Zachwyty i zawody, czyli kilka uwag o kilku wrażeniach czytelniczych (część I)



W ramach rozruszania (siebie, pisania, blogu i wszystkiego razem) zrobiłam sobie małe podsumowanie wrażeń z paru ostatnich lektur.









Lovecraft, czyli wielka miłość zaczyna się od drugiego wejrzenia (vel: Cthulhu, o Cthulhu, przybądź i pożryj VAT za książki!)
Serię Biblioteka Grozy znam jeszcze z liceum (a może i z końca podstawówki?), zbiór opowiadań Lovecrafta Zew Cthulhu po raz pierwszy czytałam na studiach – i wtedy pozostawił mnie obojętną. Ogólnie rzecz biorąc, nie lubię fantastyki, wyjątkami są Lem z jednej i opowieści grozy z drugiej strony, ale w przypadku tych ostatnich najbardziej mi odpowiadają klasyczne historie o duchach, nawiedzonych domach etc. Tak więc zbiór potwornych Wielkich Przedwiecznych i całej reszty Lovecraftowego świata mnie nie poruszył, czytanie odbyło się na zasadzie „ciekawostka wydawnicza, niezłe, ale nic takiego, oddajemy do biblioteki i nie wracamy do tego myślą”.
Od niedawna zaczęłam Bibliotekę Grozy gromadzić na własność (moja miłość do tych historii się wzmogła), a że prawo serii mówi: dobre czy nie, jest w serii, trzeba mieć, inaczej spokój ducha szlag trafi – jako przedostatni brakujący mi tom kupiłam właśnie Zew Cthulhu, na zasadzie: kupię, będę miała, powtórzę sobie, najwyżej odstawię na półkę i nigdy do tego nie wrócę, ale zasnę spokojnie.
Tak się jakoś stało, że zanim jeszcze Lovecraft trafił w moje ręce, powróciły wspomnienia z poprzedniej lektury, tym razem jakieś smakowitsze – i druga lektura okazała się wyjątkowo wciągająca.
Została urzeczona. Zadurzyłam się. No po prostu wpadłam jak śliwka w kompot. I teraz wszystko we mnie krzyczy: więcej Lovecrafta!
Właściwie trudno powiedzieć, dlaczego – teoretycznie to nie moje klimaty. A jednak jest coś w opowieściach Lovecrafta, w całej mitologii jego świata, w tych paskudnych bogach-stworach-potworach i w klimacie całości, co mnie przyciąga. Fakt, nie umiem traktować wszystkich tych historii z należytą powagą i odczuwać dostatecznie głębokiej grozy, ale na jakąś powagę i odczucie grozy potrafię się zdobyć, a do tego w mojej mitologiolubnej duszy odzywa się pewnie zachwyt nad skomponowaniem mitologii autorskiej.
Plus, przyznam szczerze – Cthulhu należy obecnie do moich ulubieńców. Lubię sobie wyobrażać, że nasyłam go, powiedzmy, na tych, którzy twierdzą, że pedofilię prowokują dzieci i „rozpustne feministki ze swoim genderem”. Albo na tych, którzy nałożyli VAT na książki. Albo na tego, kto mi rok temu świsnął w Empiku ostatni dostępny na półce egzemplarz Polski... Vargi i w efekcie musiałam zamawiać, czyli czekać kolejne kilka na dni upatrzoną książkę. Jednym słowem, lubię sobie wyobrażać, ze napuszczam Cthulhu na wszystkich, którzy mi podpadli, czy globalnie, czy lokalnie, a Wielki Przedwieczny ich pożera i sprawa załatwiona.

Agatha Raisin i śmiertelny dług, czyli jak miło wrócić do ekscentrycznej, denerwującej i skutecznej Agathy
O tej serii kryminałów zdecydowanie muszę napisać osobno, na razie więc powiem tylko trzy rzeczy. Po pierwsze, jako kryminał Agatha Raisin naprawdę mi się podoba, w dużej części przez to, że akcja dzieje się zazwyczaj na angielskiej wsi, a jeśli nawet w szerszym terenie, to i tak zostaje zachowany mój ulubiony schemat: zestaw podejrzanych podany na tacy. Poza tym koloryt lokalny angielskich wsi, tamtejsze życie codzienne, niesnaski, zawiści, nienawiści i konflikty w obrębie małych społeczności – w to mi graj.
Po drugie, Agatha jest bohaterką wnerwogenną, bo jej obsesja na punkcie mężczyzn, zakochiwanie się w każdej parze znośnie wyglądających spodni i utrata kontroli nad sobą w takich sytuacjach wyprowadzają mnie z równowagi. Wolę impertynencję, tupet, a nawet prostactwo głównej bohaterki, wszystko, tylko nie te jej maślane oczy robione do kolejnego przystojnego faceta, który ostatecznie wystawia ją do wiatru, oszukuje albo próbuje zabić.
Po trzecie, Agatha poprawia mi humor – i jako postać, i jako seria. Jako postać – bo mimo wszystko nie umiem jej nie lubić, jest tak zwyczajnie ludzka w tych wszystkich swoich słabych i silnych punktach. Jako seria – bo klimat wszystkich historii wciąga.
I tylko szkoda, że autorka, M.C. Beaton, ma kiepski styl, ale o tym innym razem.

Tropiciel duchów, czyli precz z logicznym wyjaśnieniem!
Opowiadania Hodgsona to kolejny tom z Biblioteki Grozy; cieszyłam się na niego ogromnie, ale w połowie (a właściwie o jedno opowiadanie ponad połowę) rozczarowałam się dość boleśnie. Sprawa wygląda następująco: oto Carnacki, specjalista od spraw związanych z duchami i całą resztą, sprawdza (na czyjąś prośbę bądź z własnej woli) prawdziwość różnych historii o nawiedzeniach, straszeniach etc. Niekiedy te historie okazują się prawdziwie – ale, niestety, w innych przypadkach (a dokładnie o jedno opowiadanie ponad połowę) są tylko sprytną mistyfikacją.
Za każdym razem, gdy pod koniec opowiadania sytuacja zaczynała wyglądać kiepsko (czyli historia o duchach coraz wyraźniej stawała się historią o oszustwie), coś we mnie krzyczało: nie! Nie! Tylko nie znowu oszustwo zamiast ducha!
A potem było mi smutno.

Polska mistrzem Polski, czyli z felietonów o książkach najlepsze są felietony o książkach*
Felietony Vargi w ogóle są świetne (albo przynajmniej bardzo dobre), ale w Polsce... moimi ukochanymi są te o książkach. Urzekają mnie momenty, gdy Varga wyznaje, że lubi zapach zadrukowanego papieru, ze woli książkę od e-booka, że wręcz nałogowo kupuje książki (nowe, stare, średnie – wszystko jedno), gdy namawia do stworzenia związku czytelniczego (skoro politycy liczą się tylko z siłą, to zacznijmy rozwalać miasto jak górnicy, od razu sejm zacznie portkami trząść na słowo „czytelnik”!); a kiedy stwierdza, że jak najbardziej jest za dostępem do kultury w formie supermarketu (chodzi o dostęp, nie o kulturę), czyli w takiej, w której on, zależnie od potrzeby, może sięgnąć po kryminał lub po literaturę iberoamerykańską, po piosenkę pop lub po Vivaldiego i jeden wybór nie wyklucza go kulturowo z drugiego – mam ochotę mu przyklasnąć. Ja też nie czuję się wykluczana (i nie dam się wykluczać) z jakiejś grupy kulturoodbiorczej – a nawet więcej, nie dam się wepchnąć w daną kategorię kulturoodbiorczą – na podstawie tego, czy w danym tygodniu czytam hurtowo kryminały lub opowieści grozy, czy zagłębiam się w Jamesie łamanym przez Dostojewskiego łamanym przez Woolf.
A poza tym wszystkie teksty o miłości do książek i czytania są wspaniałe, o.

*Przeczytane w ramach wyzwania Polacy nie gęsi.

Bolaño, czyli 2666 vs Rozmowy telefoniczne i Lodowisko (vel: czyli dlaczego i tak kupię sobie Dziwki morderczynie)
2666: wielkie nadzieje, wielki smak, wielka radość podczas przystępowania do czytania. Pierwsza część, zwłaszcza dotycząca badań nad twórczością (i osobą) Archimboldiego oraz życia i pracy badaczy literatury – świetna (elementy moich klimatów, elementy mojego doświadczenia). Druga część – zwolnienie pisarskiego rozpędu, pod koniec więcej rumieńców. Trzecia część – męcząco-sensacyjna. Czwarta część: cholera jasna, ile ja przez to brnęłam, odrzucało mnie przy opisie każdej kolejnej ofiary. Chyba najbardziej doprowadzał mnie do szału ten bezstronny, wręcz obojętny, sposób relacji. I to klaustrofobiczne uczucie, że nic się nie zmieni, nikt nic nie zrobi, niczego się nie da powstrzymać. Piąta część – na początku czytanie nieufne, zmęczone po części czwartej, czasem dopadające wrażenie dłużyzny, od pewnego momentu pojawia się konkretne tempo, energia i atmosfera – a na końcu gwałtowne i przykre wyhamowanie, spowodowane głównie decyzją bohatera Części Archimboldiego.
Rozmowy telefoniczne: czytane chyba w trakcie pierwszej lub drugiej części 2666. Po części to dzięki nim nie odpuściłam 2666 – bo opowiadania Bolaño są świetne i naprawdę wciągają.
Lodowisko: trzy punkty widzenia, zabawa narracją dobra rzecz, jestem dobrej myśli; czytam początek i już wsiąkam; zarysowują się wątki lodowiska i wokół lodowiska, pędzę dalej; dalej jest tylko lepiej (choć części Gaspara czytam z lekkim zniecierpliwieniem, bo historia jego i Caridad o wiele mniej mnie interesuje, ja chcę Nurię, Remo i Erica), potem jest spore zaskoczenie (naprawdę, od początku inaczej obstawiałam tożsamość ofiary), a potem niezadowolenie (no bo książka się skończyła). Jednym słowem: kiedyś chyba sobie do tej powieści wrócę. Do opowiadań pewnie też.
Dziwki morderczynie: tytuł piękny (jakoś mi Almodóvarem zasmakował). Muszę kupić. Choćby dla tego tytułu (i okładki).

Na marginesie: od rana czytam Munro, właśnie kończę szóste z dziesięciu opowiadań – i jestem zachwycona. Więcej napiszę, gdy skończę całą Przyjaciółkę młodości, ale już teraz wiem, że chcę kolejne tomy Munro.

Podziel się tym:

Comments

2 komentarze:

  1. Nieodobrze z tym Bolano i 2666, ale moze poczytam "Dzikich detektywow" zamiast?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że "2666" też warto spróbować, bo nawet w tych słabszych partiach Bolano ma to coś, co przyciąga. Ale przede wszystkim polecam Ci opowiadania! "Rozmowy telefoniczne" i "Dziwki morderczynie" są... są bolanocudne!

      Usuń