Kilka słów o listopadowym czytaniu

Listopad okazał się wykańczający – najpierw ostatnie przygotowania do jubileuszu teatru, potem jubileusz, a potem (teraz) zbieranie sił i nadrabianie zaległości. Nawet nie mogę powiedzieć, bym miała napady komputerowstrętu. Ja po prostu po powrocie z teatru padałam półprzytomna lub nieprzytomna na łóżko.



  
A jednak, paradoksalnie, to był miesiąc ogromnie udany czytelniczo. Przeczytałam siedemnaście książek. Odkryłam Murakamiego, odkryłam Joannę Bator, zakochałam się mocniej w Munro. Wreszcie przeczytałam pierwszą z dwóch posiadanych książek Sashy Cagen (To-do list). Skatowałam się Auto da fé (chociaż chwilami z masochizmu przechodziłam w sadyzm). Wreszcie zapoznałam się bezpośrednio z Free Books Zone w Inkubatorze Kultury – pożyczyłam sobie stamtąd The Green Ghost and other stories – zbiór opowiadań o duchach (niestety, głównie ostatnie ćwierćwiecze XX wieku, czyli nie moje ukochane klimaty wieku XIX, względnie początku XX, ale trudno). Pięćset stron po angielsku, miło – i niektóre z już przeczytanych opowiadań są całkiem dobre.
Udało mi się też zanotować kilka wrażeń z listopadowego czytania.

Naszyjnik królowej – Aleksander Dumas (tom I)
Czytałam ten tom – i to po łebkach – wiele lat temu, jeszcze w podstawówce. Pamiętałam pierwszą scenę, obiad u kardynała i przepowiednie Cagliostra; pamiętałam wyprawę królowej i Andrei; pamiętałam kilka fragmentów z Joanną de la Motte. Mam jednak wrażenie, że dopiero teraz odkryłam niesamowicie smakowity i wciągający klimat królewskiej, przedrewolucyjnej Francji, a raczej nie tyle Francji, ile Wersalu. Naszyjnik urzeka (muszę wygrzebać z kartonów kolejne tomy), intryguje, bawi – ale (i trudno mi zdecydować, na ile to zaleta, a na ile wada) nie czuje się w nim za bardzo historii. Może powinnam to ująć inaczej: historia ma tu raczej charakter zestawu dworskich plotek, intryg, „who’s who and who with who”, to taka przedrewolucyjna „Gala” czy „Viva”, bez całego historycznego ciężaru. Uwielbiam historyczny ciężar, ale jakoś u Dumasa nie przeszkadzał mi jego brak. Dobrze się bawiłam – ot, i tyle. Królewskie romanse, dworskie intrygi, piękne suknie, wielkie pieniądze, gdzieś w dalekim tle odrobina społecznego napięcia i lekki powiew historycznego niepokoju – jednym słowem, dobry zestaw. Dobry, by się odprężyć, przeżyć parę chwil w Wersalu, nowym domu Joanny albo na balu maskowym – i przy okazji, wręcz niechcący, liznąć odrobinę wiadomości o XVIII wieku. Niewiele, tyle, by poczuć smak tej epoki, ale się nie przejeść wiedzą.
To nawet nie jest zarzut – bo przecież czytało mi się dobrze, połknęłam pierwszy tom w jeden wieczór. Więc nie, nie zarzut, wręcz odwrotnie, w przypadku Dumasa to pochwała. I mam ochotę na kolejne tomy. Tylko po cichu liczę, że w nich jednak będzie trochę więcej... sama nie wiem, jak to ująć – powagi historii?
A może przesadzam i powinnam brać Naszyjnik takim, jakim jest – rozrywkowym, przygodowym, królewsko-dworskim, intrygowo-romansowym cackiem opowiadającym o tej pięknej, niemożliwej (oby!) do powtórzenia epoce? Bo tym właśnie jest. Niewdzięcznością wobec Dumasa jest domaganie się, by było czymś więcej.
(Przeczytane w ramach wyzwania Trójka e-pik).

Niewiarygodne przygody Marka Piegusa – Edmund Niziurski
W podstawówce czytałam – z przyjemnością – Sposób na Alcybiadesa, na tym zaczynał się i kończył mój kontakt z Niziurskim. Teraz, w ramach wyzwania, sięgnęłam po Marka Piegusa – zakładałam, że będę się dobrze bawić historiami o szkolnych i domowych perypetiach małego chłopca. Niestety, okazało się, że to zdecydowanie nie moje klimaty.
Pierwsza część, jeszcze osadzona w konwencji uczniowskich kłopotów w szkole i w domu, jakoś mogła bawić, choć za dużo było tych wszystkich pechowych zbiegów okoliczności. Wiem, wiem, takie założenie (o mało nie napisałam „taka konwencja”, a to określenie nabrało specyficznego posmaku po kilku zajęciach z moimi obecnymi studentami), widocznie po prostu teraz już mi ono nie odpowiada. Natomiast druga część, czyli to, co zaczyna się po pierwszych trzech przygodach, rozczarowała mnie zupełnie, czytałam już tylko dlatego, że chciałam poznać tę powieść do końca i z czystym sumieniem móc powiedzieć „nie podobało mi się”. Zresztą to nawet nie tak, że mi się nie podobało, bo mimo rozczarowania nawet się trochę bawiłam – rzecz w tym, że ta druga część to zupełnie coś innego niż przygody Marka Piegusa. Marek schodzi tam na dalszy plan (choć wszystko kręci się wokół jego zniknięcia), ci zaś, którzy wybijają się na pierwszy plan, kojarzyli mi się z tymi wszystkimi domorosłymi grupkami detektywów, poszukiwaczy-odkrywaczy i obrońców świata/miasta/dzielnicy/piaskownicy, których pełno w polskich i amerykańskich opowieściach i filmach dla nastolatków. Nudne. Sztuczne. Chwilami pretensjonalne. I sami chłopacy – dziewczynek albo nie ma, albo są za głupie, by się z nimi bawić/zadawać. Jak siostry Marka.
Moje spotkanie po latach z Niziurskim nie było zatem udane. Może okazałoby się inne, gdybym: a) była młodsza); b) w dzieciństwie zaczytywała się jego książkami; c) była chłopakiem. Sądzę, że powtórka Sposobu na Alcybiadesa przyniosłaby mi więcej przyjemności, bo w tamtej rzeczywistości – szkolnej, zwyczajnej, codziennej, lepiej bym się odnalazła. Mam wrażenie, że Sposób... wypełniony był specyficznym humorem, którego w Marku Piegusie nie ma; to, co miało w Piegusie śmieszyć, wydawało mi się śmieszne na siłę.
Niestety, czytanie Niziurskiego po latach to nie moja bajka. Ale warto było to sprawdzić.
(Przeczytane w ramach wyzwań: Trójka e-pik, Polacy nie gęsi).

Opowiadania – Sławomir Mrożek
Trochę mnie ta książka zaskoczyła; opowiadania Mrożka kojarzą mi się z większą dawką ironiczno-gorzkiego poczucia humoru i absurdu, natomiast w wypadku tego tomu uderzył mnie przede wszystkim olbrzymi pesymizm. Niby to nic dziwnego – przecież te Mrożkowe opowiadania, które w pierwszej chwili wywoływały uśmiech lub śmiech, też pozostawiały po sobie sporo smutku i pesymizmu, może po prostu bardziej ukrytego w absurdzie. Tu „kołderka absurdu” jest bardzo wąska i przykrótka, ponure refleksje na temat człowieczeństwa co chwila wystawiają spod niej ręce, nogi, niekiedy głowę. Rzadko się uśmiechałam, czy z rozbawienie, czy z kpiną, czy z politowaniem – więcej było we mnie podczas czytania napięcia i zaniepokojenia. Przy Moich kochanych Beznóżkach nie mogłam się uwolnić od myśli, że wszystko to, co Mrożek pisze o kochaniu i nienawidzeniu piękna oraz brzydoty, to dosadna analiza psychologiczna społeczeństwa – nie wiem tylko, czy polskiego, czy w ogóle ludzkiego. Podejrzewam to drugie.
Nieprzyjemny tom. Fenomenalnie nieprzyjemny. Pozostawia po sobie mocnego czytelniczego kaca i na obraz Mrożka-prześmiewcy nakłada obraz Mrożka-patologa, wygrzebującego z rozkrajanych zwłok kolejne paskudne rzeczy, których przechowywania w ludzkim organizmie nikt by nie podejrzewał. Mnie, czytelnikowi-obserwatorowi, robi się niedobrze. Jego, autora-kroiciela, największe wygrzebane ohydztwo nie rusza.
On bez wahania, bez skrzywienia, z profesjonalnym dystansem wygrzebuje te paskudztwa dalej.
Ja uciekam. Kończę książkę, odkładam, boję się do Mrożka wrócić.
Za jakiś czas wrócę. Do Mrożka trzeba wrócić. Choćby po to, by wiedzieć, dlaczego się od niego ucieka.
(Przeczytane w ramach wyzwań: Trójka e-pik, Polacy nie gęsi).

Siedem szkiców – Virginia Woolf
Zdobyłam ten niewielki tom podczas urlopowego przeszukiwania księgarni w Poznaniu. Moje czytelnicze doświadczenia z Woolf to na razie Pani Dalloway (do powtórki, bo czytana w liceum) i Własny pokój (który mogłabym wielbić, gdyby nie to, że pewne uwagi Woolf o kobiecym pisaniu i kobietach pisarkach miały posmak mocno szowinistyczny).
Siedem szkiców sprawia dość przykre wrażenie. Woolf pisała je w kiepskim dla siebie okresie, gdy zmagała się z własnymi problemami – w tym z problemem, który można zatytułować „czemu, ach, czemu jeszcze nie udało mi się wyjść za mąż?”. W tekstach to widać – to niezadowolenie z siebie, niechęć do innych, którzy wyraźnie lepiej żyją z sobą w zgodzie, mieszanina pogardy, politowania i (nieuświadamianej) zazdrości. Choćby w szkicu o pannie Reeves – uwagi o umiejętnościach opisywanej kobiety spointowane zostają stwierdzeniem: „Brak jej tajemnicy; i tego uroku, jaki mają ludzie, którzy się wycofują i którym nie zależy na formułowaniu własnych poglądów”, w podtekście: „w przeciwieństwie do mnie” (dla mnie ma to posmak próby obronienia własnego strachu lub własnej nieumiejętności formułowania/prezentowania poglądów). Albo w Hampstead – fakt, że bohaterki szkicu są zadowolone ze swojego życia i pracy, musi zostać osłabiony przez uwagę: „Kobiety, które pracowały, ale nie wyszły za mąż, nabierają szczególnego wyglądu; wyrafinowania, bezpłciowości, skłonności do surowości”.
Przykra ta Woolf w swoich siedmiu szkicach – przykra, choć błyskotliwa, ironiczna, zabawna. I ciekawa, chwilami intrygująca, chwilami irytująca. Tym bardziej chcę się wgryźć w jej powieści i opowiadania – oraz, później, przeczytać jej dzienniki. Porównać, zobaczyć zmiany, lepiej poznać. Wydaje mi się tego warta – i jako autorka, i jako człowiek. Czyli kobieta. Czyli człowiek.
(Przeczytane w ramach wyzwania Trójka e-pik).

Podziel się tym:

Comments

2 komentarze:

  1. "Pamiętniki lekarza" Dumasa to idealnie to, co napisałaś: rozrywkowe, przygodowe, królewsko-dworskie, intrygowo-romansowe cacko. Nie dopatruj się tu powagi historii. Nie tylko jest ona pokazana przez plotki i intrygi, ale do tego przez plotki i intrygi nie do końca mające odzwierciedlenie w tym, co rzeczywiście się zdarzyło. Co wcale nie wynika z celowego przekłamania (a przynajmniej nie wszystko), a raczej z tego, że przedrewolucyjna Francja wcale nie była tak odległa Dumasowi, jak nam się może teraz wydawać. Pewne fakty, z różnych względów negowane lub całkowicie wykreślane z historii przez pokolenie porewolucyjne, zostały na nowo odkryte dużo po publikacji "Pamiętników...". Duch epoki, owszem, niezaprzeczalnie jest uchwycony i oddany w cyklu Cagliostra, ale zdarzenia i postaci już niekoniecznie wiernie korespondują z rzeczywistością. Piszę o tym, bo od lat jestem zafascynowana ostatnią przedrewolucyjną parą monarszą, a romans Marii Antoniny z... jej wielką życiową miłością uważam za jeden najpiękniejszych w historii. (Sama intryga z naszyjnikiem również nie jest tutaj wiernie oddana.)
    Bynajmniej nie chcę zniechęcić do czytania kolejnych tomów i kolejnych części "Pamiętników...", bo sama mam tę lekturę za sobą, czytało się bardzo przyjemnie i wracało się do tej pozycji bardzo przyjemnie. Jeśli jednak zafascynuje Cię postać Marii Antoniny (mnie ona fascynuje niezmiennie od -nastu lat), polecam jej biografię autorstwa Stefana Zweiga (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/48342/maria-antonina).
    Fajnie jest znowu z Tobą popisać :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale mnie nie zniechęciłaś - ta rozrywkowo-dworsko-romansowo-przygodowa atmosfera "Naszyjnika" mi odpowiadała, chcę też sięgnąć po pozostałe części "Pamiętników lekarza". Dobrze się bawiłam przy pierwszym tomie tej części; jeśli będę chciała wiernego przedstawienia faktów - sięgnę po biografię Zweiga, którą polecasz (mam jego biografię Balzaca, muszę ją w końcu przeczytać) i po opracowania historyczne.
      Wymaganie od Dumasa wierności historycznej jest chyba z jednej strony przesadą, z drugiej - niedocenieniem tego, co ten autor ofiarowuje. Ja chcę doceniać - myślę, że Dumas na to zasługuje.
      Też się cieszę, że znów mogę z Tobą popisać :) I że w ogóle mogę znów pisać.

      Usuń