Prawa czytelnika

Wracając do dręczonego ostatnio Pennaca: jest w Jak powieść coś, co podobało mi się ogromnie i sprawiło niekłamaną rozkosz – mianowicie ostatni rozdział, „Co i jak czytania (czyli nienaruszalne prawa czytelnika)”, swoisty dekalog „dziesięciu czytelniczych przyzwoleń”. Sam Pennac stwierdza*: „w sposób arbitralny poprzestaję na dziesięciu, po pierwsze dlatego, że to okrągły rachunek, po drugie zaś – bo to święta liczba Przykazań i miło jest zobaczyć ją choć raz na liście przyzwoleń”. Z tym drugim zdecydowanie się zgadzam, ale dziesięć praw mi nie wystarcza, więc zaraz zaczęłam dopisywać w książce swoje. Pójdźmy jednak po kolei, zaczynając od praw Pennaca, bo niektóre są dla mnie oczywiste od dawna, niektóre problematyczne, a niektórych wręcz sobie nie uświadamiałam.

Prawa czytelnika według Pennaca:

1. Prawo do nieczytania
Z tym prawem mam problem, jeśli ująć je ogólnie – jako po prostu prawo do nieczytania. Nie, człowiek, który ma pretensje do kultury, klasy, obycia intelektualnego etc., nie ma prawa do nieczytania!
Za to zgadzam się z prawem do nieczytania pewnych książek. Jeśli coś mnie nie wciąga, odrzuca, nuży, rozwściecza (nie konstruktywnie, tylko tak „co za kretyńskie bzdury!”) – mam prawo nie czytać. Tu jednak też się pojawia problem: prawdo do nieczytania może być wygodną wymówką, by nie podejmować żadnych wysiłków czytelniczych, nie rozwijać się czytelniczo etc. Mam prawo do nieczytania, więc nie czytam niczego, co nie jest lekkim romansidłem/co napisały kobiety/co napisano po tamtej stronie oceanu/wstaw dowolne. To też zwolnienie się ze zmagań z klasyką, z lekturami, z czymś trudniejszym, mniej przyjemnym czy naruszającym w jakiś sposób mój ustalony i wygodny porządek świata.
Jak widzicie, mam z tym punktem sporo kłopotu.
Właściwie prawo do nieczytania powinno istnieć tylko w formie abstrakcyjnej/teoretycznej: każdy ma prawo z niego skorzystać, ale nikt z niego nie korzysta. Prawo do nieczytania istnieje w potencjale, ale Pierwszy Poruszyciel – tu Czytelnik – tego potencjału nie uaktywnia (lub uaktywnia w bardzo niewielkim stopniu i bardzo rzadko).
Trochę paranoja – lecz taką paranoję łatwiej mi przyjąć niż „proste prawo do nieczytania”.

2. Prawo do przeskakiwania strona
W pierwszej chwili nawet się nieco skrzywiłam, ale zaraz potem uświadomiłam sobie, że przecież też tak robię. W Agacie Raisin na przykład przeskakuję opisy miejsc, szczególnie tych egzotycznych – bo Beaton ma w tych momentach styl plastyczny jak definicja w Wikipedii skrzyżowana z kiepskim przewodnikiem, więc odpuszczam sobie wątpliwą przyjemność. W Chlebie na wody płynące przeskakiwałam – czy raczej tylko pobieżnie przeglądałam – niektóre fragmenty w drugiej połowie powieści, bo umierałam z nudów. Nie potrafię sobie teraz przypomnieć, gdzie jeszcze tak skakałam, bo nie zdarza mi się to za często – lecz jednak się zdarza i miło przyznać sobie to prawo.

3. Prawo do nieskończenia książki
Z tym prawem też mam pewien problem – nie lubię nie kończyć książek; nieraz wolę się przymusić, czytać pobieżnie, ale skończyć. To takie męczące uczucie „żeby z czystym sumieniem powiedzieć, że badziew, powinnam najpierw całe przeczytać” – choć z drugiej strony męczy mnie myśl, że tracę czas na czytanie czegoś, co mi się nie podoba, gdy mogłabym poświęcić go na czytanie czegoś, co mi się spodoba.
I taka rozdarta jakoś dobijam do końca książki – w zeszłym roku na przykład do Chleba na wody płynące, Transu, Związków i rozwiązków, całej Meyer, a także do niektórych sztuk. Bo przecież muszę wiedzieć, dlaczego mi się nie podobało i że mi się na pewno nie podobało, a żeby to wiedzieć, muszę przeczytać całość. Koszmar.
Czasami jednak rzeczywiście nie kończę. Pamiętam pewną książkę czytaną w podstawówce – Gąsienica, o ile się nie mylę – którą mniej więcej w połowie zamknęłam ze stanowczą myślą: „Nie chcę tego czytać dalej, nie chcę, nie kończę, i już!”, po czym z wielką ulgą odniosłam do biblioteki.
Poza tym mam na sumieniu trochę książek zaczętych i nieskończonych – lecz nieskończonych niechcący, nie rozmyślnie; zdarzało mi się również nie skończyć książki z biblioteki wbrew sobie. Wynikało to z braku czasu albo z tego, że musiałam czy to oddać daną pozycję, by mieć miejsce na karcie na coś pilnie potrzebnego, czy to chwilowo nie miałam ochoty na kontynuację i oddałam z myślą „później dokończę”, czy to redukowałam nadmiar wypożyczonych tomów i akurat dana książka też trafiła z powrotem do biblioteki. Takie jednak niekończenie odbieram raczej jako „odroczenie czytania”. (Inna rzecz, że później ten odroczony tytuł może umknąć z pamięci...)
Daję więc sobie prawo do nieskończenia książki – ale rzadko i z oporem z niego korzystam.

4. Prawo do czytania jeszcze raz
Prawo, które jest dla mnie oczywistością i którego jestem gotowa dziko bronić. Oczywiście, że mam prawo do czytania jeszcze raz! I jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz, jeśli tylko najdzie mnie ochota! Za nic w świecie nie mogę się zgodzić, że czytanie czegoś kolejny raz to strata czasu, to marnowanie możliwości przeczytania nowej książki etc. Książki są dla mnie jak przyjaciele – a chyba nikomu nie przyszłoby do głowy stwierdzić, że spotkanie ze starymi, sprawdzonymi i pewnymi przyjaciółmi to strata czasu, który można by spożytkować lepiej, czyli spotkać się z nowymi osobami, które mogą się stać przyjaciółmi (tylko co by mi przyszło z zyskania nowych przyjaciół, skoro miałabym do nich też więcej nie wracać?). Są książki, które czytam po raz drugi (i kolejny) – bo chcę sobie przypomnieć historię, bo chcę skonfrontować dawne odczytanie, wrażenie, z odczytaniem i wrażeniem obecnym, bo daję książce/autorowi drugą szansę, bo mam ochotę znów się znaleźć w tamtym świecie, bo chcę na świeżo porównać z innymi tekstami, bo potrzebuję właśnie tego klimatu, tej historii, tych bohaterów, tego stylu, bo chcę przeczytać pod innym kątem, bo chcę powrócić do jakiegoś okresu swojego życia, przypomnieć go sobie, znów poczuć daną atmosferę. Bo po prostu mam ochotę na powtórkę danej książki i nikt nie ma prawa mi tego zabronić.
Wracam do książek z dzieciństwa – do Mikołajka, Muminków, niektórych powieści Montgomery, do mojej ukochanej na początku podstawówki historii Oto jest Kasia; wracam do kryminałów – Christie, Alexa, Doyle’a, do Kota, który..., pewnie kiedyś wrócę też do Grimes i Beaton; wracam do Niegrzecznych dziewczynek Ehrhardt, do Jak być egoistą, Ocalić Ofelię, do opowiadań grozy; powtórzyłam jakiś czas temu Portret damy i Sto lat samotności, chcę powtórzyć za jakiś czas i te, i Lalkę, Prousta, Mistrza i Małgorzatę, Imię róży, Moby Dicka; powtarzać będę książki o książkach; powtarzam lub powtórzę wszystko, na co mi przyjdzie ochota i nie dam sobie odebrać prawa do tych powtórek. Parafrazując pewne zdanie, w którym się swego czasu zakochałam, nikt za mnie nie umrze, więc nikt nie ma prawa mi mówić, czy i co wolno mi ponownie czytać.

5. Prawo do czytania byle czego
Pewnie, że tak! Nie dałabym rady codziennie jeść wykwintnych dań – czasem mam ochotę na coś prostego, czasem wręcz na coś mało zdrowego; podobnie jest z książkami. Uwielbiam Prousta, Balzaca czy Jamesa, ale nie zrzeknę się czytania kryminałów Christie czy nawet Beaton, powtarzania mało wymagającej, a zabawnej Ali Makoty (dwa pierwsze tomy), Bezradnika Alicji K., Rodziny Połanieckich, Spekulanta, czasem nawet Bridget Jones i Kinga (niepochlebne zestawienie celowe i wcale nie twierdzę, że to King jest stroną pokrzywdzoną). Nie mam kompleksów, poczucia winy ani wstydu z powodu tych niższych, mniej wymagających, rozrywkowych, popularnych czy wręcz popowych lektur. Nie uważam, bym zdradzała Flauberta, czytając Christie czy W poszukiwaniu straconego czasu, czytając Agathę Raisin (ani odwrotnie). Przy pełnej świadomości odmiennych rejestrów oraz poziomów tych tekstów – dalej uważam, że mam prawo czytać je wszystkie. I odmawiam prostych zestawień porównawczych w rodzaju „James jest lepszy niż Christie”, bo to za bardzo spłyca sprawę. Jamesa i Christie czytam w zupełnie innych celach i z zupełnie inną potrzebą. Po jedno sięgam, gdy chcę świetnej powieści obyczajowo-psychologicznej, po drugie – gdy chcę świetnego kryminału. Po jeszcze innego autora – gdy chcę nie czegoś świetnego, tylko odprężającego, a nawet odmóżdżającego. Nie traktuję książek jako jednego ogólnego zbioru, tylko jako rozmaite zestawy, które dobieram w zależności od potrzeby. Ma być homar i Balzac? Będzie. Ma być popcorn i Beaton? Będzie. Ma być mieszanka obu potraw i obu autorów? Będzie. Nie, nie cierpię przez to na niestrawność.
Nie pozwolę sobie tego prawa odebrać – nie pozwolę nawet samej sobie. Mój wewnętrzny snob ustępuje w tym przypadku mojemu czytelniczemu władcy absolutnemu, który mówi: „Czytamy wszystko, co chcemy, bo chcemy tego, co czytamy”.
Jednocześnie cały czas męczy mnie to, że prawo do czytania byle czego może zostać, tak jak prawo do nieczytania, wykorzystane przeciwko czytelniczemu rozwojowi. Prędzej jednak zaryzykuję czyjś rozwój niż własne prawo do czytania na różnych poziomach – bo jest mi niezbędna do pełnego czytelniczego (i nie tylko) życia ta możliwość wybierania różnorodnych poziomów, wielu pięter, rozmaitej jakości książek. Jeżeli ktoś nie potrafi wyjść poza to, co „niższe” – to jego sprawa. Ja chcę mojego prawa do wchodzenia również w to, co „niższe”.
Bo w końcu jak zobaczyć wielość, rozmaitość i bogactwo, jeśli stoi się ciągle tylko w jednym miejscu?

6. Prawo do bovaryzmu
To „natychmiastowe i wyłączne zaspokojenie naszych emocji” dzięki lekturze jest, jak całkiem słusznie stwierdza Pennac, „pierwszym stadium bycia czytelnikiem właściwym dla nas wszystkich”. I mamy do tego prawo.
Myślę, że mamy do tego prawo nie tylko na początku czytelniczej drogi. Są książki, które czytam właśnie dla takiego błyskawicznego zaspokojenia emocji, dla czystego zadośćuczynienia potrzebie – na przykład po Spekulanta i Rodzinę Połanieckich sięgam po raz kolejny (i czytam w całości lub kawałkach), gdy mam ochotę na banalny, apetycznie polukrowany, zupełnie niewymagający ode mnie myślenia romans ziemiański (przy czym Korzeniowski pod wieloma względami bije Sienkiewicza na głowę). I tak, przyznaję z ręką na sercu: mam słabość do powieści biedermeierowskiej. Zdaję sobie sprawę ze wszystkich jej wad, z miejsca analizuję i warczę na nią przez pryzmat genderu – a zarazem świetnie się bawię, czytając po raz kolejny te historie. Co nie zmienia faktu, że Marynię za każdym razem mam ochotę udusić.
Pennac pisze jeszcze, że trzeba się pogodzić ze swoją młodością, z tym, jakim się było – jako czytelnik; z tym zaś wiąże się „konieczność przypomnienia sobie naszych pierwszych czytelniczych wzruszeń i postawienia małego ołtarzyka naszym dawnym lekturom. Również tym »najgłupszym«. Odgrywają one nieocenioną rolę: wzruszamy się tym, jacy byliśmy, śmiejąc się jednocześnie z tego, co nas wtedy wzruszało. Dziewczęta i chłopcy, z którymi dzieliliśmy życie, z całą pewnością zyskają dzięki temu na szacunku i czułości”.
Dlatego z czułością myślę o czytanych kiedyś dziesiątki razy w tę i we w tę Dziewczynie i chłopaku, Tajemnicy zielonej pieczęci (jak ja ją uwielbiałam!), Za minutę pierwsza miłość, Klubie Baby-Sitters (rany, mam ochotę to powtórzyć), serii Szkoła przy cmentarzu (głupawe to było, że strach); myślę o nich z czułością, sympatią i sentymentem – i, mówiąc szczerze, jeżeli gdzieś się na nie natknę w antykwariatach, bez wahania kupię, tak jak parę lat temu z zachwytem kupiłam moją ukochaną w pierwszych klasach podstawówki książkę Oto jest Kasia.
Tak też, z czułością i sentymentem, podchodzę do Czarodziejki z Księżyca – nie wypieram się wieloletniej miłości, a potem dalszej sympatii i słabości do niej. Nadal mam wszystkie mangi i ani mi w głowie się ich pozbywać – są wśród książek „z dzieciństwa/okresu nastoletniego, do czytania w razie doła, potrzeby odprężenia, odmóżdżenia, udziecinnienia, sentymentalnego powrotu do przeszłości”. Całym sercem mówię „TAK!” prawu do bovaryzmu.
„Poza tym – podsumowuje Pennac z rozbawieniem – należy sobie powiedzieć, że bovaryzm jest jedną z najpowszechniejszych przypadłości tego świata; tyle że drażni jedynie u innych”.
No właśnie. Co Wy widzicie w tej serii Szkalrskiego o Tomku albo w Jeżycjadzie, przecież to czysta dziecinada i bovaryzm! Oburzona Waszym kiepskim gustem, pójdę poczytać któryś tom Czarodziejki z Księżyca i zapolować w bibliotece na wszystkie tomy Klubu Baby-Sitters.
(Najgorsze, że ochota na zdobycie na własność Klubu... wyraźnie we mnie kiełkuje...)

7. Prawo do czytania byle gdzie
No ba, oczywiście – każde miejsce jest dobre, by czytać (choć niektóre miejsca nie mieszczą się w moim pojmowaniu czytelniczego porządku, bo czytanie w ubikacji mnie odrzuca).
Uwielbiam czytać przy jedzeniu (czy raczej: jeść przy czytaniu?); gdy jestem sama w pizzerii, w najmniejszym stopniu się nie krępuję i pokazuję wszystkim dookoła: tak, jestem źle wychowana, czytam przy jedzeniu. Raz tak czytałam opowiadania grozy Dumasa – dzięki nim pizza smakowała wyjątkowo dobrze.
Moją wizję idealnego związku oddaje pewna scena jednego z moich tekstów: para bohaterów je razem śniadanie, każdy czyta swoją książkę – a jedyny problem, jaki się przy tym pojawia, to źle ustawiona konstrukcja z kartonu soku, cukiernicy, masła, szklanek i dżemu, która nie wytrzymuje obciążenia dwóch tomów i wreszcie się rozpada. Pretensja jednej strony do drugiej brzmi: „dlaczego tak to beznadziejnie ustawiłeś?”, a nie „dlaczego czytasz przy jedzeniu?”.
(Ale za czytanie moich książek w ubikacji najpewniej bym delikwenta ubiła spłuczką).

8. Prawo do czytania na wyrywki
Część książek, które czytam ponownie, czytam właśnie tak – na wyrywki: tylko ulubione fragmenty, tylko fragmenty, na które akurat mam ochotę, z pominięciem tego, co smutne, denerwujące czy akurat mi niepasujące, od nowa i od nowa tylko do pewnego punktu, z przeskoczeniem danego fragmentu, na chybił trafił, od tyłu, jeden fragment w kółko i w kółko...
Lubię tak wyrywkowo powtarzać na przykład Jak być egoistą, Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą, Z każdym dniem coraz bardziej niegrzeczna, Ocalić Ofelię, Poradnik/Bezradnik Alicji K., W pajęczynie życia, Alę Makotę (dwa pierwsze tomy), tak też pewnie będę powtarzać Ex libris, Książkę o czytaniu i Polska mistrzem Polski. Tak samo na wyrywki powtarzam sobie czasem filmy i seriale.
To miłe – ta możliwość powrotu do wybranych elementów, swoisty deser z ulubionych fragmentów. Za nic nie oddałabym tego prawa.
W przypadku nowych książek nie stosuję – nie uznaję – takiego wyrywkowego czytania, chyba że ma do czynienia na przykład ze zbiorem opowiadań – wówczas daję sobie prawo do czytania nie zgodnie z kolejnością, tylko wedle własnej ochoty. W ten sposób czytam Polska mistrzem Polski: w pierwszej kolejności wybrałam ze spisu treści te tytuły, które najbardziej mnie kusiły, czyli dotyczące książek i czytania. Dopiero potem zaczęłam lekturę od początku, w porządku chronologicznym, przy którym chętnie powtórzę ulubione felietony.
(Czasem robię odwrotnie i tekst, który lubię najbardziej/który wydaje mi się najciekawszy, zostawiam na koniec, jak deser).

9. Prawo do czytania na głos
Pennac wspomina, że według wielu osób istnieje pewna wiekowa granica, powyżej której już nie wypada/nie można/po prostu się nie słucha czytania na głos. Na głos czyta się dzieciom – i starcom; człowiek młody/dorosły czytania na głos nie dostaje, tak samo jak nie dostaje na przykład śliniaczka przy jedzeniu, bo to dla dzieci, bo już z tego wyrósł. Co jest, rzecz jasna, bzdurą z wielu powodów; historycznie można by wskazać choćby ten, że czytanie na głos/po cichu to nie kwestia dziecinności/dorosłości, tylko innego odbioru, innego typu kultury. Jeszcze w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, gdy mimo wszystko kultura była bardziej oralna niż piśmienna, człowiek i podczas samodzielnej, odosobnionej lektury czytał na głos (to chyba Augustyn tak zadziwił jednego z uczniów tym, że czytał księgę, nawet nie poruszając ustami).
Przyznaję sobie prawo do czytania na głos i gdy tylko mam ochotę, sięgam po audiobooki – szczególnie lubię czytane przez aktorów książki dla dzieci. Mikołajek w wykonaniu Kwiatkowskiej i Stuhrów – coś cudnego! Albo Dzieci z Bullerbyn, też czytane przez Kwiatkowską – bajka.
Uznaję to prawo także w drugą stronę – czasami sama sobie czytam coś na głos, bo mam ochotę usłyszeć brzmienie, bo tak mnie porywa, że aż muszę głośno to odczytać. Rzadko mi się to zdarza (jestem raczej cichoczytolubna) – ale się zdarza.

10. Prawo do milczenia
Piękny cytat z Pennaca, który najpierw stwierdza, że lektura dotrzymuje nam towarzystwa: „nasze racje czytania są równie dziwne, co nasze racje życia. I nikt nie ma prawa kazać nam się tłumaczyć z tej zażyłości”. Otóż to – mam prawo nie tłumaczyć się z zażyłości czy z książkami w ogóle, czy z daną książką.
Tyle że często jest w czytelniku coś, co każe mu tę swoją zażyłość roztrząsać, roztrząsać też zażyłość cudzą – i przecież dzięki temu roztrząsaniu wzbogaca się i siebie, i swój odczyt, i swoje czytanie w ogóle. Bez potrzeby roztrząsania, tłumaczenia, usprawiedliwiania, negowania etc. czytanie byłoby o tyle uboższe – o ile w ogóle by istniało. Mówiąc szczerze, bardzo wątpię w istnienie potrzeby czytania bez jednoczesnej potrzeby jakiegoś mówienia o czytaniu – nawet jeśli mówienie to odbywać się będzie tylko we własnym towarzystwie.
Zgadzam się natomiast z tym, że są książki, autorzy, tematy, sytuacje, gdy największym hołdem dla przeczytanej pozycji jest milczenie: bo tak zachwyca, tak odstręcza (w pozytywnym dla tekstu sensie), tak oczarowuje, tak boli, tak raduje, tak przewraca cały świat do góry nogami, że aż brakuje słów. Zgadzam się – mam wtedy prawo milczeć i nikt nie ma prawa mi tego milczenia wydzierać. A z drugiej strony ja nie mam prawa wydzierać innym potrzeby mówienia o tym, o czym ja milczę. I ani moje milczenie nie świadczy źle o mnie jako człowieku/czytelniczce – ani o innych nie świadczy źle ich mówienie.


Tyle prawa Pennaca. Jednak te dziesięć przykazań mi nie wystarczało – i od razu zaczęłam wynotowywać swoje.
Prezentują się następująco:

11. Prawo do podkreślania i zaznaczania fragmentów oraz dopisywania własnych uwag w książce (wersja nieocenzurowana: i do zaginania rogów w książkach z biblioteki, wiem, że to paskudne, umówmy się, że ja tego nie napisałam, a Wy tego nie przeczytałyście/-liście)
Nie wierzę w miłość platoniczną – w moim przekonaniu pełna miłość wymaga fizycznego kontaktu. Pisanie po książkach jest właśnie takim fizycznym kontaktem miłosnym, to czytelniczy sposób, by posiąść książkę: zostawić na niej swój ślad, wyraźny znak własności. W gruncie rzeczy zaznaczanie/podkreślanie fragmentów i dopisywanie czegoś na marginesach jest nawet bardziej zawłaszczające niż podpisanie książki swoim nazwiskiem. To też taka forma oznaczenia terenu – moja książka, moja przestrzeń, ja ją zaznaczam, to moje.
Jeżeli tak na to spojrzeć, to kreślenie i zaginanie rogów w książkach bibliotecznych może być wyrazem mniej lub bardziej ukrytej chęci zatrzymania książki – albo odruchem oznaczania każdego terenu książkowego, na którym się człowiek znajdzie. Teraz ja to czytam, więc teraz jest to moje.
(A czasem ujawnia się przy tym podwójna moralność miłosna – u mnie wygląda ona tak: po swojej książce będę kreślić ołówkiem bez opamiętania, ale za nic nie zagnę rogów; po książkach z biblioteki raczej nie kreślę ołówkiem, za to rogi zaginam – nagminnie... Ale niech ktoś spróbuje zagiąć róg w mojej książce – zetrę z powierzchni ziemi).
W każdym razie ja w swoich książkach zaznaczam, podkreślam, dopisuję na marginesach, na wolnych stronach etc.; od pewnego czasu raczej pilnuję, by podczas ulokowania się gdzieś z książką mieć przy sobie ołówek – nawet staram się trzymać osobny na biurku, a osobny przy łóżku, by było wygodniej. Lubię to zaznaczanie i pisanie – czuję się z książką swobodnie, czuję, że jest moja, czuję, że zaistniał między nami jakiś dialog: ona do mnie mówi drukiem, a ja do niej – i do siebie – mówię moimi ołówkowymi bazgrołami przy druku. Gdybym nie mogła pisać po swoich książkach, czułabym się odtrącona, zakneblowana i nie do końca spełniona czytelniczo.
ALE: do pisania po książkach – tylko i wyłącznie ołówek! Poza własnym nazwiskiem (i dedykacjami) długopis lub pióro nie mają prawa bytu. Żadnych kredek, pisaków, długopisów bazgrzących po kartkach. Na początku studiów jedna z koleżanek niemal doprowadziła mnie i inną koleżankę do zawału: przyniosła pierwszy tom Historii filozofii Tatarkiewicza na uczelnię, otworzyła – i zobaczyłam całe strony pozamazywane różnymi kolorami flamastrów. O Platonie na zielono, o Arystotelesie na różowo, o stoikach na niebiesko, o epikurejczykach na żółto, po prostu tęczowa filozofia starożytna. Coś koszmarnego, żeby w taki sposób skrzywdzić i zniszczyć książkę...

12. Prawo do czytania równoległego (inaczej wieloczytania, inaczej „dlaczego ja nie mam trzydzieściorga oczu, żeby móc jednocześnie czytać trzydzieści książek?”)
Lubię czytać po kilka książek naraz – zresztą często jest to konieczność, bo pojawia się coś, co muszę przeczytać już teraz, więc przerywam na chwilę inną rzecz albo czytam kawałek czegoś fachowego i kawałek niefachowego, bo nie dam rady wygospodarować czasu wyłącznie na niefachowe, albo mam jednego dnia nastrój na kryminał i przeczytam pół Christie, a drugiego dnia – na coś dziewiętnastowiecznego i przeczytam pół Balzaca, trzeciego dnia podejmuję kryminał, czwartego napocznę jeszcze coś, a piątego wrócę do Balzaca. Odpowiada mi ta możliwość poligamii czytelniczej (problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ma się kilkadziesiąt książek napoczętych i zaczyna się kolejne, a tamtych wcześniejszych nie można ukończyć lub się wręcz zapomina, o czym były. Ale do takich problemów też mamy prawo).

13. Prawo do posiadania własnej książki, książki na własność
Co to za argument, że „przeczytasz tę książkę raz i już, to po co kupować, lepiej iść do biblioteki”? Po pierwsze, nie mam pewności, czy przeczytam tylko raz; po drugie, mogę chcieć wrócić do fragmentów, przekartkować, przejrzeć coś; po trzecie – sama fizyczna obecność książki jest wspaniała; po czwarte, na tej zasadzie można podważyć sens kupowania wielu rzeczy; po piąte – moje pieniądze mogę wydawać na to, na co chcę i nic nikomu do tego.
Po szóste, z własną książką mogę wyprawiać rzeczy, jakich z biblioteczną/pożyczoną od kogoś w życiu nie mogłabym zrobić.
To ostatnie zabrzmiało chyba nieco perwersyjnie. I dobrze!

14. Prawo do posiadania więcej niż jednego egzemplarza tej samej książki
Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym zabraniać sobie dublowania danej książki; jeżeli z jakichś powodów chcę mieć kolejny egzemplarz tego samego utworu, to moja sprawa. Wspominałam kiedyś, że drugi egzemplarz Chama Orzeszkowej kupiłam na wyprzedaży, bo było to wydanie z 1949; mam zdublowaną Annę Kareninę i Lalkę, bo pierwsze egzemplarze (PIW-u, te białe, małe, formatu nieco mniejszego od zeszytu A5) się poniszczyły, a drugie należały do kolekcji, którą zbierałam; mam zdublowanych kilka powieści Lema, zbiór opowiadań Faulknera (drugi egzemplarz kupiłam, bo zapomniałam, że pierwszy już mam), teoretycznie Steinbecka (ten sam zbiór opowiadań po polsku i angielsku), nie miałabym też nic przeciwko zebraniu powieści Jamesa i w oryginale, i w tłumaczeniu. Czasem podwójny egzemplarz wiąże się z tłumaczeniem (mając już Iliadę w tłumaczeniu Dmochowskiego – fe! – uparcie szukałam jej w tłumaczeniu Jeżewskiej, jedynym właściwym, świętym dla mnie i genialnym tłumaczeniu), czasem z okładką, ilustracjami, czymkolwiek, co dla mnie jako czytelnika ma znaczenie. Czasem z serią – tak ogromnie na przykład lubię Koliberki, że czasem coś, co mam już w innym wydaniu, kupuję ponownie tylko po to, by mieć nieco bardziej skompletowaną serię Kolibra (tak kupiłam Jenny Caldwella i Łgarza Jamesa, tak też kupiłabym chętnie Dom pani Tellier, choć mam liczący siedemset stron tom opowiadań zebranych Maupassanta, w którym to tomie są i opowiadania wydane w Koliberku). Nie zamierzam się tych podwójnych wydań pozbywać.

15. Prawo do kupowania – i „nadkupowania” – książek
Odnośnie kupowania – patrz prawo trzynaste. Odnośnie nadkupowania – jestem tylko człowiekiem, może mnie czasem ponieść. No i mam prawo zakładać, że kiedyś – w bliższej, dalszej czy galaktycznie odległej przyszłości – wszystkie te nadkupione książki przeczytam.
Poza tym jeśli mam być od czegoś uzależniona, to dlaczego właśnie nie od kupowania książek?

16. Prawo do pożyczania w pewnych sytuacjach na wieczne nieoddanie
No, zdarzyło mi się, nie zaprzeczę. I nie czuję wyrzutów sumienia.
(NIE NAPISAŁAM TEGO. NIE CZYTACIE PUNKTU SZESNASTEGO. NAPRAWDĘ ODDAM WAM WASZĄ KSIĄŻKĘ, JEŚLI MI JĄ POŻYCZYCIE!)
(Raczej).

17. Prawo do czytania w dowolnej pozycji
Na leżąco, z książką nad twarzą, jest podobno niezdrowo dla oczu; ja akurat lubię przy czytaniu leżeć nie na plecach, lecz na boku, wtedy mam o co oprzeć książkę. Na siedząco przy biurku w pewnym momencie zaczyna boleć kręgosłup; zaradziłam temu: kładę nogi na biurku. Nie znoszę kładzenia nóg na biurku, ale sama praktykuję. W liceum moimi ulubionymi pozycjami była „podsalowa” – siedzenie z książką na przerwie pod salą, w której miały być lekcje – oraz „podławkowa” – czytanie pod ławką na lekcji. Ogólnie rzecz biorąc, moje pozycje nie są szczególnie nietypowe – gdyby jednak były, gdyby nawet były wysoce nietypowe, to przecież miałabym do nich prawo.
Rozumiem, że pewne pozycje są mniej czy bardziej niezdrowe, ale czasami naprawdę zachciewa się przedziwnych skrętów ciała do wygodnego czytania. Chyba wolę dawać pierwszeństwo tym zachciankom.

18. Prawo do czytania przy jedzeniu
Czytanie bez jedzenia sprawdza się świetnie, ale jedzenie bez czytania smakuje tylko w połowie. Nic na to nie poradzę: gdy jem, potrzebuję książki, by jeść z pełną przyjemnością. Zdarza mi się dobierać książkę „pod jedzenie” – nie tylko na zasadzie „tom, który łatwo rozłożyć/przytrzymać cukiernicą, żeby nie zniszczyć”, lecz i – przede wszystkim – na zasadzie dopasowania klimatem. Tak na przykład do słodyczy, owoców, cappuccino wspaniale się sprawdzają kryminały, do posiłków świątecznych – jakaś wyjątkowo wyczekiwana książka albo książka o książkach. Herbata pasuje do każdej lektury. Gorzej z grejpfrutami – przy tych z reguły czytam analizy opowiadań internetowych, bo wtedy wystarczy, że jednym, najczystszym palcem – albo i łokciem – naciskam klawisz ze strzałką w dół, by dalej przesuwać tekst na ekranie. Jedzenie grejpfruta przy książce odpada, bo zawsze, ale to zawsze jakaś kropla soku tryśnie na kartkę.
Niestety, zdarzyło mi się parę razy ubrudzić stronę lub parę stron czymś, co jadłam – ale to i tak nic w porównaniu z moim ojcem, który rozlał raz kawę na tom Wołoszańskiego. Żeby jednak nieco tę kawę rozgrzeszyć – kiedyś kupiłam po wyjątkowo niskiej cenie upragnioną Literaturę europejską i łacińskie średniowiecze Curtiusa właśnie dlatego, że sprzedająca oblała go wcześniej kawą. Więc, jak widać, brudzenie książek jedzeniem/piciem ma swoje dobre strony.
(Przyznam też, że czasem biorę jakąś książkę, po czym zastanawiam się: co by tu do niej zjeść, tak by wrażenia były jeszcze pełniejsze, smakowitsze i przyjemniejsze? Gorąca herbata to element stały i uniwersalny, pasuje do każdej lektury).
(Piszę o herbacie, gdy pada hasło „jedzenie”, bo herbatę piję na potęgę, więc w zasadzie pełni ona dla mnie rolę i napoju, i jedzenia).

19. Prawo do czytania o dowolnej porze
Co ja poradzę na to, że dobrze mi się pracuje po nocy? Albo na to, że książka wciąga mnie ogromnie i nie mogę się oderwać, choć zostało mi już tylko pięć godzin snu... cztery... trzy... może nie warto się kłaść, tylko już skończyć ostatni rozdział i wcześniej wstać? Czasem jest tak, że pracuję od rana do nocy i tylko zarwanie odrobiny tej nocy – mimo potwornego zmęczenia – da mi szansę przeczytania choć paru stron, potrzebnych, żeby mózg odetchnął. W pracy najczęściej mogę przeczytać sztukę w dowolnej chwili – moje ulubione pory to końcówka dnia roboczego, gdy już jestem zmęczona i nie mam siły na inne rzeczy oraz okolice południa, gdy jem drugie śniadanie. Lubię też czytać po powrocie do domu – zjeść coś, położyć się do łóżka, by chwilę odpocząć, i w tym czasie coś przeczytać. Lubię czytać wieczorem, między jedną a drugą rzeczą do zrobienia, podczas suszenia włosów i z samego rana, gdy przychodzę do pracy (wtedy najprzyjemniej się robi prasówkę).
Każda pora jest dobra, by czytać – i do każdej pory chcę mieć prawo.

20. Prawo do dobierania książek pod humor, pod pogodę, pod samopoczucie, pod dni tygodnia, pod rozkład zajęć, pod cokolwiek
Zasada, której się trzymam od paru lat: przy poważniejszym okresie depresyjno-dołowym trzymać się z dala od Dostojewskiego! Raz w czasie takiego napadu depresyjnego powtórzyłam sobie Łagodną/Potulną. Efekt – kiepski stan mojej psychiki tylko się pogłębił. Przy silnym dole zatem łapy precz od Dostojewskiego – przy silnym dole słuchać Trzetrzelewskiej i czytać kryminały!
Gdy jestem wymęczona pracą, nauką etc., odprężam się kryminałami i opowiadaniami grozy. Gdy czuję, że rozpiera mnie energia i chcę działać, z reguły kieruję apetyt na klasykę. W pierwszy dzień okresu najchętniej zakopuję się pod kołdrą z czekoladą, gorącą herbatą i kryminałem, taka metoda zadośćuczynienia za cierpienie fizyczne. W ramach świętowania i smakowania wolnych dni świetnie się sprawdzają książki o książkach.

21. Prawo do zakładania książki czymkolwiek, nawet brudną skarpetką. Albo do niezakładania czymkolwiek
Brudnej skarpetki wprawdzie dotąd nie praktykowałam, ale zdarzały mi się inne rzeczy – chusteczka (żeby nie było: czysta!), kołdra, poduszka, ołówek, długopis, mysz, szczotka do włosów, talerz, inna książka, kartka papieru, różne ulotki, gazety, zeszyty, pilot od radia, jakaś tasiemka, kabel, suszarka...
Oraz, oczywiście, prawdziwe zakładki. Mam okresy swoistego obsesyjnego ich zbierania i w osobnym pojemniku trzymam dobrze ponad setkę. Problem w tym, że nawet gdy porozkładam je w różnych miejscach pokoju, i tak często nie znajduję ich pod ręką, gdy się spieszę – więc wciskam między kartki cokolwiek, co ich nie zniszczy, a zaznaczy odpowiednie miejsce.
Czasem macham ręką i po prostu nie zakładam. Zawsze się da odnaleźć później właściwą stronę. (A czasem, o zgrozo, kładę książkę do góry grzbietem... – ale lekko, tak by się ten grzbiet nie złamał! Za to w życiu nie zagnę rogów własnym tomom).

22. Prawo do układania książek na półkach wedle własnego uznania – i do przemeblowywania księgozbioru
Ogromnie lubię przemeblowywanie książek, choć bywa to trudne – na przykład właśnie mi się skończyło miejsce na półce obcojęzycznej; zyskam go jeszcze trochę, jeśli gdzieś przeprowadzę duże tomy Mikołajka oraz Balzaca, Flauberta i Rowling, tylko na razie nie za bardzo mam gdzie. Może już czas na zakup kolejnego plastikowego koszyka?...
Wymyślanie metody ułożenia książek też mnie wciąga; układam różnie: według kręgów językowych (angielska i amerykańska literatura osobno – problem: gdzie umieścić Jamesa?), według chronologii (najwięcej pracy – przy układaniu literatury antycznej, bo tu często pojawiało się to kłopotliwe „około”), według alfabetu (tylko w połączeniu z chronologią, co oczywiście trochę narusza chronologię), według wielkości (praktykowane dawniej odruchowo, teraz rzadko – lecz jeśli mam więcej pozycji danego autora i nie zależy mi na chronologii, mogę uwzględnić wielkości książek), wedle tematyki/gatunku/epoki (osobno książki o książkach, osobno kryminały, osobno antyk), według serii (jakoś mnie boli rozdzielanie serii), według „podejrzenia zapotrzebowania” (stosowane przy układaniu w koszykach – to, po co sięgam rzadziej, jest w koszach na spodzie). Wszystkie te sposoby stosuję w formie mieszanej, nie umiem się ograniczyć tylko do jednego z nich. Istnieje też metoda „według pojemności półki”, której nie lubię, ale czasem – cóż robić... W poprzednim mieszkaniu nie mogłam nic poradzić na to, że Chrestomatia staropolska oraz stary, wielki, dwuszpaltowy zbiór opowiadań Balzaca mieściły się jedynie na tej półce, na której trzymałam pozycje z teorii literatury (wyższe), słowniki do łaciny i greki, pozycje ze staropola, kultury i nowych mediów.

23. Prawo do całowania, przytulania i głaskania książek
Lubię fizyczność książek – jest w niej coś naprawdę erotycznego. Uwielbiam przesuwać palcami po grzbietach książek (wizytę u koleżanki w Poznaniu rozpoczęłam od pomacania jej książek – wtedy naprawdę poczułam się ugoszczona). Czasem i całuję swoje książki – zwykle gdy dostanę jakąś wymarzoną. Wcale nie uważam, by to było dziwne lub śmieszne – ale nawet gdyby było, i tak będę robić po swojemu.

24. Prawo do czytania w dowolnym stroju
Jeden z uroków książek: nigdy nie powiedzą: „Wyglądasz jak fleja”. Mogę czytać w piżamie, szlafroku, ręczniku, nago, w starych, rozciągniętych ciuchach albo w czymś bardzo eleganckim – i w niczym to nie przeszkadza lekturze.

25. Prawo do układania, gromadzenia, składowania książek w dowolnym miejscu
Uzasadnienie tego prawa brzmi: każde miejsce jest dobre na przechowywanie książki. No, prawie każde. Półki i regały to oczywistość; poza tym niezłe jest miejsce na pianinie i pod nim, parapet, przestrzeń pod i za biurkiem, pod łóżkiem, pod kaloryferem, rozmaite kosze lub kartony, inne książki – kto nie zna uroku upychania książek „na leżąco” na tych stojących? – podłoga, inne pokoje, kuchnia (szafki, lodówka – oczywiście książka na lodówce, nie w lodówce), komoda przy łóżku, samo łóżko (za dnia książki na łóżku, na noc książki na podłogę, na inne książki), skaner (byleby nie uszkodzić)...
Święte i nietykalne książkowo miejsce: tam, gdzie śpi pies. Obecnie Bosman upodobał sobie leżenie pod biurkiem w tym miejscu, w którym zazwyczaj trzymam kosz z książkami; kosz ten zabrałam na sylwestra, żeby psisko się mogło schować przed hałasami, i wygląda na to, że na razie nie mam co wstawiać go z powrotem. Bosman albo wciska się pod biurko cały – nie mam pojęcia, jak taki duży pies może się tak ścisnąć – albo chowa tam głowę. Ponieważ czeka nas jeszcze trochę prac wokół dachu i elewacji, czyli potworny hałas, zostawię Bosmanowi jego podbiurkowe ukrycie.
W każdym razie naturalnym jest dla mnie to, że książki są wszędzie, w całym domu – czy to przechowywane, czy to pozostawiane podczas przenoszenia się z jednego miejsca na drugie. To przecież takie przyjemne: gdzie się człowiek nie ruszy, wchodzi na książkę.

26. Prawo do podpisywania swoich książek, do zdobywania autografów lub opędzania się od nich rękami i nogami
Przecież mam święte prawo oznaczyć swoją własność! Jeśli ktoś lubi autografy – ma święte prawo je zbierać. Sama autografów nie lubię, biorę je tylko w wyjątkowych przypadkach, głównie z uprzejmości wobec autora – i do tego też mam prawo. A własne książki podpisuję z dziką satysfakcją.

27. Prawo do czytania niechronologicznie
To szczególnie się tyczy zbiorów opowiadań, felietonów etc. Mam gdzieś wpisany odruch czytania po kolei, więc czytanie niechronologiczne wymaga ode mnie przypomnienia sobie, że mam prawo wyboru tekstu, więc mogę od pierwszego przeskoczyć do ostatniego, a potem cofnąć się do trzeciego.

