobowego blogu czytelniczego.
Ale jestem dobrej myśli.

Podziel się tym:

Comments

6 komentarze:

  1. Już jakiś czas temu odkryłam, że bardzo ograniczyłam liczbę osób wokół siebie. Ostatecznie jest tak, że gdyby nie konieczność chodzenia do pracy to jedynym człowiekiem w moim życiu byłby mój mąż. Bo niestety nie znam nikogo kto czyta (nie mówię o blogowych znajomosciach bo one siłą rzeczy są wirtualne), nie znam nikogo kto chodzi do teatru, że już nie wspomnę, że nie znam nikogo kto by jak ja nie miał w domu telewizora (bo miejsce to jest na książki nie na niepotrzebny sprzęt). Szczerze: nie narzekam na ten mój snobizm. Ale wiem, że jeśli lubi się spędzać czas z ludźmi to niestety pewien jego rodzaj trzeba wyłączyć. Inaczej nie elita a raczej wykluczenie poza nawias..;( oczywiście masz to szczęście że pracujesz na uczelni więc siłą rzeczy masz więcej ukukturalnionych znajomych. Ja niestety nie mam na to szans. Moi współpracownicy, owszem wykształceni, owszem inteligentni, nie mają właśnie czasu na czytanie, a mnie traktują z pobłażliwością kierowaną do dziwaków.. A czasami słyszę wprost, że to nie jest normalne tyle czytać ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, jeśli chodzi o pracę to ja mam szczęście. Autentyczne wielkie szczęście. Pracuję na uczelni gdzie mnóstwo moich przyjaciół i znajomych czyta (oczywiście nie wszyscy, ale ci najbliżsi tak). I to nie tylko publikacje dot. ich pracy, ale tak w ogóle. Wymieniamy się opiniami, podrzucamy sobie co ciekawsze tytuły i u nas "obciachem" jest nie czytanie. Jeden z naszych kolegów rzadko zagląda do książek i jest to źródłem naszych nieustannych żartów z niego.
      A co do stanu czytelnictwa w Polsce. Już kilka razy o tym pisałam - coraz częściej mam wrażenie, że w jakieś matrixowej, nierzeczywistej rzeczywistości. Skoro czytanie jest obciachem, a oglądanie pseudorealistycznych seriali już nie. Skoro pokazanie w tv biblioteczki z książkami może zaniżyć oglądalność, a Empik zaczyna sprzedawać więcej kubków i poduszek niż książek, to jak to inaczej wytłumaczyć? I tylko uśmiecham się gdy w autobusie czy na ławce w parku siedzi ktoś po uszy zatopiony w lekturze. I myślę sobie, że może jest dla nas jeszcze jakaś szansa.
      PS. Bibliopatko - ja jestem pewna, że w życiu pozagrobowym też będziemy blogowały. Co prawda nie jestem pewna czy komputery idą do nieba, ale może da się to jakoś zorganizować ;)

      Usuń
    2. Do nieba będzie można zabrać, to z czym chciałoby się wylądować na bezludnej wyspie, więc pewnie laptopa też ;)
      A tak poważnie. Mam wrażenie, że jednak więcej ludzi czyta niż nam się wydaje. Wokół mnie sami czytający, no może nie wszyscy, ale dużo ich. Czas i pieniądze odgrywają tu też niebanalną rolę. Biblioteki ubożuchne, książki ratowane taśmą klejącą. Ileż to razy zrezygnowałam z bibliotecznej książki, bo była zwyczajnie brudna. Teraz czytam to, co kupię. Poluję na tanie ebooki, więc zawsze coś tam w zapasie do czytania się znajdzie

      Usuń
  2. Zaświadczam, że wśród inżynierów czytelnicza kultura nie upada. Pracuję w gronie dwudziestoparo-, trzydziestoparolatków, długie godziny spędzamy w samochodzie jadąc / wracając z delegacji, i za każdym razem wymieniamy się informacjami na temat tego, co kto ostatnio czytał, co chce przeczytać, co poleca innym i z jaką książką aktualnie podróżuje. Oczywiście opiniami na temat filmów, seriali, gier, muzyki, sporadycznie musicali również się dzielimy. Fakt, odkąd moje życie zawodowe wypadło z ram pracy od siódmej do piętnastej, czytam mniej. Czytam też inaczej - przede wszystkim na ekranie komputera, bo komputer i tak wszędzie ze mną jeździ, a w przerwie między spotkaniami czy wręcz na nudnym spotkaniu łatwiej dyskretnie włączyć pdf niż wyjąć książkę. Do audiobooków jak na razie się nie przekonałam, ale kilku z moich towarzyszy delegacyjnych wędrówek, w tym jeden z wyżej postawionych kierowników, tak właśnie spędza drogę do i z budowy. I może faktycznie czasami przemawia przez nas czytelniczy snobizm. Patrząc na naszą rodzinną półkę z książkami (dzieloną w nierównych proporcjach na korzyść książek z telewizorem) i mając w pamięci te wszystkie rozmowy nie tylko zresztą ze współpracownikami (w zasadzie nikt z moich bliskich znajomych ani z rodziny nie gryzie się z książkami), jakoś nie obawiam się tego, że książki znikną z widoku jak znikają w Empiku (dokładnie jak rr-odkowa pisze powyżej; na to samo niedawno narzekaliśmy z mężem). Zresztą przecież zawsze byli tacy, którzy czytają, i tacy, którzy nie pojmą, po co komu książka, chyba że na podpałkę zimą. I generalnie mam wrażenie, że prawdziwa polityczna elita, ta rzeczywista, wcale nie przekreśla wartości bycia oczytanym. Po prostu łatwiej rządzić ludźmi goniącymi za pieniądzem niż tymi z głowami pełnymi ideałów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutno jest być snobem literackim. Smutno, że snobem literackim jest już człowiek, który namiętnie czyta literaturę popularną. Nie smutno dlatego, że czyta, ale smutno dlatego, że pod nim jest tyle osób, które w ogóle nie czytają i uważają to za normalne, więc czytanie literatury popularnej już jest uważane za rodzaj czegoś ponad.
    Oczywiście, odsetek ludzi nieczytających zawsze jest. Jednak teraz to wydaje nam się normalne, a gdy ktoś w wielkim trudzie przeczyta książkę - sukces. Tak ogólnie, to też jest smutne. I straszne za razem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj!
    Chciałabym serdecznie zaprosić do udziału w moim autorskim czytelniczym wyzwaniu pt. KLUCZNIK.
    W skrócie - polega ono na czytaniu książek posiadających zaproponowane comiesięczne kluczniki, czyli hasła-klucze.
    Szczegóły tutaj: http://recenzjeami.blogspot.com/2014/03/wyzwanie-czytelnicze-klucznik.html
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń