Miłość od pierwszego opowiadania

Alice Munro to moje wielkie październikowe odkrycie autorskie – powiedziałabym, że jedno z najlepszych odkryć tego roku. Zakochałam się, już od pierwszego opowiadania zostałam urzeczona. W tej chwili mam za sobą trzy tomy i mogę zdecydowanie stwierdzić trzy rzeczy: po pierwsze, chcę czytać dalej, dalej, dalej. Po drugie, chcę mieć na własność wszystkie jej książki – bo kiedyś z pewnością do nich wrócę (w całości lub na wyrywki). Po trzecie – jestem w Munro czytelniczo zakochana.
To cudowne uczucie, być czytelniczo zakochaną. Najwspanialsze zaś jest to, że książki, w przeciwieństwie do ludzi, nie oczekują monogamii, wręcz jej nie znoszą – chcą poliamorii, jak najpotężniejsze poliamorii. Munro zatem dołączyła to mojego wielkiego autorskiego haremu i zajęła w nim wyjątkowo dobre miejsce.


Pal diabli omawianie „o czym to jest” – zwłaszcza że w przypadku Munro zabrzmiałoby to rzeczywiście banalnie, tu się jakaś para rozstaje, tu się inna rozstaje, tu ktoś umiera, tam się rodzi. Banał do bólu zębów.
To niesamowite, co ona potrafi wyciągnąć z tego banału, zwyczajności, wręcz szarości codziennego życia – jak wciągające i zapadające w pamięć są nawet te elementy, które odpychają, smucą czy wzbudzają coś pomiędzy politowaniem a pogardą.

Pierwsze, co mnie uderzyło po kilku opowiadaniach Munro, to skojarzenie z Updikiem – skojarzenie à rebours. U Updike’a bowiem bardzo wyraźne są takie elementy, jak politowanie i pogarda właśnie; odnoszę niekiedy wrażenie, że Updike zrywa kolejne warstwy ze swoich bohaterów i obnaża ich całkowicie z czymś na kształt mściwej satysfakcji – mściwej nie dlatego, że nie lubi ludzi, tylko dlatego, że nie lubi ich wad (albo raczej tego, jak je ukrywają i zakłamują, zwłaszcza przed sobą); obnaża zupełnie, pozostawia nagich, kulących się i zasłaniających nieporadnie. Munro z kolei – idąc tą ubraniową metaforyką – pozostawia coś, czym można się okryć, jakiś skrawek materiału, dzięki czemu bohater nie jest obnażony tak dosadnie – chociaż i tak jest, tyle że delikatniej. Bohater Munro stoi nagi, lecz za zasłoną – w przeciwieństwie do bohatera Updike’a, któremu i tę zasłonę odebrano.
Delikatność, nienachalna sympatia, trzymane w ryzach współczucie – to moje wrażenia z opowiadań Munro. Elegancja – polegająca nie na unikaniu nieprzyjemnych, „nieeleganckich” tematów, lecz na pokazaniu ich za pomocą pewnych słów, nastrojów, sytuacji, które pozwalają bohaterom zachować jakieś minimum godności. Albo chociaż wierzyć, że ją zachowali – lub mają/mieli szansę zachować. Brak dosadności – nie w sensie nadmiernego naturalizmu, tylko w sensie nadmiernego wykładania czytelnikowi, „o czym była historia i co o niej myśleć”. Nawet gdy Munro pokazuje coś, czuję, że jako czytelniczka mam prawo zobaczyć, pomyśleć, odczuć jeszcze coś innego.




Przyjaciółka z młodości, Miłość dobrej kobiety oraz Taniec szczęśliwych ceni – na razie te zbiory przeczytałam, pokreśliłam ołówkiem, przeżyłam. Na swoją kolei czeka Za kogo ty się uważasz?, a pod choinkę chciałabym sobie sprezentować tyle pozostałych tomów opowiadań, ile się da. Bo już po pierwszych stronach Przyjaciółki... poczułam wyraźnie: Munro muszę mieć na własność. W całości. Wszystko. I, jak wspominałam na początku, móc do niej wracać – bo jest w niej coś, przez co chciałabym wracać.
Z jednej strony żałuję, że nie sięgnęłam po Munro wcześniej, gdy (chyba jakiś rok temu) polecała mi ją Girl. Z drugiej – najważniejsze, że w końcu sięgnęłam. Przynajmniej mogę powiedzieć, że październik tego roku zaowocował wybitnym autorskim odkryciem, a jesienno-zimową, listopadowo-grudniową atmosferę ocieplają kolejne świetne tytuły. To jest właśnie taka pisarka, która potrafi połączyć elementy poważne, ciężkie i przykre z tą wspomnianą delikatnością, elegancją oraz niesamowitym klimatem codzienności, która nie wydaje się banalna, nudna czy prostacka. Zabawna sprawa, jak odpoczywam, czytając Munro – choć to, co czytam, wcale odpoczynkowe nie jest.

Charakterystyczne dla Munro sprawy w narracji: częsta narracja pierwszoosobowa, w przypadku zaś narracji trzeciosobowej – narracja personalna lub punkty widzenia. Widać przy tym wyraźnie dominację kobiecego spojrzenia – dlatego dość sporym zaskoczeniem było dla mnie opowiadanie Dzięki za przejażdżkę! w Tańcu szczęśliwych ceni, napisane w pierwszej osobie – męskiej. Na początku, mówiąc szczerze, aż mi to zgrzytnęło – nie dlatego, że czytało się źle, tylko tak... inaczej. Dość szybko jednak zgrzytanie ustąpiło; mogłam uwierzyć w tę męską osobę narratora, mogłam w nim znaleźć elementy, które dało się lubić i dało się znielubić, przede wszystkim zaś ciekawie się patrzyło na dziewczynę, o której opowiadał bohater. Nie jest to moje ulubione opowiadanie – umieściłabym je gdzieś na szarym końcu w jakościowej hierarchii tekstów w Tańcu... – ale zdecydowanie ma swój klimat.

Chyba najbardziej podobają mi się te opowiadania, w których bohaterki, już dorosłe (lub w każdym razie starsze od tej siebie, o której mówią) powracają pamięcią do jakiegoś momentu swojego dzieciństwa lub wczesnej młodości, do jakiegoś wydarzenia, osoby, myśli. W tych tekstach jest coś, co wyjątkowo do mnie przemawia – nie tylko dlatego, że bardzo lubię retrospekcje, chodzi raczej o sam klimat, o to spojrzenie w przeszłość, analizowanie, czasem rozliczanie tego, co było (ja w rozliczaniu swojego „było” jestem wyjątkowo dobra i jest mi to bliskie, aż do samoudręczenia).

Poza tym bardzo uderza mnie u Munro brak pointy – albo pojawianie się takiej „pointy rozmytej”, która wcale nie stanowi pointy wyraźniej i/lub ostatecznej, tylko jest drobnym elementem dalszego życia, tego, które nastąpi po zakończeniu opowiadania. I jeszcze coś z tym związane – nawet nie brak „zakończeń zamkniętych”, po prostu brak zakończeń, po prostu odrzucenie czegoś takiego jak „zakończenie historii”. Ostatnie zdanie danego opowiadania to żaden koniec; to koniec aktu opowiadania, ale nie koniec historii, historia toczy się lub potoczy się dalej, tylko my już nie będziemy wiedzieć, jak. Munro wybiera kawałek życia bohaterki, opowiada – i w pewnej chwili pozostawia tę bohaterkę samą, bez podglądających ją oczu czytelników. W każdym tekście, który mogę sobie przypomnieć, spotykam się z tą samą sytuacją: dojście do ostatniego zdania niczego fabularnie nie rozwiązuje, nie układa historii w „od-do”. Owszem, jest „od” – ten moment, w którym wchodzimy w opowieść – lecz „od” jest dość umowne i rozmyte, bo przecież sięgamy w przeszłość znacznie dalej niż tylko do momentu, od którego zaczyna się konkretna opowieść. „Do” nie istnieje w ogóle. Gdy odchodzimy po ostatnim zdaniu, coś się dalej dzieje, historia toczy się po swojemu – jak w życiu. Uczucie, że zostaję odsunięta od historii w samym jej środku, w chwili, gdy tak naprawdę wszystko się dopiero rozkręca albo w takim momencie, który jest swoistym spowolnieniem, zacięciem się historii, banalnym momentem potencjalnego przejścia z jednego interesującego dziania się do drugiego – to uczucie towarzyszyło mi często. Ale nie, nie denerwowało, przeciwnie – niesamowicie urzekało. To jeden z tych wyjątkowo cennych aspektów twórczości Munro: wielki realizm konstruowania fabuły – realizm w tym sensie, że nie ma zakończeń zamkniętych, nie ma zawsze pointy, nie ma doprowadzenia danej historii do szczęśliwego/nieszczęśliwego zakończenia i wyraźnego (choćby niezwerbalizowanego) przekazu „skończone”. Munro niejako urywa w pół zdania – i to pół zdania, którego już nie dopowiada, nadaje wypowiedzianej połowie zdania niesamowitą wartość.
Wierzę w historie Munro – właśnie dlatego, że są przerwane w najzwyklejszym momencie, przerwane tak, jak się często przerywają w życiu, bez jakichś wyraźnych, stanowczych lub ostatecznych cięć, momentów przełomowych etc. Zmiany, dostrzegane z perspektywy czasu, w chwili swego następowania wydają się mało znaczące, rozmyte, nawet nieistniejące; dokonują się etapami, mieszają z innymi sprawami, ani się wyraźnie, konkretnie, tu i teraz nie zaczynają, ani się wyraźnie, konkretnie, tu i teraz nie kończą.
Wszystko się zmienia, przepoczwarza, ewoluuje, rozwija, kurczy, zamiera – kawałek po kawałku, w połączeniu, przemieszaniu, współoddziaływaniu z innymi sprawami, rzeczami, zjawiskami. Nic nie zostaje wyabstrahowane, nie pojawia się w próżni, nie okazuje się jedynym determinantem. Świat u Munro to olbrzymia mieszanka wszystkiego, rozmaitych wydarzeń, emocji, myśli, relacji – a funkcjonujący w nich, w tym wszystkim, w tej mieszance człowiek nie zawsze potrafi, zwłaszcza w kluczowych momentach, ustalić priorytety, znaczenia, wartości poszczególnych elementów tego „wszystkiego”. Ba, często nawet nie wie, że coś jest kluczowym momentem – dopóki nie spojrzy na to z perspektywy czasu. I aż się prosi o zadanie pytania, na ile kluczowe momenty są kluczowe, bo są kluczowe, a na ile są kluczowe, bo podczas oglądania się wstecz my je za takie uznajemy (i vice versa, odbieramy etykietkę „kluczowe” wydarzeniom, które kiedyś za takie uznawaliśmy).
Munro mnie inspiruje do obserwowania, analizowania, interpretowania i celebrowania najdrobniejszych drobiazgów codzienności. To chyba kolejny powód, dla którego się w niej zakochałam.

Zupełnie na marginesie – okładki, zwłaszcza te Wydawnictwa Literackiego, są wspaniałe: ta z Przyjaciółki... jest trochę kojąca i sentymentalna, ta z Tańca... ma w sobie mieszankę erotyzmu i melancholii. Co do Miłości dobrej kobiety, waham się między uczuciem osamotnienia a czymś jednocześnie odpychającym i obawiającym się pogłębionych relacji.
Jeszcze kwestia rozmiaru – jak cudownie wziąć do ręki taki gruby tom! Tym bardziej że okładka nie jest twarda, papier ładnie pachnie i jest przyjemny w dotyku, a po grzbiecie aż się chce przesuwać palcami. Erotyka noblistyczna: ustawić obok siebie wszystkie tomy opowiadań Munro i gładzić je palcami, wnętrzem dłoni, wierzchem dłoni, w dowolnych konfiguracjach.
Po cichu liczę, że niedługo będę mogła tak zrobić.

(Taniec szczęśliwych cieni przeczytany w ramach wyzwania „Trójka e-pik”).

Podziel się tym:

Comments

3 komentarze:

  1. Nawet nie znałam tego nazwiska. Dorze, że dostała Nobla, przynajmniej dowiedziałam się o jej istnieniu. Czeka na mnie "Taniec szczęśliwych cieni". Kupiłam dziś "Cytrynowy stolik" Barnesa. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Errata:
    Miało być: Dobrze, że...
    Musze zmienić laptop, klawisze stawiają opór. Wiem, że pod klawiszami futro kocie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wprawdzie nazwisko znałam, ale do zapoznania się z Munro skusił mnie właśnie Nobel, więc chwała nagrodom literackim :)
      Ciekawa jestem, jak Twoje wrażenia z "Tańca" - i z "Cytrynowego stolika". Ja go sobie chyba przeczytam w Nowy Rok.
      Jestem wdzięczna mojemu psu, że jest za duży i niemeblolubny, więc nie mam jego futra między klawiszami klawiatury. Ale to chyba typowe dla kotów, wędrować po klawiaturze? Dobrze chociaż, że Ci ogonem nie wyłącza znienacka całego komputera. Za to masz mufkę dla rąk w zimową porę :)

      Usuń