Maszyny, młynki i mężczyźni

Zaczynam nadrabiać zaległości w zapiskach czytelniczych; dziś parę słów na temat trzech polskich pozycji, które pod koniec zeszłego roku czytałam między innymi w ramach drugiej edycji wyzwania „Polacy nie gęsi”.




Biblioteka XXI wieku (Wielkość urojona. Prowokacja. Biblioteka XXI wieku) – Stanisław Lem









Lem to Lem, właściwie niczego więcej nie trzeba by dodawać. Dodam jednak, bo Lem to Lem, więc szkoda byłoby niczego nie dodawać.
Doskonała próżnia, którą czytałam jakiś czas temu, zachwyciła mnie – i przyznam, że po Bibliotece XXI wieku spodziewałam się czegoś bardzo podobnego. Z jednej strony niby to dostałam – są tu wstępy do książek i recenzje książek „nierzeczywistych”; z drugiej – klimat jest zupełnie inny. W przeciwieństwie do Próżni, w której dominowały zabawa z różnymi gatunkami literackimi oraz klimat parodii, pastiszu i dyskusji z tekstami kultury, w Bibliotece widzę przede wszystkim dyskusję z rozwojem technologii i tym, co ten rozwój robi z kulturą (to głównie w Wielkości urojonej), analizę wydarzeń i postaci historycznych (w Prowokacji) oraz coś, co można by określić szeroko rozumianym terminem „kosmos i te klimaty” (bo lepsze nie przychodzi mi do głowy; to w Bibliotece).
W całej Bibliotece XXI wieku jest o wiele więcej powagi niż w Próżni; może nawet to nie tyle (lub nie tylko) powaga, ile (jak również) – pesymizm. We wszystkich tekstach pojawia się jakiś ponury rys, smutek, niepokój. W porównaniu z tą książką Próżnia była fenomenalną rozrywką, zabawą z literaturą, grą z grającymi z czytelnikiem gatunkami, kontekstami, motywami.
Nie twierdzę, że mi się nie podobało – wręcz przeciwnie; chodzi po prostu o to, że pozostawiło we mnie, w mojej głowie, coś w rodzaju zasmuconej drzazgi – drzazgi, bo coś utkwiło i boli, zasmuconej, bo to taki typ bólu, który bardziej smuci, niż męczy. I niby chwilami było śmiesznie – jak przy Historii literatury bitycznej – a jednak coś się we mnie trzęsło z przerażenia, gdy czytałam o maszynowych wytworach literackich.
Jak zwykle, nie sposób odmówić Lemowi trafności – i ostrości – spostrzeżeń. Jak zwykle, nie sposób przejść obojętnie. I jak zwykle, wniosek powracający po przeczytaniu każdego jego utworu brzmi: chcę więcej Lema.
Na swoistą pociechę – czy rozjaśnienie zapisu wrażeń – kilka cytatów-perełek:

„[...] nic tak nie podnieca dziś wydawców i autorów jak książka, której nikt nie musi czytać, ale każdy powinien mieć”.
Myślicie, że to już jest aktualne? Mam wrażenie, że przynajmniej częściowo tak.

„Jak wiadomo, wydawcy nie boją się niczego tak jak wydawania książek, gdyż w pełni już działa tak zwane prawo Lema („Nikt nic nie czyta; jeśli czyta, nic nie rozumie; jeśli rozumie, natychmiast zapomina”) [...]”.
Na szczęście chyba trochę podważamy prawo Lema...

„[...] mass media pomijają wszystko to, co nie jest pięcioraczkami, zamachem stanu, najlepiej połączonym z porządną rzezią, wizytą papieską bądź królewską ciążą”.
„Królewska ciąża” – pamiętacie tę polską histerię wokół brytyjskiego „royal baby”? Mogłoby się nam spalić pół kraju, a drugie pół zapaść pod ziemię, ale najważniejsze było to, że ach, och, księżna Kate jest w ciąży i koniecznie wszyscy Polacy chcą poznać kolor właśnie kupionych dla dzieciaka śpioszków, bo inaczej umrą z ciekawości i rozpaczy!

„Politycy wreszcie, jak to politycy, nie znali się na niczym”.
Uważam, że to zdanie powinno wisieć na honorowym miejscu w polskim sejmie i senacie, a także we wszystkich pomieszczeniach wszystkich partii w każdym mieście. Powinno się je też cytować przed każdymi wyborami, kampaniami wyborczymi, debatami telewizyjnymi i rozmowami z politykami w gazetach. Ba, właściwie głosowałabym za tym, żeby każdemu polskiemu politykowi wytatuować to zdanie na czole – tak by widział je u każdego swojego kolegi i przeciwnika, a jednocześnie wiedział, że oni to samo widzą u niego.
Nie, ja nie jestem pełna nienawiści do polityków. Ja po prostu uważam, że politycy, jak to politycy, nie znają się na niczym. I nie, ja nikogo nie obrażam – ja cytuję klasyka. O.

(Cytaty: Stanisław Lem, Biblioteka XXI wieku, w: Stanisław Lem, Biblioteka XXI wieku. Golem XIV, Warszawa 2009 (Biblioteka Gazety Wyborczej), strony kolejno: 121, 122, 125, 191).






