Lubię pierwszy dzień nowego roku...





Tak, lubię pierwszy dzień nowego roku. Ogromnie lubię.








Lubię pierwszy dzień nowego roku, bo wszystko jest wtedy jeszcze takie leniwe, spokojne i odpoczywające – bez codziennego napięcia.
Lubię pierwszy dzień nowego roku, bo wtedy najłatwiej robić plany na cały ten nowy rok – jest we mnie dużo energii, posylwestrowo uśpionej energii, która powoli się wybudza, ożywia, przeciąga – i zaczyna się rozglądać po swoim nowym terenie działania.
Lubię pierwszy dzień nowego roku, bo wtedy jest we mnie najwięcej wiary – ba, wręcz przekonania – że uda mi się zrobić wszystko, co sobie na ten rok zaplanowałam, a nawet jeszcze więcej. To coś w stylu naiwnych pierwszy chwil nowego zakochania – odczucie, że „teraz to zupełnie co innego, inaczej będzie i inaczej się skończy”. Bardzo ożywcze odczucie, rozczulające i nieco „uniewinniające” cynizm końcoworocznych wzruszeń ramionami „oczywiście znów nic z tego nie wyszło”.
Lubię pierwszy dzień nowego roku, bo otwiera się – i mnie – na całe nowe dwanaście miesięcy. Wszystko zależy ode mnie. Mogę wszystko. Chcę wszystko. Zrobię wszystko. Przeczytam wszystko też, oczywiście.
Pal cię Cthulhu, rzeczywistości, pierwszego dnia nowego roku jestem wszechmocna!

Nie znoszę natomiast pierwszego dnia nowego roku za fajerwerki, które ludzie chcą wystrzelać do końca. Bosman znów się wcisnął pod moje biurko, w swoją ochroną norkę, w której nie mam pojęcia, jakim cudem się mieści – i nasłuchuje, pełen niepokoju. Dla niego w pierwszym dniu nowego roku przyjemne jest tylko to, że wszyscy jesteśmy w domu.

Planów czytelniczych, jak wspominałam wczoraj (czyli w zeszłym roku...), nie robię; natomiast różne inne plany życiowe robię jak najbardziej – uwielbiam je. Zaraz zacznę je spisywać – ręcznie, tylko dla siebie, na różnych ozdobnych kartkach papieru.
Lubię uczucie ukierunkowywania się, jakie daje mi robienie planów, spisów, list.

Na marginesie – gdzieś w czerwcu chwaliłam się nowym projektem blogowym, Patchworkiem szczecińskim. Nic z tego niestety nie wyszło – blog szybko zamarł, okazało się po prostu, że się nie wyrabiam czasowo (i nie tylko); co więcej, gdy się porządnie zastanowiłam, uznałam, że mając do wyboru ratowanie Fragmentownika lub Patchworku – wolę zająć się dalej Fragmentownikiem. Myślę, że jest mi bliższy i mocniej się z nim zżyłam, tu jest najwięcej tego, co dla mnie najistotniejsze. Pod pewnymi względami jednak żal mi Patchworku, więc w tym roku spróbuję wprowadzić na Fragmentownik pewne jego elementy – jakieś drobiazgi o Szczecinie, nierecenzje nie tylko książek, jakieś teksty niemal albo zupełnie z książkami niezwiązane. Ciekawa jestem, czy i jak się uda takie połączenie – oraz jak odnajdywać się w tym będziemy i ja, i Wy. Mam cały rok na sprawdzenie tego pomysłu.

Teraz nadchodzi czas na zrobienie tych wszystkich blogowych przygotowań na nowy rok – lista przeczytanych książek, lista podjętych wyzwań, projekt wyzwania poetyckiego (naprawdę mam ochotę się z nim zmierzyć, i z samym ożywieniem czytania poezji, i ze stworzeniem wyzwania), małe porządki w wizualnej stronie blogu. Teraz jest dobry czas na wszystkie te działania. Teraz jest pierwszy dzień nowego roku – dzień, w którym wszystko jest możliwe. Nawet jeśli to nieprawda, chce się w to wierzyć.

Ogromnie jestem ciekawa tego, co zrobię ze swoim życiem w 2014 roku. I ogromnie przekonana, że zrobię z nim wiele wspaniałych rzeczy. Czego Wam też z całego serca życzę – w końcu mamy cały nowy rok do wykorzystania!
Idę robić plany. Kocham robić plany. I kocham To-do list Sashy Cagen, o której w styczniu naprawdę muszę Wam wreszcie opowiedzieć.

Podziel się tym:

Comments

4 komentarze:

  1. Dla mnie pierwszy dzień roku, to zwykle czas refleksji, zwłaszcza, że zwykle za oknem wówczas życie toczy się niespiesznie. Na ulicach pustki, a dzieci rozpłaszczają nosy na szybach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, jest w nim coś refleksyjnego, tak jak w ostatnim dniu starego roku (choć wówczas więcej, oczywiście, nerwów i pośpiechu). Spokój, spowolnienie, rozleniwienie - to pozwala pomyśleć o sobie.

      Usuń
  2. O, podobnie jak Ty, uwielbiam pierwszy dzień nowego roku. Można planować, robić podsumowania i tworzyć wszelkiego rodzaju listy. Uwielbiam :)
    Ale naprawdę szczerze nie znoszę Sylwestra. Huk petard i rac sprawia, że jeden z moich psów wpada w panikę i nie ma sposobów żeby ją uspokoić, o wyjściu na spacer nie ma mowy. Zawsze stresuję się tym dniem i odliczam godziny do końca.
    A co do Patchworka, to z pewnością dobrym pomysłem jest wrzucenie przynajmniej jakieś jego części na Fragmentownik. Zawsze z zainteresowaniem śledzę inne, pozaksiążkowe zainteresowania ulubionych blogerów :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łączę się w uwielbianiu tego :) Listy są dobre, kochane, cudowne!
      Mój pies tego sylwestra zniósł lepiej niż poprzedniego ale i tak kiepsko. Wczoraj wyciągnięcie go na chwilę do ogrodu było koszmarnie trudne.
      Pozdrawiamy z Bosmanem Twoje psy - z życzeniami posylwestrowego spokoju.
      Cieszę się i dziękuję, Twoje słowa to dla mnie duża motywacja :)

      Usuń