W grudniu zimuję, ile się da (okryta kołdrą z książek)

W Małej apokalipsie Konwickiego bohater stwierdzał, że każdy człowiek ma swój koniec roku, niezależny od kalendarzy i pór roku. Bardzo mi się spodobała ta teza, a zorientowanie się we własnym wewnętrznym rytmie okazało się całkiem łatwe, wystarczyło minimum obserwacji. W ten sposób szybko doszłam do wniosku, że mój koniec roku jest akurat dość bliski kalendarzom – zaczyna się pod koniec października, nasila się w listopadzie, etap ostatni – najspokojniejszy i najbardziej refleksyjny – następuje w grudniu.
Może ma to związek z moimi urodzinami, może z porą roku, może z tym, że lubię wyraźne „momenty graniczne”, jak przejście ze starego roku do nowego? Może wszystko naraz? W każdym razie czasowo wpasowałam się naprawdę dobrze, bo grudzień to przecież najkrótsze dni, święta, związana z tym atmosfera, wolne, takie ogólne (wyczuwalne w wielu miejscach) rozluźnienie, koniec roku, początek roku...


W związku z tym w grudniu czuję się trochę osłabiona (i fizycznie, i psychicznie), trochę rozleniwiona, spowalniam tempo, raczej nie zaczynam nowych rzeczy. Zmiany, jeżeli wprowadzam, to łagodnie i powoli. Trochę się odprężam, uspokajam i wyciszam, mam niekiedy uczucie zawieszenia – a przede wszystkim zwolnienia z odpowiedzialności, z tego „muszę, trzeba, należy, praca, obowiązki, ważne sprawy”. To nie znaczy, że się z nich nie wywiązuję – po prostu gdzieś wewnątrz mnie jest o wiele więcej spokoju i nieco więcej dystansu do tego wszystkiego.
W grudniu, jednym słowem, zapadam w sen zimowy. Niezbyt długi i niezbyt głęboki, ale regenerujący – i ciało, i umysł.
W grudniu jest czas na pozamykanie różnych rzeczy, zebranie sił na nowe – które może i nawet się przelotnie pojawiają w głowie, może i nawet nieco klarują, ale to wszystko odbywa się bez nacisku, bez pośpiechu, bez poważnego nastawienia. Ot, coś się w myślach układa, na razie w swoim tempie, nie trzeba poganiać.
W grudniu pozwalam sobie na więcej tego, czego mniej: mniej pracy, mniej wymagań, mniej planów. I na więcej tego, czego więcej: więcej lenistwa, więcej spokoju, więcej ciszy, takiej wewnętrznej ciszy. „Kryzys wieku”, który od siedemnastego roku życia przeżywam w każde urodziny, potrzeba podsumowania, rozliczenia się z samą sobą i podobne sprawy tylko wspomagają to moje „spokojniej, leniwiej, ciszej”.
Nie przeszkadza mi taki grudniowy nastrój, wręcz przeciwnie – dopełnia różnorodne przemiany nastrojowe w poprzednich jedenastu miesięcy.

W takiej postaci grudzień jest też dobrym miesiącem czytelniczym – nie tylko dlatego, że święta (w moim przypadku aż cztery) są świetnym pretekstem do kupowania książek. Druga połowa to u mnie wolny okres świąteczny – więc jest więcej czasu na czytanie. Do tego szybko spowijająca wszystko ciemność, zimno zachęcające do chowania się pod kołdrę, uczucie kończenia się jakiegoś etapu – to też wspomaga mój czytelniczy apetyt. Odpuszczam sobie literaturę fachową, sięgam tylko po to, na co mam ochotę. Planuję, oczywiście, robię wielkie plany świątecznej listy czytelniczej, ale staram się później nie mieć wyrzutów sumienia z powodu jej niepełnego zrealizowania.
W grudniu, jeśli chodzi o czytanie, dogadzam sobie jak podczas świątecznego obżarstwa. Tu na szczęście nie grozi ból brzucha (ani utrata figury).

Nie potrzebuję dopasowanych do okoliczności opowieści świątecznych, ale w tym roku pasują mi teksty spokojne, rozgrzebujące psychikę człowieka, za to bez fajerwerków fabularnych. Z drugiej strony – mam też apetyt na opowieści grozy. Poza tym ciągnie mnie do form dziennikowych (w przypadku Sontag) i Calvinowej zabawy formą. Jeżeli w którymś momencie pojawi się głód kryminałów, sięgnę najpierw po kolejne tomy Kryminalnych przypadków Daisy D., dopiero później po Hamisha Macbetha (jakoś Daisy bardziej mi się teraz podoba). Albo może powtórzę sobie jakieś opowiadania o Sherlocku Holmesie, tym razem w oryginale?
Przy choince, w same święta – na pewno Munro. Nie wykluczam, że przeplatana z Lovecraftem (chyba lubię mieszać skrajnie odmienne smaki). Może kryminał z akcją na angielskiej wsi. No i pewnie trochę Sontag. I – może coś z Henry’ego Jamesa? Z półki najbardziej nawołują Opowiadania nowojorskie i Skrzydła gołębicy.
Koniecznie Quirkyalone Sashy Cagen, koniecznie też coś jeszcze po angielsku (w bibliotece zarezerwowałam trzy tomy opowiadań o duchach w oryginale). Murakami, Pamuk, Eco – ujęci w planach, a poza tym właśnie dziś wypożyczyłam trzy książki dotyczące psychologii motywacji, osobowości i zarządzania sobą. Myślę o Mamie Muminków, myślę o niektórych książkach o książkach (jak Nie myśl, że książki znikną, Księga ksiąg utraconych albo Moja historia czytania). A tak, opowiadania Bunina, spokojne i klimatyczne. Któraś z trzech nieczytanych jeszcze powieści Colette? Gdybym miała pod ręką pierwszy tom Królika, wzięłabym się za Updike’a, ale niestety ten pierwszy tom śpi w którymś kartonie...
O, i jeszcze nadrobię zaległości w gazetach! Te wszystkie numery „Charakterów”, „Polityki”, „Książek”, czwartkowe i weekendowe wydania „Wyborczej”, stare „Przekroje” etc. – to wszystko czeka, czeka na przeczytanie od deski do deski (no, nie aż tak od-do – tematy, które mnie nie interesują, pomijam), na nacieszenie się nimi, na lekturę spokojną, nie w biegu, jednym okiem i po łebkach.

W Wigilię przy choince najchętniej poczytałbym opowiadania grozy, kryminał świąteczny (w następny poniedziałek nowy tom Daisy D. to akurat Morderstwo pod choinkę, więc świetnie będzie pasować; i pal diabli czytanie chronologiczne, na szczęście każdy tom jest na tyle samodzielną częścią serii, że nie zaszkodzi mi sięgnięcie po numer jedenasty i dopiero potem powrót do numeru czwartego), Munro i Sontag. Jest w czym wybierać.

Zostało mi sześć dni pracy. Jutro ostatnie zajęcia z ostatniego zjazdu, potem ostatni tydzień w teatrze. Potem – wolne.
Siedzę właśnie nad prezentacją na warsztaty, które poprowadzę za parę dni. Jeszcze tylko dziś i jutro to przygotować, jeszcze tylko te sześć dni wytrwać – i będę mogła naprawdę zapaść w swój zimowy, grudniowy sen. To będzie sen na łożu książek, oczywiście.

Podziel się tym:

Comments

5 komentarze:

  1. Chyba podobnie do Ciebie przeżywam swój grudzień. To zdecydowanie najspokojniejszy ze wszystkich miesięcy, niezależnie od tego ile prezentów należy zaplanować, jakie pierniczki upiec i ile dekoracji świątecznych zrobić. Robię to wszystko, ale staram się tak rozplanować zajęcia, żeby mieć czas na czytanie, na oddawanie się przyjemnościom i delektowanie światłem świec. I podobne lektury wybieram. Od kilku dnia znów jestem na angielskiej prowincji wspólnie z inspektorem Jurym i Melrosem Planten z książek Marthy Grimes. Uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, przypomniało mi się, że mam "Pod Zawianym Kaczorem" Grimes, dotąd nieczytane! A poza tym angielska prowincja czeka mnie w "Daisy D." i "Hamishu". To najlepsze miejsca na interesującą zagadkę kryminalną.
      Tak, jest w grudniu coś uspokajającego i odprężającego. Odpoczywajmy więc jak najlepiej przy jak najlepszych książkach.

      Usuń
  2. Mój grudzień to nerwówka. Psioczę, że roboty huk. Wszystkich chcę zebrać u siebie, póki chcą przychodzić.
    Mój koniec roku to początek sierpnia, kiedy dziecina wraca do Gdańska po urlopie. Wtedy życie powolnieje, czekam na listopad. Przyjedzie w listopadzie dwa razy, potem na grudzień, a potem na koniec lipca, wtedy jesteśmy najdłużej razem. Urlop. A potem wyjeżdża... i rok od nowa. A potem telefon - Ona: Co czytasz? :D Bo ja znalazłam fajną książkę "Psy z Rygi". Znasz Kurta Wallandera? Ja: Znam. Czytałam "Nim nadejdzie zima" itd itp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się z kolei cieszę na bardzo kameralne i spokojne święta, tylko w cztery osoby (tak, liczę psa). Powodzenia z tym hukiem roboty, na pewno dasz radę :)
      O widzisz, czyli mamy kompletnie różne końce roku, ja w lecie jestem w szczytowej formie, chętna na podróże, nowe znajomości etc. - rzeczy zupełnie nieatrakcyjne w grudniu.
      Podobają mi się takie czytelnicze rozmowy rodzinne - są wspaniałe.

      Usuń
    2. Nie tylko o książkach rozmawiamy. Ulubionymi tematami są zwirzaki (ona psy, ja koty) i kuchnia, choć gospocha ze mnie żadna, ale lubię tksiążki kucharskie ;)

      Usuń