Jak pies z kotem, czyli „Dialogi zwierząt” Colette




To moje szóste spotkanie z Colette, a pierwsze po Klaudynie; tej ostatniej należy się osobny post (który kiedyś w końcu napiszę), chwilowo jednak mam ochotę na rzucenie kilku słów o Dialogach zwierząt, które mnie niedawno urzekły. Ktoś ma psa? Ktoś ma kota? To właśnie utwór dla Was.












Ponoć to ramotka, jak wspomina Szczuka w zamykających Dialogi uwagach Bez Colette byłby trudno; może i ramotka, może i mogłabym się zgodzić – ale też, z czym zgodzić już bym, się musiała stanowczo, tekst zdecydowanie wart poznania. Z pewnością jest to ciekawostka w twórczości Colette; przede wszystkim jednak – tekst ciepły, zabawny, elegancki (taka francuska, subtelna elegancja, z odrobiną lekko podanej filozofii, złośliwości pod różnym adresami i smakowitym dowcipem). Moja ulubiona część to dziewięć dialogów Kikiego i Toby’ego; podobało mi się między innymi to, że kot nie jest jedyną stroną mającą słuszność, pies też ma swoje racje, to po prostu dwa światy, które niekiedy się zbliżają, zazwyczaj jednak są od siebie zdecydowanie odmienne i dalekie. A jednak Kiki, zachwycający się własnym futrem i głębią zieleni swych oczu, oraz Toby, czuły na każdy ruch swojej pani, potrafią żyć ze sobą – czy obok siebie – i tworzyć pewną wspólnotę.

A co to za widok, Kiki zionący ogniem podczas podróży pociągiem, którą odbywa zamknięty w koszu! Albo przemowy jego i Toby’ego do ognia, przy którym się grzeją! Albo opowieść Toby’ego o wspólnych z Nią występach, o problematycznym życiu erotycznym – „bo ja, drogi Kiki, mam słabość do dużych suk”, mówi zakłopotany buldożek francuski – przede wszystkim zaś: o swojej miłości do Niej. I jak trudno się nie zachwycić oraz nie zgodzić, gdy kot i pies tłumaczą swój stosunek do ludzi i hierarchię świata! Kiki: ludzie są dla mnie, Ona i On też są dla mnie. Toby: ja jestem dla Niej.
Trzy ostatnie dialogi to już zupełnie inny klimat – zwłaszcza pierwszy, Suka, który nie jest dialogiem, tylko opowiadaniem, i w którym urzeka mnie tylko przywiązanie żołnierza do suczki. Drugi, Ta, która nie może uwierzyć, jest bolesny – aż mi się łzy cisnęły do oczu, gdy ta sama (najwyraźniej) suczka śniła po raz kolejny traumatyczne przeżycia wojenne, w których najważniejsze było to, czy mogła ochronić swego pana. Dopiero w ostatnim – Zwierzętach i żółwiu – powraca trochę atmosfery z rozmów Toby’ego i Kikiego; zwłaszcza komiczna jest końcówka, w której (znów ta sama) suka czeka, aż przeciwnik – czyli żółw – wyjdzie ze swojej kryjówki. Biedne zresztą te suczki i kotki, zdezorientowane i podenerwowane chodzącego kamienia z nogami...

Ale, jak wspominałam, to jednak inny klimat – brak tu swoistej idylli, niewinności świata i atmosfery życiowej sielanki, którą odnajduję w rozmowach psa i kota należących do Niej i do Niego (choć w przypadku Kikiego to Ona i On należą do kota...). Koty oraz opowieści znam wprawdzie z drugiej ręki, ale to, co odnalazłam w postaci Kikiego, wydaje się pasować idealnie. Co do psów – no, te znam z doświadczenia, więc wszelkie uwagi, zachwyty i drgnienia serca Toby’ego mogłam sobie doskonale dopasować do tego, co wiem i myślę o własnym psie. Gdy tylko Toby mówi coś z serii „tam, gdzie Ona, tam mój dom i moje szczęście”, widzę smutną minę Bosmana, gdy się z nim żegnam przed wyjściem do pracy, i jego radosne tańce, gdy witam się po powrocie. Żeby tak pisać o zwierzętach, trzeba je obserwować, choć trochę poznać – i bardzo kochać.


Czytałam Dialogi podczas ostatniej choroby (zapalenie krtani i tchawicy wyraźnie mnie polubiło, nadal się leczę, trzydniowe zwolnienie to jednak było za mało...) i stanowczo mogę polecić je na czas powrotu do zdrowia albo na zły humor, albo na zmęczenie psychiczne, albo po prostu na moment, gdy się bardzo potrzebuje czegoś inteligentnie i elegancko lekkiego, zabawnego, ciepłego oraz pełnego zwierząt. Ta książka Colette nadaje się znakomicie na półkę „polepszacz nastroju”.
Przy okazji – ilustracje są urocze, dlatego dorzuciłam dwa ich zdjęcia. Takie rysunki idealnie pasują do stylu Colette.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: „Z półki” „oraz „Przeczytam tyle, ile mam wzrostu”.
(Zdjęcia pochodzą z książki: Colette, Dialogi zwierząt. Przekł. Beata Geppert. Posłowie Kazimiera Szczuka. Warszawa 2013).

Podziel się tym:

Comments

2 komentarze:

  1. Klaudynę i owszem, czytałam, ale na tym skończyła się moja znajomość z Colette. Za dialogami się rozejrzę, wszak jestem kociolubna, a i pies mi nie wadzi.
    Zapalenie tchawicy i krtani to stale powracające paskudztwo, coś o tym wiem, bo od pół roku zmaga się z nawrotami mała Mania. Były sterydy, teraz inhalacje... a Mania dalej z głosem Himmilsbacha. Może jak poczytam Mani dialogi, to przejdzie. Mania tez kociolubna. Zdrowia życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam Ci "Dialogi" z całego serca - kociolubne i psiolubne (obojętnie, co przeważa) osoby zdecydowanie powinny się przy tych kocio-psich rozmowach dobrze bawić.
      No właśnie, zaczynam się bać, że jak się to zapalenie krtani i tchawicy raz mnie uczepiło, to już będzie powracać, zwłaszcza że pracuję głosem... Muszę na nie bardziej uważać (i uznać sól emską za swego stałego sprzymierzeńca...). Pozdrowienia i zdrowia dla Mani, niech "Dialogi" dobrze jej zrobią!

      Usuń