Piątek trzynastego, najlepsza data na świecie






Kiedyś, na innym blogu, pisałam pochwały pod adresem piątku trzynastego. Uwielbiam tę datę. Z dwóch powodów: piątku i trzynastki.






Piątkowe wieczory to dla mnie świętość – już w liceum tak było. Piątkowy wieczór to czas wyjątkowy – najlepsza część weekendu: cały tydzień roboczy za mną, weekend przede mną, wolne dwa dni – i jeszcze ten wieczór przed nimi. Najlepsza, bo dopiero rozpoczynająca weekend i zapowiadająca tyle wolnego, pora.
Oczywiście teraz nie jest już to takie proste: mniej więcej co drugi weekend mam przecież zjazdy, w piątki wieczorem też trafiają się zajęcia (moje „ulubione” ustawienie to zajęcia od 19.30 do 21.00, mózg puka wtedy delikatnie w podłogę i pyta: „Ty sobie jaja robisz?”). Mimo to piątkowy wieczór, gdy już jest po piątkowych zajęciach (i nawet jeśli jest przed zajęciami weekendowymi), to dalej dla mnie świętość – krótsza, nadszarpnięta z jednej strony, drugiej lub obu, ale jednak świętość.
Piątkowy wieczór (lub jego resztkę) celebruję: wyleguję się w łóżku z książką, najlepiej taką „na piątek wieczór”, a do tej kategorii najlepiej pasują kryminały i opowieści grozy, choć spokojnie mogę tu zaliczyć każdą pozycję, na którą akurat mam apetyt), z gorącą herbatą i nieraz czymś słodkim, czytam po nocy (o ile weekend jest wolny i mogę się wyspać), piszę, słucham muzyki, czasem coś oglądam (rzadko, mam coraz większy problem z utrzymaniem motywacji do wysiedzenia przed ekranem. Bez względu na jakość filmu – nie wychodzi. W zasadzie powinnam powiedzieć, że nie tyle nawet nie mogę wysiedzieć przed ekranem, ile w ogóle nie mogę się zebrać, by przed nim usiąść. Coś we mnie jęczy „nie, nie, nie, odwal się z tymi filmami” – a ponieważ to coś jęczy bardzo żałośnie, a ja mam miękkie serce, odwalam się i pozostaję przy książce). Jednym słowem, bez względu na ogrom czekającej mnie jeszcze pracy, zajęć etc., mój organizm domaga się uszanowania cotygodniowego rytuału: świętowania piątkowych wieczorów. Oczywiście, rytuał szanuję. Na piątkowe wieczory czekam z radością.
Dziś zajęć nie mam, za to mam jutro i pojutrze, więc świętowanie piątkowego wieczoru nie będzie w tym tygodniu tak beztroskie – natomiast w przyszłym tygodniu poświętuję na całego, bo rozpocznie się mój bardzo długi bożonarodzeniowy urlop.

Jest jednak coś, co sprawia, że dzisiejszy wieczór zasługuje na szczególną uwagę – mamy piątek trzynastego! Cudowna data, jedna z moich ulubionych. Można powiedzieć, że jestem przesądna à rebours, bo wierzę, ze to data szczęśliwa, dla mnie szczególnie. W ogóle trzynastka to moja ulubiona liczba, uważam ją za swój prywatny szczęśliwy numer. Nawet gdy robię plan dnia, musi być na niej trzynaście punktów – może być więcej, ale mnie odpada, trzynastka po prostu musi się znaleźć w spisie. W ten podpunkt wrzucam albo pisanie artystyczne, albo pisanie prywatne (dziennika). Bo to właśnie taka twórcza, pisarska, artystyczna liczba.
Wobec tego w ten piątkowy wieczór – poza przygotowaniem paru rzeczy na jutrzejsze zajęcia – będę świętować podwójnie: piątkowy wieczór i piątek trzynastego. Poczytam Calvino, Bunina, może sięgnę po Lovecrafta, rozerwę się dzięki nowym analizom na Niezatapialnej Armadzie i Przyczajonej logice, może też zrobię sobie powtórkę jakiegoś filmu lub odcinka serialu (bo to mi jeszcze wychodzi: niezobowiązujące oglądnie kątem oka czegoś, co znam i co jest po angielsku).

A Wy co robicie – czytelniczo i nie tylko – wieczorem w piątek trzynastego? Jeżeli czytacie – mam nadzieję, że książka sprawi Wam co najmniej trzynastokrotną przyjemność.

Podziel się tym:

Comments

10 komentarze:

  1. Dziś zdarzyło mi się tłumaczyć, jak to można spędzać najprzyjemniejsze piątkowe wieczory w domu. I czy przypadkiem nie uważam, że to marnowanie siebie. A przecież przy łóżku leży "Mama Muminków" (nie jest to literatura najwyższej próby, miejscami męcząca, ale sama Tove - człowiek ciekawy), no i filmy czekają na nadrobienie. Teraz tylko zdecydować - jaki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że każdy ma swoją wizję i uważa ją za najswojszą, ale nienawidzę sytuacji, gdy ktoś oczekuje, że mu się wytłumaczę z własnych preferencji. I cieszę się, że nie tylko ja uważam spędzanie piątkowych wieczorów w łóżku z książką (i/lub filmem) za wyjątkowo udany sposób uczczenia końca tygodnia pracującego.
      Mój egzemplarz "Mamy Muminków" czeka na przeczytanie od zeszłego roku... Mam szczery zamiar przeczytać go w te święta.
      Widzę, że mam do czynienia z kolejną miłośniczką Muminków!

      Usuń
  2. Przeczytałabym raz jeszcze "Cieniste aleje i inne opowiadania" Bunina. Opowiadań nie lubię, a ten Bunin chodzi za mną ze swoimi klimatami. Kiedyś czytałam, treści nie pamiętam, pamiętam klimat.
    Ach te piątki, niedziel nie znoszę, nudne i przypominają, że koniec laby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niedziele lubię ogromnie, tylko w niedzielne wieczory zawsze ogromnie żałuję, że weekend tak szybko się skończył (chyba że poniedziałek też jest wolny).
      Klimaty Bunina są rzeczywiście wyjątkowo... klimatyczne. Czemu nie lubisz opowiadań?

      Usuń
    2. Zbyt szybko się kończą ;) Tak naprawdę, to cokolwiek z opowiadań czytałam, podobało mi się. Te przeczytane opowiadania tkwią mi w pamięci. Taki Czechow i jego "Końskie nazwisko". Meisterstuck. Ale opowiadania kupuję rzadko, nie pamiętam, bym cokolwiek ostatnio kupiła. Zawsze jest to reportaż bądź powieść.

      Usuń
    3. Rozumiem :) Czechow - tak, cudowny. I Maupassant. I opowiadania Updike'a mają niepowtarzalny klimat. I Barnesa. I, i, i...

      Usuń
    4. "Baryłeczka" mi w głowie tkwi ;) Updike,a nie czytałam choć, choć zapisany na liście "Przeczytać koniecznie" , ani Barnesa. :(

      Usuń
    5. Updike'a mogę z czystym sumieniem polecać - przeczytaj "Pary"!

      Usuń
  3. A w tym roku jeszcze jedna trzynastka w dacie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, piękna trzynastka :) Szkoda, że za kilkanaście godzin trzeba się będzie z nią pożegnać.

      Usuń