Pierwsze noworoczne kroki kuchenne

Kuchnia to dla mnie czarna magia, poważnie. Poza herbatami i kanapkami potrafię zrobić zaledwie trzy rzeczy: ciasto (jedno, za to może mieć kilka wersji, w zależności od dodatków – owoców, bakalii, kakao etc.), sałatki (wszelkie formy dozwolone, robię naprawdę dobre sałatki) i zupę jarzynową. Z mrożonek – chociaż raz udała mi się ze świeżych warzyw. Za drugim razem niestety dodałam (podjudzona przez mamę) za dużo kapusty – i zrobiła się warzywna paćka (ble).


Za to jestem świetna w czynnościach technicznych – obieranie, krojenie (w teatrze podczas różnych przygotowań to ja kroję szczypiorek i cebulę – jako jedyna przy nich nie płaczę). Tyle że nic mi z pokrojenia wszystkich składników, skoro nie umiem ich potem połączyć...
Na dobrą sprawę nieumiejętność gotowania jest pewnym upośledzeniem życiowym – upośledzeniem wolnościowym; a ponieważ mam wręcz obsesję na punkcie swojej wolności życiowej, doszłam w zeszłym roku do wniosku, że muszę – i chcę – się nauczyć gotować, choćby kilka rzeczy, by być niezależną również pod tym względem. Poza tym odkryłam, że to niezła zabawa – gdy się do gotowania zabiera z własnej woli, a nie z przymusu i/lub z powodu tych patriarchalnych kretyństw z serii „prawdziwa kobieta musi gotować facetowi” (mam głęboko gdzieś bycie „prawdziwą kobietą” w taki sposób). Gotować chcę się nauczyć dla siebie – bo, cytując pewną reklamę kosmetyków, jestem tego warta – jestem warta tego, by móc sobie samej ugotować coś smacznego.
W minione wakacje zaczęłam z grubej rury – ugotowałam szparagi. Znalazłam przepis na jakimś blogu, popracowałam nad tymi szparagami – wyszły pyszne. Gdy tylko znów pojawią się świeże w zieleniakach, odszukam przepis – bo go sobie nie zanotowałam – i znów je zrobię. Potem było parę sałatek – a potem mi to gotowanie uciekło. A szkoda.
W tym roku stawiam sobie takie założenie: w każdym miesiącu nauczę się robić – albo zupełnie od zera, albo na zasadzie uzupełnienia umiejętności technicznych o część „artystyczną”, czyli mieszanie, proporcje, gotowanie, pieczenie etc. – przynajmniej dwie potrawy. Będę też zapisywać różne przepisy – żeby mi nie pouciekały, jak ów sposób na gotowanie szparagów.

Dziś wykonałam krok pierwszy – zrobiłam twarożek z warzywami, a gwoli ścisłości, wyszłam poza część techniczną (w krojeniu jestem fenomenalna) i zajęłam się łączeniem całości.
Przepis wygląda tak:
duży kawałek białego sera
pęczek szczypiorku
mała cebula (mogą być cebulki od szczypiorku)
dwa pomidory
śmietana (12%, 150-200 mililitrów)
dwie-trzy szczypty soli
(dziś jeszcze dodałam trochę czosnku, bo wszyscy zwalczamy resztki chorób – ja przez święta miałam zapalenie krtani)
Najpierw najlepiej rozgnieść biały ser, potem wrzucić składniki – drobno pokrojone – dodać sól i wszystko wymieszać.
(Wiem, proste. Ale dla mnie to jednak krok – choćby prosty – naprzód).

A tak wygląda twarożek już na talerzu, gotowy do pożarcia (bo jest za dobry, by go zwyczajnie jeść).




W styczniu chciałabym jeszcze nauczyć się robić jajko sadzone. Możecie się śmiać, ale dla mnie to naprawdę czarna magia, w kuchni czuję się jak analfabetka... i już mi się ten analfabetyzm nie podoba.

Podziel się tym:

Comments

10 komentarze:

  1. Jajko sadzone to wcale nie taki hop siup ;) Ja się kuchni nie boję, a nigdy prawie nie wychodzi mi takie, jak bym chciała (w pełni ścięte białko, w pełni płynne żółtko). Zawsze albo ciut zetnę żółtko (albo od spodu, albo przy przewracaniu), albo mi się przy zdejmowaniu rozleje, albo białko zostanie odrobinę surowe z wierzchu tuż przy żółtku (pół biedy, zostawiam wtedy te ciut niedocięte i zjadam resztę ;)).

    Ja się już z sadzonym poddałam i będę się chyba uczyła gotować w koszulce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pocieszyłaś mnie, dobrze wiedzieć, że nie tylko mnie to jajko będzie sprawiało trudności :) Sama wolę nie tak ścięte białko i porządnie ścięte żółtko, więc będę musiała sobie wypracować metodę. Przyglądałam się ostatnio mamie, gdy robiła jajko sadzone - spróbuję jej sposobem.
      Jajko w koszulce - czyli na miękko, prawda? Kiedyś nawet umiałam je zrobić, ale czynność długo niepodejmowana umyka, więc... No cóż, trzeba się w styczniu pobawić z jajkami.

      Usuń
    2. W koszulce to gotowane bez skorupki ;) Ponoć ładnie wychodzi.

      Ścięte żółtko a nie białko? Brzmi jak abominacja! :D

      Usuń
    3. Bez skorupki? Jak to się robi? Chyba nigdy nie miałam do czynienia z takim jajkiem.
      Białko ścięte, owszem, tylko żółtko też ścięte :) Jajka na miękko też zwykle wolę niemal na twardo ;)

      Usuń
    4. Właśnie dziś wypróbowałam, połowa białka się rozpłynęła dookoła, ale druga połowa pięknie się ugotowała. Trick jest taki, że wlewasz do bardzo słabo gotującej się wody (jajko gotuje się już w 70 stopniach bodajże) z dodatkiem octu i niby robisz wirek w środku, żeby trzymało białko razem - no i im jajko świeższe, tym lepiej się razem trzyma. No mi niezbyt utrzymało się razem, ale żółtko było super ;D

      Usuń
    5. Brzmi trochę wariacko, ale może kiedyś spróbuję ;)

      Usuń
  2. Gotowanie (i pieczenie) to jedna z tych rzeczy, które sprawiają mi obecnie największą przyjemność... Przynajmniej dopóki nie muszę kroic surowego mięsa ;) Ale początki były ciężkie: pamiętam pierwsze własnoręczne robienie naleśników, które skończyło się bałaganem w calej (malutkiej) kuchni i wytworzeniem jednego grubego pseudo-naleśnika - no cóż, osiem lat później jestem naleśnikową mistrzynią. W zeszłym roku nabyłyśmy piekarnik i jestem zachwycona, pieczenie jest zaskakująco proste!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pierwsze samodzielne naleśnikowanie poszło dobrze, ale miałam za plecami podpowiadającą mamę. Przerzucanie naleśników na patelni okazało się świetną zabawą, poza tym smażenie ich na patelni posmarowanej słoniną zamiast polanej olejem znacznie ułatwiało całą robotę. Muszę niebawem powtórzyć to naleśnikowe doświadczenie, mam ochotę na naleśnika z powidłami jabłkowymi własnej roboty.
      Na piekarni czekam, na razie ciasto robię w prodiżu, a w nim przypieka się spód... Ale ciasto i tak wychodzi moi świetnie (lata wprawy).
      Jeżeli kiedyś wpadnę znów do Torunia, to odnajdę Cię i będę się domagać ugoszczenia mistrzowskimi naleśnikami! :)

      Usuń
  3. sadzone może na początku nie łatwo zrobić, ale jak wyjdzie, to palce lizać. Cały sekret, to szczypta soli i smażyć pod przykryciem. A może jajecznica na masełku... też jajeczny posiłek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, obserwowałam to smażenie pod przykryciem, efekt był piękny. O soli będę pamiętać, dzięki.
      Jeśli chodzi o jajecznicę, to u mnie w domu jej mistrzem jest ojciec, więc pewnie poproszę go kiedyś o lekcję. Jajecznica ze szczypiorkiem i pomidorem to coś pysznego.

      Usuń