Młynek do kawy – Konstanty Ildefons Gałczyński










Krótko na temat treści: to historia starego młynka do kawy, który ma zostać wyrzucony, bo właściciele uznali, że już się do niczego nie nadaje. Młynek, by uniknąć wylądowania na śmietniku, ucieka z domu i przeżywa wiele przygód, a jego dawni państwo, doszedłszy do wniosku, że kochają swój młynek i chcą go odzyskać, rozpoczynają poszukiwania.
Brzmi nawet całkiem nieźle, prawda? Niestety, mam wrażenie niewykorzystania potencjału tej historii.
Młynek przeczytałam służbowo, do teatru, po wcześniejszym zapoznaniu się ze sceniczną adaptacją. Oryginał zdecydowanie przewyższa adaptację (która nadmiernie rozciąga jedne, a zbytnio skraca inne wątki i sceny), ale, tak czy inaczej, wrażenia były bardzo, bardzo średnie. Sam Gałczyński również pędzi z fabułą jak ekspres – wszystko dzieje się błyskawicznie, takie rach-ciach, o jakimkolwiek tworzeniu klimatu możemy pomarzyć, podobnie jak możemy zapłakać nad kilkoma obiecującymi wątkami, które zostały zasygnalizowane słabo, krótko i/lub przedstawione po łebkach. Zakończenie natomiast ubawiło mnie porządnie – toż to istne zgromadzenie młynków-przodowników pracy, które wyrobią pięćset procent normy!
Nie wyniosłam przyjemności z tej lektury, niestety...
Podsumowując: Gałczyński-poeta – tak. Gałczyński-autor dla dzieci – na przyszłość podziękuję.






Tylko dla mężczyzn – Magdalena Samozwaniec










To teraz nieco weselej – ba, szalenie wesoło (plus złośliwie, plus nieco kąśliwie, plus nieco boleśnie, ale i prawdziwie) – Samozwaniec! Jedna z moich ulubienic.
Moje pierwsze spotkanie z Samozwaniec to Maria i Magdalena – czytana jeszcze podstawówce, ba, wręcz zaczytana (wówczas zwłaszcza pierwszy tom). Później odkryłam inne jej teksty – Tylko dla mężczyzn, Tylko dla dziewcząt, Krystyna i chłopy, Komu dziecko, komu?... Słynne Na ustach grzechu przeczytałam dopiero gdzieś na początku studiów.
Uwielbiam jej poczucie humoru; jej złośliwe, kpiarskie – ale nie zgryźliwe – patrzenie na seks, relacje między płciami, wady kobiece i męskie; jej wbijanie szpil w sentymentalne, romantyczne i pseudonowoczesne baloniki – powietrze uchodzi z nich z takim głośnym sykiem, nie jest wolny ani ten, kto wzdycha do sielankowej, wiecznej miłości wśród baranków, stokrotek i lazurowego nieba – ani ten, kto z miłości chce ginąć, spalać (w przenośni i dosłownie) siebie, ukochaną osobę, cały świat dookoła – ani ten, kto chełpi się swym „nowoczesnym stosunkiem do stosunków” i zmienia partnerów jak rękawiczki, pozuje na męskiego/damskiego wampa albo nie może się zdecydować między wzgardliwym zblazowaniem, ponurą wzgardą wobec całego świata oraz rozkosznym tumiwisizmem.
Uwielbiam ją za dosadność i rubaszność, tak bardzo „nieprzystające kobiecie”; chwilami widzę ją jako współczesną, damską wersję Zagłoby, choć to nie do końca sprawiedliwe określenie, bo Zagłoba mógłby się nieraz uczyć od Samozwaniec ciętego dowcipu.
Uwielbiam jej brak litości dla obu płci – nie lituje się nad własną, „bo tak wymaga solidarność”, nie lituje się nad męską, „bo tak wymaga prawdziwa kobiecość”. Nie lituje się nad nikim – i jestem jej za to wdzięczna. W wykrzywiającym, zniekształcającym, hiperbolizującym zwierciadle zwanym piórem Magdaleny Samozwaniec oglądam zjawiska, z którymi mogę się zgodzić, z którymi mogę się nie zgodzić – ale które są nadal w jakiś sposób aktualne. Bo może zmieniają się czasy, obyczaje etc., ale ludzka skłonność do komplikowania sobie życia, zwłaszcza w relacjach z innymi, do tkwienia w schematach i stereotypach oraz do wchodzenia w związki z wygórowanymi oczekiwaniami wobec innych, z za niskim wobec siebie i z brakiem jakiegoś „planu bycia razem” – pozostaje.
Samozwaniec jest niepoprawna politycznie – w każdą stronę i wobec każdego, dlatego w zasadzie trudno się na nią obrażać, bo nawet jeżeli wbije szpile Wam, to zaraz wbije szpile też tym, którym Wy macie ochotę dogryźć. Świętości? Jakie świętości? Świętościom też wbije szpile!
Tylko dla mężczyzn powtórzyłam sobie pod koniec zeszłego roku – sama nie wiem, który już raz z kolei. Czytana wielokrotnie w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat książka nadal się broni, nadal bawi i nadal pozostawia coś wartościowego w głowie. W gruncie rzeczy Tylko dla mężczyzn, wraz z Tylko dla dziewcząt, dawałabym – w dwóch pakietach – w prezencie ślubnym każdej idącej do ołtarza parze – ba, każdej parze, która chce stać się parą, bez względu na to, czy prawnie zalegalizowaną, czy nie.
Właściwie dałabym taki pakiet każdemu – bo w zależności od potrzeby z Samozwaniec można się uczyć, można się bawić, można analizować. Chociażby siebie.

Podziel się tym:

Comments

2 komentarze:

  1. Wybacz, że ja dzisiaj nie o książkach... Dopiero dzisiaj zauważyłam Twój komentarz a propos drutów i dylematów jak zacząć. Odpisałam. Pomyślałam, ze może chciałabyś zerknąć:
    http://szydeleczko.blogspot.com/2013/12/prawdziwa-poudniowoamerykanska-dzikosc.html
    Mam nadzieję, że coś Ci on pomorze :) Zachęcam Cię bardzo!!!
    Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie przeczytałam, dziękuję za taką listę, na pewno mi pomoże! :)

      Usuń