Zebranie się do... całości (bo „do kupy” mi nie brzmi)

Daruję sobie zapewnianie, że wracam na Fragmentownik (bo wracam, tyle że to w ogóle mój sposób życia z blogami, kontami, portalami etc.: okres przyciągania i bycia razem, okres odpychania i bycia osobno, powtórka. W związkach mam tak samo, dlatego jestem kiepskim materiałem na długoterminową partnerkę), za to powiem Wam coś innego: w marcu i szczególnie w kwietniu praca dała mi do wiwatu, bo przygotowania do festiwalu szły ostro, a w maju nastąpiło wielkie nadganianie zaległości, w tym przygotowywanie programu do najnowszej premiery. Mam jednak sporą satysfakcję: dałam radę (ogarnęłam wszystko!), w ciągu sześciu dni obejrzałam piętnaście spektakli (z karnetem pracowniczym) i pojechałam na jeden dzień do Berlina (i zabłądziłam. Z muzeum do teatru miałam iść kwadrans – szłam półtorej godziny. Widzicie, skręciłam nie w to lewo... Na szczęście w końcu się zorientowałam, że mapa jest tak jakby odwrotnie w stosunku do mojego spaceru).


Po czym wylądowałam na zwolnieniu lekarskim z zapaleniem nerwu słuchowego (czy jakoś tak), które załapałam znacznie wcześniej, a przez festiwal sobie rozwinęłam. Efekty dwutygodniowego leczenia: wyzdrowiałam; ból ucha umieszczam na liście najgorszych koszmarów bólowych zaraz po bólu żołądka; okazało się, że najlepszym poprawiaczem nastroju na takie choróbsko jest czytanie kryminałów; z braku nowości kryminałowych zdecydowałam się wreszcie przeczytać pierwszy tom Hamisha Macbetha (druga, obok Agathy Raisin, seria kryminałów M.C. Beaton) – i się do niego przekonałam. Ba, więcej – okazało się, że Hamish jest nawet lepszy od Agathy. O obu w najbliższym czasie napiszę (serio), na razie powiem tyle: dziś mam w ręku ostatni tom Agathy Raisin, ale na szczęście, na szczęście, Hamisha czeka mnie jeszcze sporo tomów, a Agatha wraca w zimie. Odkryłam specyficzne uroki kryminałów Waltariego – Błąd komisarza Palmu był naprawdę dobry. Powtórzyłam też sporo tomów z serii Kot, który... Braun – nie są to szczególnie udane kryminały, ale jako powieści o bibliofilu-dziennikarzu-pisarzu, parze syjamskich kotów i niebanalnym niedużym mieście sprawdzają się znakomicie.
Moja (właśnie uzupełniana) lista lektur z ostatnich dwóch-trzech miesięcy to w dużej mierze kryminały (dla odprężenia, dla rozrywki, dla podleczenia ucha i ducha), w tym część powtórek (powtórki wliczam do zasady 2:1, ale nie przy wyzwaniu „Z półki), a także trochę literatury iberoamerykańskiej – mam od niedawna fazę iberoamerykańską. Upolowałam na Allegro sporo pozycji z tej literatury, przede wszystkim – moją dumę, moje szczęście, moje cuda – oba tomy opowiadań Cortázara, te z Wydawnictwa Literackiego:







 








Pomarańczowy nawet licytowałam. Pierwsza w moim allegrowym życiu licytacja – i pierwsza wygrana! Choć może nie jest to aż taki wyczyn, skoro licytowałam jako jedyna. Ale mniejsza.
Pozostając jeszcze w klimatach zakupów książkowych – zdobyłam też między innymi Dwanaście opowiadań tułaczych i Kronikę zapowiedzianej śmierci Márqueza. Egzemplarze zupełnie nowe:

 

A w ramach Dnia Dziecka zafundowałam sobie trzy książki (czekają na odbiór w Empiku, muszę po nie podejść przed majówką):



Tango. Powrót do dzieciństwa, w szpilkach – Justin Vivian Bond

Bliska mi tematyka – ze względu na wyłamywanie się z heteronormatywności, z powodu inności, przez poszukiwanie i odnajdywanie siebie wbrew. Nawet nie „wbrew temu, wbrew tamtemu” – przede wszystkim wbrew.
Dowiedziałam się o niej z blogu Pana od kultury, który regularnie podczytuję. Z miejsca ruszyłam grzebać w katalogu Empiku, by ją zdobyć.


Lodowisko – Roberto Bolaño
Bolaño to moja najsilniejsza – obok Cortázara i Márqueza – iberoamerykańska obsesja. Rozmowy telefoniczne były boskie; 2666 nadal czytam (ciężko przebrnąć przez Część zbrodni, ale, paradoksalnie, nawet tak paskudnym i naturalistycznie opisanym tematem Bolaño wciąga); w koszu iberoamerykańskim (tak, jeden z koszy na książki został zajęty przez pozycje z tego kręgu) czekają Dzicy detektywi, a ja chyba z miejsca przykleję się do Lodowiska.


Nie opuszczaj mnie – Kazuo Ishiguro
Okruchy dnia ogromnie mi się podobały; opis Nie opuszczaj mnie zaintrygował już parę lat temu, ale jakoś się rozmijałam z tą książką w bibliotece. Kupienie jej w ramach spełniania bibliopatycznych marzeń na Dzień Dziecka to najlepsze rozwiązanie.

Przyznam jednak, że w ogólnym rozrachunku poważnie ograniczyłam w ostatnich miesiącach zakup książek, z różnych względów – a jednym ze szczególnie istotnych był fakt, że naprawdę mocno i wyraźnie dotarło do mnie, jak zachwiana jest równowaga między moją siłą nabywczą a siłą „przerobu nabytków”. To jednak męczy – ta świadomość, że stosy książek rosną, ja zaś ciągle nie mam ich kiedy przeczytać. A równowaga, harmonia, spokój i wyrównanie różnych elementów w życiu stają się dla mnie coraz istotniejsze. Kupuję więc książki dalej, ale trochę bardziej się opanowuję, nie rzucam się na każdą wyprzedaż (w pełni świadomie nie poszłam na ostatni Kiermasz za Złotówkę w Książnicy, znów wróciłabym z łupem liczącym dobre kilkadziesiąt pozycji), nie zamawiam z miejsca wszystkich tytułów danego autora (na przykład: całego Bolaño), gdy zaczynam się wciągać czytelniczo. Nie chcę dorabiać do tego żadnej ideologii, po prostu: jestem teraz w takiej fazie, gdy druzgocząca przewaga książek kupowanych nad przeczytanymi mnie męczy, więc staram się tej nierówności przeciwdziałać. Poza tym ze względu na pewne zmiany w trybie życia (ożywianie się towarzysko etc.) część pieniędzy jest mi potrzebna na co innego (weźmy choćby czerwiec – planuję kilka wyjść do teatru; zakupy ciuchowo-butowe też mają swoje uroki, które chętnie i namiętnie doceniam; w czasie urlopu chcę spędzić kilka dni w Poznaniu. No i Bosman ma swoje prawa: w lecie musi dostawać co miesiąc szczepionkę przeciwko kleszczom, a ja stawiam sobie za punkt honoru sama płacić za wizyty u weterynarza. Jak na dobrą psią matkę przystało).
Nie znaczy to, że za jakiś czas nie wrócę do fazy zakupowoksiążkoholizmu; po prostu w tej chwili dobrze mi tak, jak jest. Czego jak czego, ale książek (szczególnie „do wreszcie przeczytania”) mi nie zabraknie.

O, wiecie, co jeszcze ostatnio czytam? Prace dyplomowe. Studenci mają dwa tygodnie na ich skończenie – a ja czytam, poprawiam, odsyłam, omawiam, czytam, poprawiam... Boję się tego zatrzęsienia plików, które pojawi się podczas nadchodzącej (drugiej) majówki. Na szczęście jako środek odprężający mam zapas nieprzeczytanych jeszcze kryminałów. Poza tym czeka na zestaw iberoamerykański i inne pozycje, bo teraz, gdy już na co dzień jest spokojniej, mój mózg przestaje krzyczeć wyłącznie o kryminałowe wytchnienie. Dlatego obecnie jestem w połowie 2666 Bolaño i w jednej trzeciej Jesieni patriarchy Márqueza.
Poza tym pracuję nad pewnym nowym (blogowym) projektem – powinnam z tym ruszyć od czerwca; po uruchomieniu pokażę Wam, może kogoś to zainteresuje.

W tej chwili walczy we mnie poczucie obowiązku (część kolejnej pracy do sprawdzenia, poprawienia, skomentowania), głód czytelniczy (Márquez czeka, kusi żółtą okładką) i głód pisarski (własny tekst łamany przez nowy projekt). Nawet w taki ładny majowy dzień życie potrafi być perfidnie skomplikowane...

Podziel się tym:

Comments

12 komentarze:

  1. Och jakże miło jest znowu Cię czytać i radować się myślą, że wyznawców drugiego lewo i drugiego prawo jest więcej ;)
    Czekam z niecierpliwością na Twój czerwcowy projekt, a póki co przesyłam pozdrowienia :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dobrze wiedzieć, że nie tylko ja uważam za lewo to lewo, które akurat mnie pasuje! :D
      Miło znów tu pisać - i cieszę się, że ktoś poza mną się z tego cieszy. W tej chwili siedzę nad pracą dyplomową, ale w ramach krótkich odpoczynków uzupełniam isty czytelnicze i zerkam na czytelnicze blogi. Też pozdrawiam, udanego (czytelniczo i nie tylko) wieczoru! :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecieram oczy ze zdumienia i nie dowierzam! Jakże się cieszę z powrotu i rzucenia nam garści jakże interesujących wieści. Jak zwykle przeczytałam z największą przyjemnością i uśmiechem na twarzy.
      Zakupowo ograniczam się i ja, chociaż nie tak radykalnie, jak założyłam na początku roku, ale jednak.
      Czekam z niecierpliwością na nowy projekt i na częstsze bywanie w blogowym świecie.

      Usuń
    2. Tak, ja też nie dowierzam, że wreszcie się zebrałam do napisania postu. Po czym znów ugrzęzłam w innych rzeczach...
      Ograniczenia zakupowe są trudne, ale myślę, że czasem mają sens - w moim przypadku najsilniejszymi argumentami okazało się to, że mój przerób czytelniczy naprawdę nie nadąża nad czytelniczym nabywaniem, a poza tym - na inne przyjemności też trzeba pieniędzy. A tych innych przyjemności też chcę.
      Dziękuję, postaram się bywać jak najczęściej tu, na drugim blogu i na cudzych :)

      Usuń
  3. A już się bałam, że zawiesiłaś Fragmentownik! Wielkie: Uff!! :)
    Z tą fazą odnośnie równowagi.. To ciekawe, bo trochę opisałaś stan w jaki właśnie zaczynam wchodzić. Przerost nabytków nad zdolnością ich przeczytania zaczyna i mnie powoli zatrważać, choć ciągle trzymam się tej mojej idei, że skoro mogę kupować, to kupuję, może za jakiś czas, z różnorodnych przyczyn nie będę mogła, więc będzie jak znalazł.. Ale mam świadomość, że to taka kolejna wymówka mola książkowego.
    Zazdroszczę Ci tej ilości spektakli! Mi też się udało trochę ostatnio pozwiedzać warszawskie teatry, ale nie tyle co Tobie! :) Inna sprawa, że karnetu nie posiadam, a portal, z którego uprzejmości korzystam i dostaję darmowe bilety, ma ich niestety ograniczoną ilość. Cieszę się jednak i z tego :)
    Czekam na czerwiec i Twój projekt. Mam nadzieję, że nawet jak znowu znikniesz na dłużej, to nadal będziesz wracać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, ja po prostu robię sobie takie "oczyszczanie" z blogowania co jakiś czas ;)
      No właśnie, też mnie to zatrważa. Nie chcę radykalnych cięć, ale trochę spowolnienia w kupowaniu dobrze mi robi. Inna rzecz, że gdy już się nastawiam na zakup książkowy, to po cichu nadrabiam nieco okres mniejszego kupowania.
      A wymówki znajdziemy pewnie zawsze, molom książkowym nigdy nie zabraknie wymówek, by jednak kupić książkę.
      W Szczecinie jeden z teatrów właśnie powtarza wszystkie tegoroczne premiery - z promocją biletową (na jeden bilet wchodzą dwie osoby) - więc idę w tym miesiącu na cztery spektakle we Współczesnym :) Plus dwa w moim teatrze - będzie sześć. Dużo, choć festiwalowi i tak nic nie dorówna.
      Projekt ruszył, a ja znów mam więcej pomysłów w głowie niż czasu w ciągu dnia. I jasne, zawsze wrócę, nie zamierzam rezygnować z tych blogów :)

      Usuń
  4. Wszelki duch Pana Boga chwali! Straciłem wszelką nadzieję, choć podobno nadzieja umiera ostatnia. Zaczynam jednak powoli rozumieć Twój sposób blogowania i powiem jedno, trudno za Tobą nadążyć, albo ja się już starzeję :) Dobrze, że jesteś, mam nadzieję (znowu ona), że tym razem na dłużej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze mną po prostu często trudno wytrzymać, choć ja się na siebie nigdy nie skarżyłam ;) Dziękuję, cieszę się, że poza mną sama jeszcze parę osób się ucieszyło! I zdecydowanie na dłużej - a raczej: na regularniej. Tylko spod tych prac niech się wygrzebię...

      Usuń
  5. Ha, a ja (N.) założyłam w międzyczasie na wordpressie bloga o książkach ;)

    Przykro mi słyszeć o przejściach zdrowotnych :( Ale za to dobrze przeczytać, że żyjesz ;D

    Widzę podobieństwa majowe - spędziłam ten semestr w ogóle czytając magisterki, bo prowadziłam pisanie. Tabelka mówi mi, że ładnie ponad 600 stron sczytałam i poprawiłam / udzieliłam feedbacku / itp. Nie muszę całych prac, tylko fragmenty, ale i tak wychodzi tej pracy bardzo dużo, bo prace są w obcym języku - i to niestety widać. A jak do tego dojdzie trzymanie się stylesheetu, formalność i wyjaśnienie, na czym polega problem i piętnaste wyjaśnienie, jak ma wyglądać bibliografia, bo robienie tego dwa razy na zajęciach niewiele niektórym daje... ;_;

    Ale z zakupami właśnie odbiło mi / nam w drugą stronę. Długo było skromnie, a teraz opanował nas szał (bo zniżka w księgarni, bo do doktoratów, bo trzeba kupić książkę ulubionej autorki wydanej wreszcie po polsku, żeby wspierać padające wydawnictwa...). Ale już powoli się chyba uspokaja, zostały mi tylko ze dwa zamówienia do wykonania + w czerwcu wyjdzie "Reakcja" Susan Faludi. I będzie można dać portfelowi odpocząć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie widzę, będę odwiedzać, czytać i się produkować w komentarzach :) Ładnie tam u Ciebie.

      O wyjaśnianiu, jak robić przypisy/bibliografię nawet mi nie mów, syzyfowa praca... Muszę wytrzymać jeszcze tydzień - bo w porównaniu z obecną robotą pisanie recenzji to już będzie banał.

      Gratuluję (zazdroszczę) zniżek! A ja w tej chwili czekam na nadejście ślicznych rękawiczek bez palców :D I na wieczór z Bolano w ręku (ręka może być w tej rękawiczce).

      Usuń
    2. Właśnie zrobiłam przedostatnie zakupy na dłuższy czas, w 5/7 naukowe (ale w 2/7 - książki, które czytałam, ale chcemy MIEĆ). I znowu upolowałam na nie zniżkę, 10% :] Lubię swoje księgarnie internetowe.

      Jestem szczęśliwie już z magistrantami prawie rozliczona, ale kilka osób broni się we wrześniu i chyba zamierza mi wtedy dopiero jeszcze zawracać głowę :/ Albo w lipcu. Tak czy owak, wolałabym już mieć to za sobą, wpisać wszystko w USOS, nie pamiętać już, że istnieli i jakie mam kryteria oceniania ;D

      Usuń