O czym piszę, gdy wreszcie piszę na blogu


No, na początku piszę o tym, że wreszcie piszę i się z tego cieszę, a także o tym, że rany, dziękuję za te miłe słowa-przypomnienia-napomnienia od paru osób! Od miesiąca noszę się z zamiarem, chęcią i potrzebą napisania kolejnego postu – i dzień w dzień nie wyrabiam. Strasznie mnie to denerwuje, ale zmęczenie wygrywa.

Przygotowujemy w teatrze festiwal. Wysyłam tyle maili (po polsku i angielsku), siedzę przy komputerze tyle czasu i mam tyle do dopilnowania i zrobienia (między innymi tłumaczę materiały z angielskiego, niemieckiego i chwilami nawet z francuskiego), że już nie mogę patrzeć na komputer. Do tego przez pół stycznia i przez ten tydzień biegam w różne miejsca z naszą scenograf, bo podczas narad w pracowni czy na próbach potrzeba tłumacza z angielskiego i na angielski. Wszystko to jest ciekawe, tyle że po powrocie do domu padam na twarz (a jak jeszcze mam w weekendy zajęcia na uczelni, to padam podwójnie).
Przez to strasznie mało w tym miesiącu przeczytałam (muszę uzupełnić listę, tak swoją drogą). Kilka dni wyjęło mi z czytania także własne pisanie, a obecnie robienie poprawek starych tekstów, które przenoszę na Blogspot (bo Blogspot ma nad LiveJournalem tyle przewagi, że głowa boli).
Czekam teraz na przeżycie trzech okresów: po pierwsze, wytrwanie do piątkowej premiery (po niej mam wolny weekend!); po drugie, przetrwanie do konferencji prasowej w marcu (wtedy będę miała zrobione wszystkie materiały prasowe na festiwal); po trzecie, przetrwanie do festiwalu i przetrwanie samego festiwalu (jako pracownik teatru będę mogła wejść na wszystkie spektakle, więc zamierzam do nich dotrwać). A potem chyba przez tydzień nie włączę w pracy komputera. Teraz, gdy go włączam, za każdym razem modlę się jednocześnie o dwie rzeczy: 1) oby tylko nikt do mnie nie napisał od wczoraj, niech ja nie muszę znowu od rana produkować kolejnych maili!; 2) niech mi wreszcie wszyscy poodpisują, prześlą materiały i niech ja nie muszę znowu od rana produkować kolejnych maili! Czyli szalenie logicznie.
Tak zatem wygląda ten luty, o którym myślałam, że będzie o niebo lżejszy i spokojniejszy od stycznia...

Wracając do książek: Uczciwą oszustkę Jansson zostawiam sobie do opisania na później (dołączając ją tym samym do coraz dłuższej listy książek, o których chcę KIEDYŚ napisać...), bo na razie zajmuje mnie inna rzecz. Czy wiecie, że Hachette wydaje Dumasa? Tydzień temu przeżyłam szok, gdy znalazłam w kiosku cztery tomy jego powieści. Okazuje się, że Hachette będzie teraz co dwa tygodnie wypuszczać kolejny tom (bo oczywiście atrakcja w postaci wydania dwóch tomów w cenie jednego nie mogła trwać długo...), a że wydaje je wyjątkowo ładnie, w ślicznych okładkach, z uroczymi ilustracjami i w ogóle wydaje – jestem zachwycona. Lista planowanych tytułów sięga kilkudziesięciu pozycji, więc mam szansę zdobyć Anioła Pitou i Józefa Balsamo, które, jak kiedyś wyczytałam, poprzedzają Naszyjnik królowej (to jeden z powodów, dla których przerwałam czytanie tej powieści: chciałam najpierw poznać wcześniejsze pozycje tworzące całą historię), mam szansę kupić Naszyjnik, bo mój stary egzemplarz jest trochę podniszczony, mam szansę dostać w swoje ręce różne mało popularne w bibliotekach tomu Dumasa. Połowę zeszłej niedzieli spędziłam w łóżku z Karolem szalonym, pierwszą historyczną powieścią Dumasa (to czuć, narracja często bardziej przypomina kronikę niż powieść, po pewnych kwestiach dotyczących psychiki postaci autor się dość powierzchownie ślizga – lecz całość i tak wciąga). Jednym słowem, rozprawiam się ze swoim poczuciem wstydu (bo z Dumasa dotąd czytałam tylko fragment pierwszego tomu Naszyjnika królowej oraz Biesiadę widm – swoją drogą, całkiem klimatyczne te Dumasowskie opowiadania grozy; też mają być w serii Hachette i chyba je znów kupię – dla ładnego wydania i ilustracji), serwuję sobie przyjemną lekturę (Boris Balkan w Klubie Dumas miał rację – te autor po prostu wciąga i daje świetną rozrywkę), a jednocześnie uzależniam się od kolejnej serii wydawniczej. Dobrze, że Agatha Raisin kończy się w maju...

Mam straszne zaległości w czytaniu Waszych blogów i okropnie tego żałuję, brakuje mi też naszych komentarzowych rozmów; za nadrabianie wezmę się od weekendu – dopiero wtedy odżyję, bo przez najbliższe dwa dni posiedzę w pracy do wieczora: jutro mamy próbę generalną (wreszcie obejrzę cudowną scenografię i świetną choreografię spektaklu w całości!), a pojutrze premierę. Muszę wytrwać te dwa dni, potem się wyśpię i naczytam. W weekend planuję też zakupy internetowe w Gandalfie (czego by nie mówić o Dniu Kobiet, zawsze to jakiś pretekst, by kupić sobie książki!), więc pewnie pochwalę się listą zamówień. Ważne miejsce zajmie na niej Bolaño, z którego 2666 przeczytałam wprawdzie dopiero niecałe dwieście stron, ale już po kilku pierwszych byłam zakochana i wiedziałam, że chcę Bolaño więcej, więcej, jak najwięcej.

Teraz idę walczyć z losem: może uda mi się sprawdzić mój kolejny tekst (który może uda mi się jutro wrzucić na blog), a później może uda mi się poczytać dalej Karola szalonego. A może położę się na chwilę i znów zasnę jak kamień, a gdy się rano obudzę, będę się zastanawiać, ile maili jest lub ilu maili nie ma na mojej służbowej poczcie i która sytuacja bardziej mnie wkurzy...

(Oj, dobrze wrócić na swój książkowy blog).

Podziel się tym:

Comments

12 komentarze:

  1. Też się nastawiam na kupno kilku powieści Dumasa. Niestety przegapiłam "Margot", ale mam nadzieję, że inne uda mi się upolować. :)
    Powodzenia w organizowaniu festiwalu. :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. No to pięknie... :) Ja myślałem, że może jakaś czarna dziura Cię wessała, na przyklad podczas lektury Lema. A tu praca wre, maile furgają, drukarki aż piszczą z przegrzania. Życzę zatem udanego festiwalu i nie przeszkadzam, postaram się cichuteńko zamknąć za sobą drzwi ...:)

    OdpowiedzUsuń
  3. No, no - faktycznie dzieje się u Ciebie sporo (choćby przebywanie w łóżku w towarzystwie Karola szalonego :P).
    O Dumasie nie wiedziałam, ale może się na coś skuszę. A co planujesz kupić w Gandalfie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, ze jestes:)
    Przykro mi tylko, ze tak ciezko pracujesz i jestes taka zmeczona, trzymam wiec, abys dotrwala do festiwalu i aby potem bylo juz lepiej, normalnie.
    Tak, slyszalam o kolekcji i zaluje, ze nie mieszkam w Polsce i nie moge kupowac na biezaco, wiec zazdroszcze okrutnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. Dobrze wrócić na książkowy blog, prawda? :) Zastanawiałam się, co się z Tobą stało i miałam nadzieję, że to tylko chwilowa nieobecność.
    Twórczości Bolaño nie znam i czuję się bardzo zaciekawiona :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj po miesiącu! Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakże cieszę się, że wróciłaś.
    Masz rzeczywiście sporo pracy. Życzę Ci aby wszystko się udało.

    Nie wiedziałam, że Hachette wydaje Dumasa. Muszę się tym zainteresować. Niektórych jego powieści nie można zdobyć. Np. od dawna poluję na "Naszyjnik królowej", bo gdzieś zawieruszyłam jeden tom. A z Hachette mam całą Christie. Bardzo ładnie i solidnie wydana seria.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie będę ukrywać, że brakowało tu Ciebie! :) Fajnie, że udało Ci się znaleźć czas choć na chwilę, szkoda, że aż tak jesteś zapracowana, ale jakoś tak czuję, że to mimo wszystko przyjemna dawka adrenaliny :) Ale, ale, czekam, aż w marcu opadną największe emocje i będziesz miała więcej czasu na czytanie i pisanie o czytaniu :) Tymczasem trzymam mocno kciuki za wszystkie projekty :)

    OdpowiedzUsuń
  9. No tak się właśnie zastanawiałam co piszesz kiedy nie piszesz na blogu. Niestety od pomyślenia do przelania tych myśli na Fragmentownik, droga okazała się zbyt długa. Sama borykam się z ostatnio z taką ilością obowiązków, że czasami nie potrafię skupić się na książce, ani tym bardziej na napisaniu kilku sensownych zdań.
    Ale cieszę się, że wreszcie się odezwałaś, i że generalnie u Ciebie ok, pomimo tych wszystkich zajęć :)

    OdpowiedzUsuń
  10. To chociaż napisz, czy warto tę Jansson... ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Witaj, widzę, że znów natłok spraw Cię przygniótł. Sama ostatnio to przerabiałam i leżałam przygnieciona niczym JPII meteorem. Są niestety sprawy najważniejsze,ważne i wcale nieważne, ale jednakowo absorbujące i nic nie poradzisz. Wszystko ma swój czas. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń