Zachwyty i zawody, czyli kilka uwag o kilku wrażeniach czytelniczych (część II)




Tym razem marudzeń i zachwytów będzie po równo.

(I chyba nikogo nie zdziwi, że mnie, stuprocentową psiarę, książka o psie, do tego rasowo krewnym mojego psa, zawojowała całkowicie?)






Gra w klasy, czyli kara, jaka mnie spotkała za czytanie jednej książki przez dziesięć lat (plus rozważania z serii „czemu tu wszyscy bohaterowie mnie wkurzają”)
Już w trakcie czytania uderzała mnie kilkukrotnie myśl, która po zakończeniu Gry stała się tylko jeszcze wyraźniejsza: powinnam była przeczytać tę książkę dziesięć lat temu, wtedy by mnie zachwyciła. Gwoli ścisłości – wtedy mnie zachwycała.
Od pomaturalnych wakacji sięgałam po Grę ładnych kilka razy i ciągle coś mi przerywało przeczytanie całości; najdalej zaszłam za pierwszym razem (pamiętałam dobrze scenę z Talitą na desce, dalej już nie). Wtedy rozmowy bohaterów i cała ich sytuacja życiowa wzbudzały we mnie podziw, pewną zazdrość, coś w rodzaju tęsknego „ja też bym tak chciała”. Wszystko to wydawało się takie niezależne, kontestacyjne, nonkonformistyczne...
Teraz wreszcie przeczytałam cała Grę od deski do deski (zgodnie z „kodem numeracyjnym” autora). I nie mogłam już znaleźć ani tego podziwu, ani zazdrości, ani tęsknoty, ani smaku niezależności, kontestacji czy nonkonformizmu. Znalazłam za to gromadę irytujących postaci, które niczego konkretnego nie robią, za to dużo gadają, wysilają się na nie wiadomo jak światłe, odkrywcze i oryginalne myśli, ale poza wałkowanie tematu wyjść nie potrafią. Co więcej – ich sytuacja życiowa nie wydała mi się już wyrazem buntu i niezależności, których należy zazdrościć, tylko denerwującą pozą, dobrą do praktykowania, gdy się nie ma żadnych zobowiązań i żadnych ambicji.
Może (a raczej zdecydowanie) między pierwszym a ostatnim podejściem do książki coś się we mnie tak mocno pozmieniało, że nie potrafię nawet wykrzesać z siebie odrobiny empatii wobec bohaterów. Coś pewnie zgubiłam, znalazłam coś innego, ukierunkowałam się życiowo w jakiś sposób (albo jestem chwilowo tak rozregulowana, że czyjeś rozregulowanie doprowadza mnie do szału). Może za jakiś czas, gdy znów przeczytam Grę, odbiorę ją zupełnie inaczej?
W każdym razie po skończeniu było mi zwyczajnie przykro – bo Cortázara uwielbiam, jego opowiadania mnie zachwycają, a tu taki zawód powieściowy. Szkoda.
Niemniej Grę kiedyś powtórzę, zdecydowanie powtórzę – bo zabiegi konstrukcyjne fascynowały mnie i fascynują nadal. Chcę sprawdzić, na ile sposobów mogę tę książkę przeczytać. I cieszę się, że przynajmniej ten urok nie okazał się złudny. To pierwsza sprawa, co do której raczej nie zmienię zdania.
A to druga: do szału doprowadzały mnie bohaterki w Grze. Wszystko, co inteligentne, mówili, robili i myśleli mężczyźni; kobiety zostały ograniczone do: zachwycającej się, przytakującej i głupiutkiej kochanki (Babs); niezdolnej, mimo najszczerszych chęci i wielkich wysiłków, zdobyć wykształcenie i obycie kulturalne, śmiesznej, nieraz zaś irytującej w swych staraniach, za to budzącej zachwyt i uznanie swoją „naturalnością i prostotą” – czyli, w moim odczuciu, brakiem wiedzy, brakiem inteligencji, brakiem zdolności samodzielnego myślenia i infantylnością – „istoty dotykającej tajemnicy istnienia” (Maga); stwarzającej pewne zagrożenie swoją niezależnością, ale na szczęście umierającej, więc mniej groźnej femme fatale (Pola); oraz typowej kury domowej, głupawej, dobrotliwej, nadającej się do robienia racuszków, ale nie do traktowania poważnie (Gekrepten). W tym wszystkim jedynie Talita się broni – może dlatego, że tylko jej, jako niezależnej i niezainteresowanej emocjonalnie (przynajmniej w dużym stopniu), Horacio musi się dokładnie przyjrzeć i nie może jej sobie osadzić w jakimś wygodnym, „podręcznym” kontekście?
Nie wiem. Wiem tylko, że poza Talitą (i w pewnym stopniu Polą) bohaterki Gry w klasy wzbudzały we mnie poważną irytację. Bohaterowie też, tyle że pod innymi względami.
Poza tym albo coś szwankuje z wątkiem romantycznym, albo ze mną, bo zajmujące drugą część książki „rozterki emocjonalne” (to chyba nieco za mocne określenie) Horacia nie wzbudziły we mnie wzruszenia, współczucia ani niczego podobnego; jedynie drażniły i prowokowały zgryźliwą myśl: „To się trzeba w życiu nudzić z samym sobą, by w kółko łazić i smęcić: ach, nie zorientowałem się, że byłem zakochany, gdy miałem pannę pod ręką, a gdy zniknęła, to się zorientowałem i teraz taaak mi źle”.
Ale to już nie wina Gry w klasy, od dawna w taki sposób reaguję na wątki nieszczęśliwe, nieodwzajemnionej etc. miłości, przez którą życie staje się taaakie ciężkie.

Barnes, czyli mój literacki romans urlopowy
W czasie poznańskiego lipcowego się urlopowania przeczytałam dwie książki Barnesa: Papugę Flauberta oraz Puls. Papuga mnie uwiodła – ten sposób pisania biografii, zestawiania faktów, domysłów i wyobrażeń (jak rozmowa bohatera z kochanką Flauberta), plus nakładanie tego wszystkiego na odbiór czytelniczy narratora, na jego doświadczenia lekturowe (i czasem życiowe) – prawdziwy smakołyk czytelniczy. Nie mogłam się od Papugi oderwać; nic więc dziwnego, że gdy ją skończyłam i zobaczyłam w jednej z księgarni zbiór opowiadań Barnesa (w dodatku przeceniony), chwyciłam go z miejsca i tak samo z miejsca przeczytałam.
Puls nie zawiódł – choć tak od Papugi inny, a może właśnie dlatego, że inny. Historie obyczajowe Barnesa (refleksja uzupełniona wypożyczonym z biblioteki Poczuciem kresu) są wspaniałe – w delikatny, ale zdecydowany sposób wyciągają różne rzeczy z bohaterów, z ich sytuacji, z tego, do czego się przyznają i co udają – przed innymi oraz przed sobą. Co prawda w przypadku dialogów małżeńskich nieraz się gubiłam w tym, kto co mówi, ale jakoś mi to nie przeszkadzało, same dialogi zaś – i bawiły, i wywoływały lekkie skrzywienie ust (niektórzy z bohaterów naprawdę nie potrafią wychwycić granicy między pikantnym żartem a zwykłą obleśnością), i wzbudzały coś w rodzaju pogardliwego stwierdzenia „co za ludzie” (a potem pełnego niepokoju „czy ja jestem/mogę być do nich podobna?”).
Jednym słowem, Barnes cudownie smakuje – o ile lubi się obyczajowo-psychologiczne klimaty. Ja je uwielbiam, więc Puls zaliczam i do wyjątkowo udanych zakupów, i do wyjątkowo udanych lektur urlopowych.

Wąsy, czyli co za dużo, to napięcie siada
Miałam na Wąsy ogromną ochotę przez kilka miesięcy, więc możecie sobie wyobrazić, jak się cieszyłam, gdy ta książka znalazła się w moich rękach. Klimaty Toporowskie brzmiały obiecująco; zresztą nawet bez tej uwagi powieść Carrère’a kusiła, bo skoro początek wygląda następująco: mężczyzna goli wąsy, a wszyscy wokół zachowują się tak, jakby nic się nie zmieniło, a zapytani twierdzą, że bohater żadnych wąsów przecież nie miał – skoro tak wygląda początek, to dalej może być tylko lepiej. Prawda?
No nie do końca jednak.
Problem polega na tym, że cała historia wydaje im się rozciągnięta ponad miarę, w pewnej chwili zaczyna już się robić nużąca; wprawdzie pojawiają się inne elementy, które „znikają” jak wąsy, ale i one wtapiają się w tę nadmiernie rozciąganą opowieść. Nawet radykalna decyzja bohatera nie okazuje się mocną kontrą dla wcześniejszego przeciągania. Przyznam też, że końcówka mnie rozczarowała – miała w sobie ciekawy potencjał, ale odnoszę wrażenie, że ostatnia scena to wyraz braku pomysłu autora na rozwiązanie (lub nierozwiązanie) całości. Jednym słowem, w mim odczuciu Wąsy to powieść o dużym, ciekawym i dosyć niewykorzystanym potencjale.
Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem tą książką wyłącznie zawiedziona i że mi się nie podobała. Mimo wszystko pozostał we mnie jakiś niepokój – związany z wątkami utrat kontroli nad rzeczywistością, na zderzeniu tego, co za ową rzeczywistość i normalność się uważa, z tym, co nagle okazuje się zupełnie inne, wywracające znaną rzeczywistość do góry nogami, stawiające normalność pod znakiem zapytania. Język jest dobry, klimat napięcia i zagrożenia da się wyczuć – choć nie wywołuje on dreszczy i nie sprawia, że za wszelką cenę chce się wiedzieć, co dalej, a każda strona zdaje się niemiłosiernie odwlekać rozwiązanie.
Po dobie od zakończenia książki przyszło mi do głowy: może to nie moment, gdy bohater za pierwszym razem goli wąsy w wannie, jest jego rzeczywistością, a chwila, gdy (już po odrośnięciu wąsów) wraca w Hongkongu do hotelu i zastaje tam żonę, jest jakimś dziwnym zakręceniem rzeczywistości; może wszystko do momentu powrotu do hotelu było wymysłem chorego umysłu, a jedyną rzeczywistością był ów hotel w Hongkongu i czekająca w pokoju hotelowym żona?
Może za kilka dni przyjdzie mi do głowy jeszcze parę rozwiązań. Może w tej chwili nie doceniam Wąsów. Może za jakiś czas wrócę do tej książki i przeczytam pod innym kątem.
Może. W tej chwili jednak więcej we mnie zawodu niż zachwytu.

Moja Tulipanka, czyli mój pies i tak jest wspanialej najwspanialszy
Książkę Ackerleya zamówiłam sobie natychmiast po przeczytaniu na Dwutygodniku.com jej recenzji, ale przeczytałam znacznie później – za to jednym tchem. Jakże pokrewny mi duchem, a raczej miłością do swego psa, jest autor! Możliwe, że dla ludzi niemających psów (lub niemających świra na punkcie swoich psów) opowieści o troskliwym kontrolowaniu psich kupek, potężnych obawach związanych z weterynarzami, niepokojach wynikających z minimalnie innego niż zwykle zachowania psa, zachwytach nad urodą, inteligencją, czułością etc. zwierzęcia i całej reszcie spraw stanowiących codzienność psiego miłośnika będą nudne i/lub zabawne. Dla mnie nie były. Ja się z pełnym zrozumieniem odnajdywałam w kolejnych opowieściach Ackerleya o życiu z Tulipanką. Tę wielką miłość – ba, to wariackie uwielbienie dla własnego psa i swoistą relację miłosną, relację wręcz ludzką – rozumiem i znam doskonale. Całą rodziną zdajemy sobie szczegółowe sprawozdania ze spacerów z Bosmanem (od zachowania poprzez liczbę i rodzaj kupek aż po smaczki w rodzaju „zobaczył małe pieski sąsiadów i merdał radośnie ogonem”), psie złe samopoczucie jest od razu poddawane pełnym niepokoju analizom (przy czym ja się nie patyczkuję, ja z miejsca dzwonię do naszej weterynarz i histeryzuję), psi dobry humor poprawia humor wszystkim dookoła, dobre i szybkie wypełnienie psiej miski jedzeniem to priorytet posiłków, pies w ogóle jest w centrum uwagi, uczuć i relacji rodzinnych.
Dlatego właśnie czytanie Mojej Tulipanki było jak rozmowa z innym zakręconym na punkcie swojego psa człowiekiem. Przy okazji – powieściowa Tulipanka wcale nie wydawała się męcząca, niesforna czy problematyczna. Podobno w przeciwieństwie od prawdziwego psa autora.
I jedno tylko mogę książce zarzucić: Ackerley zdaje się uważać, że jego pies jest najmądrzejszy, najpiękniejszy, najukochańszy i w ogóle naj. A to nieprawda – bo najmądrzejszy, najpiękniejszy, najukochańszy i wszystko pozytywne najnajnaj jest mój pies. Z Bosmanem żadne Tulipanki nie mogą się równać.

Podziel się tym:

Comments

8 komentarze:

  1. "Wąsy" intrygują. Akapit, w którym piszesz "mężczyzna goli wąsy, a wszyscy wokół zachowują się tak, jakby nic się nie zmieniło" przypomniał mi pewien program telewizyjny (chyba "Mamy cię"?), kiedy to jeden z aktorów wychodzi na scenę i prezentuje komiczny monolog, na sali jednak panuje grobowa cisza. Nie muszę pisać, co przezywał bohater tego wydarzenia. Pewnie to, co bohater wąsaty bez wąsów ;) Rozglądam się za książką ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak, już przeczytałaś "Wąsy"? Jestem ciekawa, jak Twoje wrażenia - bo dla mnie największe napięcie jest na samym początku, a potem wszystko krok po kroku siada... A szkoda.

      Usuń
  2. Mam ogormna ochote na Barnesa, a w szczegolnosci na "Papuge Flauberta". "Poczucie kresu" bardzo im sie podobalo, ale jesli piszesz, ze inne ksiazki sa jeszcze lepsze, to chyba nie mam wyboru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Papuga" urzeka, więc polecam; "Puls" ma niesamowity smak. Teraz chcę zapolować na "Cytrynowy stolik"...

      Usuń
  3. Aaa.. ja do "Gry" to się od lat zabieram i ciągle mi nie wychodzi. Ileż to razy zaczynałam, a potem ponownie odstawiałam na półkę, jako ogromny wyrzut sumienia i teraz boję się, że jak już się zbiorę, to odbiorę bohaterów podobnie do Ciebie.. ;(
    Książkę o "Tulipance" chętnie poczytam ;) jako psiara nie mogłabym przejść obojętnie wobec takiego tytułu. I masz rację, że to nieprawda, bo moja Pestunia jest najmądrzejsza, Bruno najkochańszy, a w ogóle moje Potwory są naj i jak tak można było napisać, że niby Tulipanka jest najlepsza..;P :D ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że będziesz miała w jakimś stopniu podobne odczucia - ale mimo wszystko myślę, że "Gra" jest warta poświęconego jej czasu. Ciekawie choćby spojrzeć na Cortazara od takiej, mniej rzucającej na kolana, strony.
      "Tulipankę" polecam. Książka idealna dla miłośników zwierząt, a dla psiar idealna do kwadratu.
      Oczywiście, że mam rację, bo Bosman jest najnajnaj :D
      Tak sobie myślę, ile szczęścia mają nasze psy, że mają rodziny, które uważają je za najnajnajwspanialsze na świecie. I ile my mamy szczęścia, że mamy te psy...

      Usuń
  4. Nie mam nic rozsądnego do napisania jeśli chodzi o powyższe pozycje, poza tym, że Bosman jest najwspanialszy. Co do poprzedniego postu - Lovecraft? Szaleńczo się szczerzę. (Z przymrużeniem oka, spróbuj Eugeniusza Dębskiego i jego cykl zaczynający się od Hell-P: http://www.runa.pl/ksiazki/68-HELL-P.html).
    ...wiem, pojawiam się niespodziewanie, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś tu! :* Witaj z koszmarnym opóźnieniem z mojej strony (wychodzi na to, że ja też pojawiam się znienacka).
      Lovecraft jest smakowity, a Dębskiego spróbuję, dzięki, dzięki.
      Oczywiście, że Bosman jest najwspanialszy! W tym roku też będzie Mikołajem podczas wręczania prezentów - ślicznie mu w mikołajowej czapce.

      Usuń