Pierwszy noworoczny zawód czytelniczy

Lożę Joanny Oparek przeczytałam trochę z musu: pożyczyła mi ją kilka miesięcy temu inspicjentka; nie chciałam oddawać książki nieprzeczytanej, a poza tym ciekawa byłam, czy i na mnie, jak na pożyczającej, powieść ta wywrze średnie wrażenie. Zabierałam się do niej opornie (właściwie przez długi czas nie zabierałam się w ogóle), aż w końcu zmobilizowałam się dzięki styczniowej Trójce e-pik. Tak. To zdecydowanie była książka, którą należało wreszcie oddać.



Opis na okładce zapowiadał o wiele za dużo, o wiele za dobrze i o wiele za bardzo w innym kierunku: opowieść o celebrytach XIX wieku („celebryci” wydają mi się tu anachronizmem), opowieść grozy, opowieść taka, opowieść siaka... Miałam nadzieję albo na porządną powieść grozy (choć była to bardzo bezsensowna nadzieja, skoro zostałam uprzedzona, że to żadna groza), albo na ciekawą historię o czasach Modrzejewskiej i może o niej samej.
Dostałam, jak się okazało – powieść o obsesji. To też byłoby świetne, gdyby nie fakt, że autorka przedobrzyła i nie wyczuła momentu, w którym to, co może wciągać, wywoływać napięcie i zastanawiać – zaczyna nudzić. Loża liczy jakieś czterysta osiemdziesiąt stron; z tego cztery piąte to opowieść Zimajera o Helenie Modrzejewskiej, Sarze Bernhardt, spiskach, masonach etc.; z pozostałej jednej piątek dziewięćdziesiąt procent to historia zapadania się i taplania we własnych obsesjach Zimajera i Daniela. Ostatnie pięć procent to coś, co zapewne miało być rewoltą, co miało zaskoczyć czytelnika, co miało sprawić, że na całą książkę patrzy się naraz pod zupełnie innym kątem. Niestety, nie wyszło – i końcowe kilka stron wyjaśnień pod tytułem „to ja, Lea, ostatnia i byle jak traktowana kochanka Zimajera, spisuję tę historię jego obsesji, na przekór męskiemu gadaniu o kobiecej histerii pokazuję histerię męską” zupełnie nie ma smaku.
A pomysł był naprawdę całkiem interesujący: rzeczywiście, pokazać tę męską histerię, ukryć się za głosem męskim i obnażyć pewne mechanizmy tworzenia się obsesji, połączonej z mizoginizmem, kompleksem niższości, poczuciem niespełnienia i kompleksami spowodowanymi porzuceniem przez ukochaną kobietę. Plus całe tło dziewiętnastowiecznej Polski. Plus nagłe zerwanie zasłony i słowa: to ja, Lea. Daliście się nabrać. Jak to o was świadczy, co to o was mówi – o was jako mężczyznach (i kobietach) wpisujących się bezmyślnie w dyskurs „kobiecej histerii”? Mogło być pięknie.
Mogło być pięknie, ale, jak wspominałam, Oparek nie miała wyczucia, nie umiała uchwycić tego krytycznego momentu i zatrzymać się tuż przed nim, tuż przed momentem, gdy czytelnik zaczyna ziewać. Nie umiała, nie zauważyła go – i poszła dalej, jak huragan, tratując dookoła wszystko, przede wszystkim zainteresowanie odbiorcy. Obsesyjna opowieść Zimajera ciągnie się i ciągnie, i ciągnie, i ciągnie niczym gumka, i w końcu traci elastyczność – i pozostaje w ręku flak. O nie, na tej gumce już się nic nie utrzyma, nawet delikatny i lekki materiał. Wszystko opadnie. Jak moje zainteresowanie.
W pewnym momencie zatem (gdzieś tak w połowie powieści) zaczynam ziewać. Zaczynam robić miny (czyli wywracać oczami, wykrzywiać usta w grymasie „o bogowie, znowu ten wątek? Ile jeszcze do końca?”). Zaczynam wchodzić ze sobą w układy z serii obowiązek-nagroda („przeczytam pięćdziesiąt stron i poczytam coś innego/zrobię herbatę/zjem coś słodkiego”). Następnie przechodzę w etap drugi, gorszy: z pełną świadomością czytam tylko po to, by skończyć książkę i nie odkładać jej niedokończonej.
Czuję się znudzona historią Zimajera, nieprzekonana (ale nie w taki sposób, o jaki mogłoby autorce chodzić), zniechęcona monotonią opowieści i brakiem czegokolwiek, co mogłoby przykuć moją uwagę (o stylu Oparek mogę powiedzieć tylko tyle, że pewnie jakiś jest, bo nie zgrzytałam zębami. Niestety, nic zachwycającego czy zapadającego w pamięć). Odnoszę wrażenie – gdy już, po skończeniu powieści, patrzę wstecz – że autorka za bardzo zachłysnęła się historią Zimajera albo nawet za bardzo pozwoliła się zachłysnąć nią samemu bohaterowi – za bardzo, by potem owo „to ja, Lea, napisałam” zabrzmiało przekonująco. Mówiąc szczerze, ten zabieg odebrałam jako wyraz braku pomysłu na jakieś ciekawe i sensowne zakończenie, tak jakby autorce w pewnej chwili skończyła się para i zostało tylko trochę tchu na zrobienie czegoś, co uratuje sytuację.
Lea nie przekonuje – Lea pozostawia człowieka obojętnym. Szkoda, bo to, co mówi o kobiecej i męskiej histerii, o męskim strachu przed silnymi, wykształconymi, samodzielnymi kobietami, które dostają to, czego chcą, bez mężczyzn albo mimo mężczyzn – to wszystko jest przecież trafne, prawdziwe, nadal aktualne. Lea mogłaby być fascynująca, ze swoją pokręconą historią, ze swoim marzeniem o wykształceniu i ze swoim nagłym osiągnięciem tego, czego pragnęła – a jednak jest mdła, papierowa, niewiarygodna. Nie potrafię powiedzieć, czego jej zabrakło – może chodzi raczej o to, co jej „naddano” w postaci owego zabiegu „to napisałam ja, Lea”?
Książka jest mdła – to najlepsze jej określenie i podsumowanie. Nie porusza – nawet nie irytuje, po prostu nuży. Nie pozostawia po sobie niczego – nawet uwagi Lei o stosunkach damsko-męskich gdzieś się zacierają, bo za nijaka postać je wypowiada, by zostały zapamiętane. Zresztą pozostałe postacie nie są lepsze – każda właściwie sprowadzona do jednej cechy: dwaj męscy bohaterowie do swoich obsesji, Helena i Sara do pewnych konstruktów wyobraźni, miłości i nienawiści, kreowanych przez bliskich, przez widzów, przez przyjaciół i wrogów. To ostatnie samo w sobie też mogłoby być ciekawe, ale nie zostało wykorzystane, bo – znów – wszystko rozmyła opowieść Zimajera.

Pięćset stron o niczym – mimo niezłego pomysłu i kilku elementów, które mogły okazać się ciekawe. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że pięciuset stron o niczym nie byłam w stanie przeczytać przez wiele miesięcy – a potem te pięćset stron o niczym przeczytałam w jeden wieczór. Książka nie była tego warta, ale warto było się tego samodzielnie dowiedzieć.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: „Trójka e-pik” (książka pożyczona, którą wypada już oddać); „Polacy nie gęsi”; „Przeczytam tyle, ile mam wzrostu”.

Podziel się tym:

Comments

1 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń