Żadnego kajania, marudzenia i obiecywania

Tytuł oczywiście dotyczy mnie: nie zamierzam się kajać sama przed sobą (ani w sumie przed nikim) w związku z kolejną kilkumiesięczną przerwą w pisaniu, nie będę marudzić (że nie ma czasu, sił etc. – nie ma, fakt, no i co z tego, a bo to ja jedna nie mam czasu i/lub sił na blogowanie?), nie będę też niczego obiecywać (w stylu: zacznę częściej pisać etc.). Obiecywanie związane z blogami zwykle działa u mnie na odwrót, więc lepiej nie zapeszać.
Powiem tyle: miałam masę pracy, potem miałam urlop (dwa cudowne tygodnie bez Internetu), potem miałam znów dużo pracy, a teraz mam jej jeszcze więcej. Nihil novi dla większości z nas, prawda?
Najgorsze, że miałam (i mam, i wiem, że będę miała) silne napady komputerowstrętu. W czasie urlopu – w porządku, się przeżyje, ale na co dzień to bywa problemem. Powiedzmy, w poniedziałek robię sobie od powrotu z teatru do domu „bezkomputerową resztę dnia”, a we wtorek rano okazuje się, że w teatrze i/lub na uczelni jestem tak koszmarnie potrzebna/niezastąpiona, że moje półdobowe odcięcie się od netu może być tragiczne w skutkach. W takich momentach siedzę przed komputerem, morduję monitor wzrokiem i próbuję pozbyć się poczucia winy, że zachciało mi się wieczoru bez sieci, tylko z książką i herbatą w łóżku.


W takich momentach też przypominam sobie z tęsknotą owe lipcowo-sierpniowe dwa tygodnie urlopu – pierwszy w Poznaniu, drugi w domu. Zero Internetu (raz go włączyłam, by przedłużyć książki w bibliotece), prawie w ogóle komputera (w drugim tygodniu zrobiłam sobie tylko połebkową powtórkę jednego serialu), dużo czytania, dużo książek. Raj.
Poznań był wspaniałym miejscem na urlop – przez pięć dni chodziłam po mieście, siedziałam na rynku, czytałam i buszowałam po antykwariatach oraz księgarniach. Arsenał okazał się życzliwy – zdobyłam tam Siedem szkiców i Podróż w świat Woolf, Puls Barnesa i Pod Zawianym Kaczorem Grimes; w innej księgarni (Akwarela?) znalazłam – za jeszcze śmieszniejsze pieniądze niż w Arsenale – przede wszystkim dwa zbiory opowiadań Oates (jedno z nich to opowieści grozy) i eseje Vonneguta. W antykwariatach spłukiwałam się dalej – na dwa ostatnie tomy Królika Updike’a, na Rodzinę Palliserów Trollope’a, na Teatr Maugham, na dwa tomy Čapka i na jeszcze kilka tytułów – w sumie przywiozłam z Poznania osiemnaście książek, przebijając tym samym wakacje w Krakowie sprzed dwóch lat, gdy wróciłam z jedenastoma pozycjami. A dodajmy do tego kilka pamiątek z rynku, jak choćby kubek i wielkie pudełko na biżuterię...
 W efekcie po spakowaniu się (a kombinowałam jak koń pod górę) miałam załadowaną po brzegi walizkę, zwykłą torebkę i torbę podróżną, natomiast buty, w których chodziłam po mieście, musiałam wsadzić do reklamówki, tę zaś przywiązać do rączki walizki. Jeszcze na dworcu wyprawiłam hocki-klocki, żeby się ogarnąć. Jeśli ktoś pod koniec lipca widział na poznańskim dworcu obładowaną jak juczny wielbłąd dziewczynę, która z obłędem w oczach wciska sukienkę raz do walizki, raz do torby, przekłada książki i z dziwną miną patrzy na wystające z reklamówki buty (urwać im te obcasy i wcisnąć bez obcasów do walizki czy jednak nie?) – to byłam ja. Ale książki (i resztę, jakimś cudem w całości) dowiozłam.

Oczywiście ponawiane co jakiś czas postanowienie ograniczenia kupowania książek na dalszą metę diabli biorą. Obecnie właśnie skompletowałam Bibliotekę Grozy – opowieści grozy to moja ogromna słabość (drugą równie mocną są kryminały), więc stopniowo dorwałam wszystkie tomy tej serii; przy okazji, podczas ponownej lektury, zadurzyłam się w Lovecrafcie – więc w tej chwili w Empiku czeka na mnie ośmiusetstronicowy tom Zgroza w Dunwich. Czekają też Dialogi zwierząt Colette, bo zdecydowanie nabrałam do niej słabości, oraz Wąsy, na które ochota chodziła za mną jeszcze przed wakacjami.
I pomyśleć, że dopiero co odebrałam w tym tygodniu wcześniejsze zamówienie – Inne światy Machena (ostatni brakujący tom Biblioteki Grozy) oraz Przyjaciółkę z młodości Munro. Do Munro już wcześniej zachęcała mnie Leseparatist i miałam tę autorkę w pamięci, ale dopiero tegoroczny Nobel stał się dla mnie silnym bodźcem, by nie odkładać dłużej zapoznawania się z kanadyjską pisarką, zwłaszcza gdy przeczytałam fragment jednego z jej opowiadań w „Wyborczej”. Poza tym ostatnio w ogóle mam większy apetyt na opowiadania.
Czyli – kupowanie trwa, zasada „1:2” bierze w łeb, pokój mi się kurczy, czasu na przeczytanie tego wszystkiego wciąż za mało. Standard. Nawet szkoda się rozpisywać. Muszę uzupełnić właśnie listy z wyzwań – ale już teraz ze smutkiem mogę stwierdzić, że części z nich nie podołałam, zresztą „Pięćdziesięciu koniecznościom książkowym w 2013” też – wielokrotnie zachciało mi się czytać co innego. Właściwie w tym też nie ma niczego szczególnie zaskakującego. Chyba po prostu daruję sobie robienie na początku roku takich list, które z góry zakładają mi lektury na kolejne dwanaście miesięcy. Problem tylko w tym, że uwielbiam robić takie listy (gorzej z rozliczaniem się z nich).
Jedyne wyzwanie, z którym jestem na bieżąco, to „Z półki”; reszty ogromnie mi szkoda. Może za dużo wyzwań naraz, a może za dużo się w tym roku działo (ale od kilku lat ogromnie dużo się dzieje)? A może, po prostu – pal to diabli, co nie wyszło, to nie wyszło, i tak czytałam, a że trochę inne rzeczy, niż pierwotnie zakładałam – krzywda ani mnie, ani książkom się nie stała. Tak czy inaczej, nawet próby podjęcia tych wyzwań były przyjemne. I w kolejnym roku też się do kilku przyłączę.

Mimo wszystko (czyli mimo zakładanego braku obiecywania sobie Cthulhu wie czego) mam nadzieję, że znów trochę wrócę do czytelniczego blogowania. Kopniakiem motywacyjnym do tego postu był ostatni artykuł, który napisałam – właśnie o blogowych wyzwaniach czytelniczych. Nie macie pojęcia, jak podczas wybierania materiałów do tekstu zatęskniło mi się za tymi wyzwaniami i jak mi się zrobiło smutno, że jestem poza obiegiem – i wyzwaniowym, i blogowym.
Więc – pal diabli przerwy w pisaniu, pal diabli blogowstręt, pal diabli nieudane wyzwania i pal diabli wszelkie, cytując mój ulubiony Sex and the city, „Ifs, And Or Butts”. Czytam, (nad)kupuję książki, czytam, kupuję, czytam, kupuję, czytam. I chcę znów o tym pisać na blogu.
A na razie idę uzupełniać listy (i coś zrobić z szablonem, nie mam pojęcia, czemu zdjęcia książek mi poznikały).

Podziel się tym:

Comments

5 komentarze:

  1. Jesteś! I to już cieszy. Choć odrobinę moglabys się jednak pokajać bo tu niektórzy tęsknili ;P ale co tam ważne żeby był czas na lekturę w końcu blogosfera nie zając ;) Zakupy genialne,styl pakowania jakby znajomy ;) ilość kupionych książek również :) fajnie znowu Cię poczytać. No i nie wiem czemu zdjęcia książek zniknęły! Może brałaś je z sieci i dana strona przestała istnieć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Ja też się stęskniłam.
      Pakowanie się w pewnym momencie stało się potworne, bo na poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy nie będę musiała czegoś zostawić, żeby się pomieścić... Ale książkowe zakupy urlopowe to wspaniała rzecz, prawda? :)
      Tak, te zdjęcia pochodziły z sieci - możliwe, że rzeczywiście zniknęły wraz ze stroną. No trudno, poprzerabiałam część szablonu, najważniejsze, że nagłówek się ostał (bardzo go lubię). Teraz mogę wreszcie uzupełnić te listy.
      Do przeczytania, jutro chcę sobie poodwiedzać ludzi na blogach :)

      Usuń
  2. Ha! Czekałam sobie spokojnie, czekałam, czekałam ..... i w końcu jest jakiś nowy post. Bibliopatko droga, zaczynam się zastanawiać, czy ten Twój nick to nie jest jednak proroczy i symptomatyczny.... W końcu większość jakichś tam "- patów" w sposób ten czy inny upodobało sobie znęcanie się nad ludźmi. U Ciebie to na szczęście dosyć subtelna odmiana, ale jednak ;). Czekać potrafię, mogę, .... ale nie lubię. Fajnie, że jesteś znowu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to ogromnie miłe, że czekałaś na mój post :) Nooo, jakaś nuta sadyzmu pewnie we mnie jest, ale tu akurat nie ujawniła się rozmyślnie, słowo! Mam nadzieję, że teraz już będę częściej, bardziej na stałe i aktywnie :)

      Usuń
    2. :)) No! i Tego się trzymajmy :) Pozdrowienia :)

      Usuń