Smutek nieudanego czytelniczego powrotu (i pierwsze oficjalne książkowe zakupy w 2014!)

Gramatyka miłości – Iwan Bunin
Jakoś wyjątkowo ciężko poszło to spotkanie z Buninem – co mnie i zasmuciło, i zaskoczyło, bo gdy jakieś dwa-trzy lata temu czytałam kilka jego opowiadań, byłam ujęta, wręcz urzeczona, zachwycona. A teraz? Teraz ten – liczący sześćset sześćdziesiąt, więc pozwalający naprawdę dobrze się z Buninem zapoznać – tom wywoływał u mnie głównie dwa uczucia: irytację i znużenie. Irytację powodowały przeważnie opowiadania o rosyjskich chłopach i ich niedolach, znużenie – opowiadania o miłości.


Pozostawmy może chłopów – najwyraźniej mam obecnie inne „klasowe ciągoty” (czy jak to nazwać) albo (z racji grudnia? – bo wtedy Bunina czytałam) cierpiałam na obniżenie empatii, albo już sama nie wiem, co, w każdym razie obecnie z pewnością ani Chamem, ani Dziurdziami, ani Nizinami – trzema najlepszymi powieściami Orzeszkowej – nie byłaby tak poruszona jak kiedyś; przejdźmy do opowiadań o miłości.
Nie mam pojęcia, o co chodzi – ale to, co kiedyś mnie urzekało, nawet dokładnie te same teksty, które już kiedyś czytałam i którymi byłam ujęta, dziś działają na mnie drażniąco-nużąco. Problem nie w tym, że się aż tak bardzo zmieniłam – parę lat temu idea wielkiej miłości, która przewraca całe życie do góry nogami, wywołuje burze, doprowadza na skraj stanów emocjonalnych i prowadzi nawet do samobójstwa, wywoływała taką samą reakcję jak w tej chwili: skrzywienie ust, wielką irytację i stwierdzenie, że takie problemy mogą mieć ci, którzy naprawdę nie mają żadnych problemów (jednym słowem, wielka, dramatyczna i rozwalająca wszystko miłość jest dla mnie dobrym wielkim tematem w literaturze, ale w życiu na myśl o takim „wielkim temacie” skręca mi się żołądek). Coś się jednak musiało we mnie zmienić – albo raczej pogłębić – skoro teksty, które parę lat temu wywoływały w najgorszym razie pobłażliwy uśmiech i wzruszenie ramionami, dziś wywołują irytację. I zmiany tej nie spowodowały jakieś „zawody miłosne” – tylko zawody związane z tymi dziedzinami życia, które są dla mnie ważniejsze (tak, moja praca zawsze była dla mnie ważniejsza od związków. Moje życie, moje priorytety, moje prawo).
W każdym razie, wracając do Bunina, tam, gdzie on próbuje mi pokazać, a ja staram się dojrzeć, coś delikatnego, może nawet wzruszającego, efemerycznego – czy, odwrotnie, silnego – czułego albo pięknego, widzę, niestety, tylko zaślepioną głupotę młodości, nudę albo pretensjonalność.
W tej chwili potrafię wymienić tylko jedno jedyne opowiadanie, które mi się naprawdę ogromnie podobało: Archiwalna sprawa – całkowicie pozbawione wątku miłosnego, za to świetnie wykpiwające teorię i praktykę dyskursu o równości wszystkich ludzi (taka iście Gogolowska, Czechowowa, Mrożkowa czy Lemowa – bo z nimi mi się kojarzy – sytuacja: oto wielki pan pięknie mówi o równości wszystkich ludzi, braterstwie, obaleniu różnic klasowych etc., po czym wydziera się na niższego o kilkanaście rang urzędnika: „Jak ty śmiesz korzystać ze szlacheckiego ustępu?!”). Byłam zachwycona – i samą końcówką, i całym wcześniejszym opisem hierarchii urzędu oraz tworzenia podhierarchii i podpodhierarchii w obrębie własnego poziomu hierarchii. Gdyby więcej u Bunina było takich czechowizmów, a mniej romansów sentymentalnych, mój odbiór Gramatyki miłości byłby o niebo inny!
Nie, nie jestem dziś w stanie docenić Bunina. To przykre, bo naprawdę bym chciała i naprawdę się cieszyłam na to ponowne spotkanie czytelnicze. Niestety – w tych tekstach, które już znałam, nie odnalazłam tego, co pamiętałam z poprzedniego spotkania; w tekstach, których nie znałam (a ich było najwięcej), nie odnalazłam w zasadzie niczego. Tylko smutek, żal i uczucie zawodu. I tę myśl, że pewnych spotkań, pewnych doświadczeń, pewnych zachwytów nie da się powtórzyć – i nawet nie powinno się próbować. Tylko skąd można wiedzieć, w których wypadkach ma się do czynienia z taką sytuacją?
(Książka przeczytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” – grudzień, literatura rosyjska – pochodzenie autora/ miejsce akcji).

Z innej (i weselszej) beczki: właśnie kupiłam pierwszą z zakładanych sześciu-ośmiu książek w tym roku – a co ważniejsze, udało mi się uzupełnić swój zbiór Munro! Tak – mam Uciekinierkę! Wczoraj dorwałam w Emiku egzemplarz wydany przez WAB (ta okładka podoba mi się bardziej od okładki wydania, którego nakład skończył się przed świętami). Moją radość dopełnił „Twój Styl” (numer lutowy, a w połowie stycznia już w sprzedaży, zupełnie jak „Cosmopolitan”), którego zwykle nie kupuję, ale tym razem natychmiast porwałam z półki – z powodu dołączonego zeszytu opowiadań Munro. Jak głosi tytuł, dostałam „siedem opowiadań, w tym dwa niepublikowane w Polsce”. A co w środku? Po jednym opowiadaniu z pięciu tomów wydanych dotąd przez Wydawnictwo Literackie plus po jednym opowiadaniu z dwóch tomów, które dopiero się ukażą. Fakt, oznacza to, że w zasadzie kupiłam coś, co już mam albo będę miała, ale mówiąc szczerze, jakoś mi to nie przeszkadza. Po pierwsze, już teraz mogę przeczytać dwa opowiadania, na które w wydaniu tomowym muszę poczekać; po drugie, to taki gest kolekcjonerski, mam wszystkie tomy opowiadań, mam też ten zeszyt; po trzecie, i tak musiałam kupić jakąś „babską” gazetę na najbliższe zajęcia ze studentami, więc połączyłam przyjemne z pożytecznym. Po czwarte – co miałam sobie żałować. Nawet przy (bardzo restrykcyjnych) ograniczeniach zakupowych trzeba dokarmiać swoją bibliopatię.

Podziel się tym:

Comments

4 komentarze:

  1. Jaka ładna ta nowa Uciekinierka! A kto tłumaczył, to jest ten sam przekład w nowym wydaniu czy od zera zrobili?

    Które opowiadania są w tym zbiorku z TS? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ładna, ogromnie mi się podoba. Tłumaczyła Alicja Skarbińska-Zielińska, czyli to jest ten sam przekład, który ukazał się wcześniej w wydawnictwie Dwie Siostry.

      Co do opowiadań z TS - kolejno:
      "Żwir" z "Drogie życie";
      "Odcienie miłości" z "Odcieni miłości";
      "Przyjaciółka z młodości" z "Przyjaciółki z młodości";
      "Pocztówka" z "Tańca szczęśliwych cieni";
      "Fikcja" ze "Zbyt wiele szczęścia";
      "Leżąc pod jabłonią" z "Widoku z Castle Rock";
      "Prue" z "Księżyce Jowisza".
      Ładne to wydanie, dwuszpaltowe, na dobrym papierze, z dość klimatycznymi ilustracjami.

      Usuń
  2. Zaskoczyłaś mnie tą opinią o Buninie? Chyba wrócę do tomu "Cieniste aleje" i zobaczę jak na mnie ten powrót podziała. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem ciekawa, jakie będziesz miała wrażenia z powrotu. Sama się zdziwiłam, że mój powrót do Bunina okazał się tak nieudany... Szkoda. Ale się zdarza.

      Usuń