28. Prawo do zmieniania zdania o książce – i to więcej niż raz
Skoro sama jako czytelnik zmieniam się cały czas, to i zdanie o czytanych pozycjach mogę zmieniać. W końcu każde moje kolejne czytanie jest inne – z powodu tego wszystkiego, co między tym a poprzednim czytaniem przeżyłam, zobaczyłam, przemyślałam, usłyszałam, a przede wszystkim – przeczytałam.

29. Prawo do czytania na zasadzie „ale to głupie, jak ja tej książki/autora/bohatera nie znoszę, więc przeczytam (znowu), żeby mieć radochę z tego, jaka to głupia książka/kiepski autor/durny bohater!”
Na tej zasadzie co jakiś czas czytam (mniej lub bardziej pobieżnie) Bridget Jones – gdy potrzebuję naprawdę silnego odmóżdżenia. Bohaterkę uważam za żałosną idiotkę – a kontakt z nią jednocześnie działa mi na nerwy i te nerwy uspokaja. Może jestem zdziwaczała albo mam paskudny charakter, nie wiem – wiem tylko, że gdy znów będę potrzebować, powtórzę sobie Dziennik Bridget Jones bez skrupułów.

30. Prawo do noszenia przy sobie zawsze jakiejś książki – i wyciągania jej, gdy tylko nadarzy się okazja
Lubię mieć książkę przy sobie, nawet jeśli jestem całkowicie pewna, że nie będę miała kiedy jej przeczytać (zresztą w podobnych sytuacjach z reguły jest tak, że jeśli mam książkę, to rzeczywiście nie mam kiedy jej przeczytać, ale niech tylko nie wezmę książki – zaraz pojawia się luka czasowa, którą mogłabym wypełnić czytaniem); uspokaja mnie to i nieraz dodaje sił. A gdy się nadarza okazja, wyciągam tę książkę niemal wszędzie – w domu, w sklepie, na uczelni, podczas antraktu, w środkach lokomocji, w pizzerii lub kawiarni, u lekarza, podczas stania w kolejce – gdzie tylko się da. Miłe uczucie – wyciągnąć z torebki coś, co zapewnia jednocześnie świetne towarzystwo, niezmarnowanie czasu, wyjątkowe wrażenia i fizyczną bliskość.

31. Prawo do wybrzydzania przy zakupie: „Ale ja poproszę tamten egzemplarz, bo jego okładka bardziej się błyszczy!”
Żebyście mnie widziały, gdy wybierałam sobie 2666 jako prezent od rodziców... Przeglądałam kilkanaście egzemplarzy w Empiku, przekładałam, marudziłam: a bo tu rysa, a bo tu zagniecenie, a bo tu jakiś cień na kartce, a bo tu okładka bardziej się błyszczy niż tam. Po wybraniu i tak raz czy dwa wracałam od kasy do półki – wreszcie kupiłam ten egzemplarz, po który sięgnęłam niemal na początku. Może i wyglądało to komicznie, ale dlaczego ktoś by mi miał zabraniać takiego przebierania?

32. Prawo do wyrażania swojego zdania – nawet najbardziej kontrowersyjnego
Wydaje się takie oczywiste, ale myślę, że warto je przypomnieć. Nie mam tu za dużo do powiedzenia – tylko tyle, że wolę taką niemalże anarchię niż odgórne narzucanie „właściwych interpretacji/wrażeń/opinii”.

33. Prawo czytania najpierw ostatniej strony
Sama z niego nie korzystam, ale niektórzy lubią. Dopóki nikt mnie nie zmusza do czytania najpierw ostatniej strony, ja nie zamierzam tego nikomu zabraniać.

34. Prawo do wybierania po okładce/wydaniu
Wiele osób ma swoje okładkowe sympatie i antypatie, sentymenty i resentymenty. Ja moje własne zdecydowanie szanuję. Weźmy choćby Obce dziecko – zdecydowałam się na polskie tłumaczenie zamiast angielskiego oryginału, bo choć oryginał był tańszy, to jednak okładka tłumaczenia podobała mi się bardziej. Smutno mi ogromnie, że zdobyte przeze mnie Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą Ehrhardt to inne wydanie, z inną okładką, niż to biblioteczne, które wcześniej pożarłam kilkanaście razy. Trudno byłoby mi odnaleźć w pełni licealną czułość i przywiązanie do Ocalić Ofelię Pipher, gdyby wznowienie to nie było dokładnie takie samo jak egzemplarz, który jakieś dwanaście lat wcześniej odkryłam w bibliotece. Przy literaturze iberoamerykańskiej staram się namierzać egzemplarze z Wydawnictwa Literackiego, z charakterystycznymi okładkami.
Okładka nie świadczy o książce – ale jest częścią książki; konkretne wydanie – okładka zresztą też – ma jakąś swoją historię i emocje; a ja mam prawo szukać takiej okładki i takiego wydania, których historia oraz emocje mi pasują.

35. Prawo zakupu nietrafionego/pod wpływem impulsu/dla spełnienia doraźnej zachcianki
Mogę się przy zakupie pomylić. Mogę ulec chwili, opisowi z tyłu książki, okładce, tytułowi, autorowi, nastrojowi, czemukolwiek. Mogę kupić, bo akurat mi się zachciało, choć później uznam, że nie było warto wydawać pieniędzy i jeżeli kolejne spotkanie z tym autorem, to tylko w bibliotece.
Skoro można popełniać błędy przy kupowaniu ubrań, jedzenia, lakieru do paznokci, szczotki do włosów etc., to można też popełnić błąd przy zakupie książki. To przecież nie oznacza, że kupowanie książek jako takie jest błędem i jeśli się raz z czymś nie trafi, to znak, że w ogóle nie warto.

36. Prawo do płakania, śmiania się, warczenia, krzyczenia lub rzucania klątw na bohatera, narratora, autora, tłumacza podczas czytania (lub po)
Literatura wywołuje emocje – bo i powinna. Wobec tego mam prawo reagować na nią emocjonalnie, śmiać się przy książce, płakać przy niej, wściekać się etc. – i koniec.

37. Prawo zatrzymania dla siebie książki, którą się pierwotnie kupiło jako prezent dla kogoś, lecz po przejrzeniu/przeczytaniu uznało się, że szkoda się z tym rozstawać, więc książka będzie u mnie, a niedoszły obdarowany dostanie w prezencie skarpetki/mleczko do ciała/czekoladę i niech się cieszy, że w ogóle cokolwiek dostaje
Chyba nie muszę tu niczego dodawać... Dlatego najłatwiej mi przychodzi dawanie w prezencie takich książek, które mnie absolutnie nie interesują, takich, które sama posiadam albo takich, które będą jednocześnie dla mnie (więc z przyjemnością kupuję tacie książki historyczne).

38. Prawo dostania cholery i trafienia przez szlag, gdy ktoś mi zwija sprzed nosa moją upatrzoną książkę
Pamiętam, jaka byłam wściekła, gdy poszłam do Empiku z planem „kupić Polska mistrzem Polski Vargi”, a tu się okazuje, że w tym akurat punkcie wszystkie egzemplarze wykupiono. Zamówiłam więc własny tom przez Internet, bez problemu – ale to nie zmienia faktu, że w Empiku wściekłam się porządnie, bo ktoś śmiał mi wykupić książkę, którą ja chciałam kupić! Domagam się pełnego prawa do takiej wściekłości.

39. Prawo czytania we własnym tempie – nawet jeśli dana książka ma zająć rok
Mam własne tempo czytania – i ono nie jest jednolite dla wszystkich książek; inaczej czytam literaturę fachową, inaczej kryminały i opowieści grozy, inaczej klasykę, inaczej literaturę współczesną, inaczej antyczną, inaczej książki o książkach, inaczej obcojęzyczną, inaczej poszczególnych autorów, daną tematykę etc. Moje tempo może też zależeć od mojego nastroju, książek już przeczytanych i dopiero planowanych, od miejsca i okoliczności czytania, od zmęczenia lub odpoczynku, od pory roku, konkretnego miesiąca – i od wielu innych czynników. Moje tempo to moja sprawa i tylko ja mam prawo robić sobie z tego tempa rozrachunek. Albo i nie robić.

40. Prawo do zadzierania nosa, „bo ja czytam!”
Uważam, że co najmniej większość ludzi jest pod jakimś względem snobami. Sama z przyjemnością będę snobem książkowo-czytelniczym.

41. Prawo do zaginania przestrzeni
W końcu gdzieś te wszystkie książki trzeba upchnąć. W ramach zaginania niewielkiej przestrzeni mojego pokoju kupiłam sporo plastikowych koszyków (ładnie udających nieplastik), ustawiłam jedne na drugie i mam pseudoregały. Wygodnie się w nich trzyma książki, choć są niedogodności: poza tomami w wierzchnim koszu reszta jest niewidoczna; dostęp do koszy spodnich jest siłą rzeczy trudniejszy. Najważniejsze jednak, że książki mają gdzie mieszkać.

Chwilowo nic więcej nie przychodzi mi do głowy, ale i tak trochę tych punktów zebrało. Dobrze wiedzieć, że ma się tyle książkowo-czyteniczych praw!
Może macie jakieś własne do dorzucenia?


* Wszystkie cytaty z Pennaca za: Daniel Pennac, Jak powieść. Przekł. K. Bieńkowska. Warszawa 2007.

Podziel się tym:

Comments

24 komentarze:

  1. Muszę przeczytać tę książkę. Te spostrzeżenia są takie trafne. Z większością się zgadzam, a Twoje zastrzeżenia też podzielam. :)
    Też czytam przy jedzeniu. Lepiej wtedy wszystko smakuje.
    A dzisiaj planuję też nocne czytanie. Pomoże mi dotrwać do transmisji Złotych Globów. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytaj, przy ostatnim rozdziale można się wspaniale bawić :) A czytanie przy jedzeniu jest... dobre na trawienie, o!
      Miłego nocnego czytania (zazdroszczę, ja się dziś zamierzam położyć o w miarę sensownej porze, żeby wstać jutro na czas). Co sobie wybrałaś na oczekiwanie transmisji?

      Usuń
    2. Czytałam sobie na przemian "Czerwonego Księcia" i "Rosyjską kochankę" Obie bardzo zadowalające. :)

      Usuń
    3. Nie znam ich, ale cieszę się, że dobrze Ci się czytało :) Snyder pewnie nieźle wciągał.

      Usuń
  2. Świetny wpis! I nie chodzi mi o jego długość, bo jestem jednym z nielicznych blogowiczów, którzy nie wiedzą co to koniec posta:) Chyba z wszystkimi prawami się zgadzam, tak Pennaca, jak i Twoimi. Bez sensu byłoby komentowanie ich, musiałbym chyba napisać równie długi wpis na blogu. Już drugi raz w ciągu ostatnich kilku dni pomyślałem: "muszę przeczytać, a najlepiej mieć na własność tę książkę". To nomen omen 13 prawo, i to nie "Prawo Agaty", chociaż może tak i jest:) Marnujesz swój talent do pisania i tworzenia praw czytelnika. Moim skromnym zdaniem robisz konkurencję Pennacowi i jeżeli jeszcze żyje, bo nie znam jego życiorysu, to powinien się czuć zagrożonym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Gdy się rozgadam/rozpiszę, też zapominam o istnieniu czegoś takiego jak koniec. Przeczytaj i zdobądź "Jak powieść", myślę, że miło Ci się będzie tę książkę i czytało, i do niej wracało - zwłaszcza jeśli też masz potrzebę podkreślenia czegoś przynajmniej od czasu do czasu.
      Dziękuję bardzo za komplement, bycie konkurencją dla Pennaca to miła sprawa :)

      Usuń
  3. Wspaniały post, dający do myślenia. Tyle ważnych spraw się tu pojawia.

    Zastanawiałam się, jak się do tych kwestii odnieść? Post blogowy ma zwykle krótkie życie, a w tym jest tyle treści, że można by odnosić się do niego wielokrotnie, bo na raz się nie da... Następnym razem proszę bardzo o podzielenie treści na fragmenty (nomen omen) :)
    Dzisiaj wspomnę, że dla mnie bardzo ważna jest zasada nr 28. Prawo do zmieniania zdania o książce – i to więcej niż raz. Dotyczy to istoty czytelnictwa, które może być sztuką, jeśli naprawdę przeżywamy treści z książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, dzięki :)
      Chyba pokutuje gdzieś we mnie idealistyczna myśl, że post może funkcjonować dłużej - sama lubię przeczytać w miarę dokładnie cudze blogi, gdy tylko mam czas, wtedy mam wrażenie, że lepiej poznałam ich autorów. Z drugiej zaś strony - rzeczywiście jest w poście coś z krótkiego życia.
      Mówiąc szczerze, rozbicie i tak nastąpiło, bo pierwotnie obie części dotyczące "Jak powieść" miały być jednością - ale gdy zobaczyłam, ile tego wyszło, uznałam, że trzeba podzielić. Na przyszłość może faktycznie pomyślę o dzieleniu na mniejsze cząstki, choć ogólnie mam słabość i nieraz tendencję do rozgadywania się lub rozpisywania.

      Zgadzam się, przeżywane czytanie to sztuka - tak jak przeżywane oglądanie obrazów, a nie tylko prześlizgnięcie wzrokiem na zasadzie "zobaczyłam da Vinciego, zobaczyłam Moneta, zobaczyłam Rubensa, zaliczyłam całe muzeum/całą galerię, więc orientuję się super w sztuce, wyjście kulturalne mam z głowy i teraz mogę iść do galerii handlowej".
      Dla mnie w tej chwili najważniejsze staje się prawo trzynaste, bo nabrałam potwornie silnego apetytu na kolejne części "Klaudyny" Colette. Właśnie główkuję, z okazji czego je sobie kupić ;) Z okazji dostania pensji to będzie taka trochę kiepska wymówka ;)

      Usuń
    2. Eee tam, kiepska. Wymówka ma to do siebie, ze każda jest dobra :)

      Usuń
    3. Znalazłam lepszą: parę dni temu poślizgnęłam się na śniegu, upadłam i trochę poobijałam - więc "Klaudyny" zamówiłam sobie wczoraj w ramach pocieszenia samej siebie, szczególnie lewej części swojego jestestwa ;)

      Usuń
  4. Zaszalałaś z tym postem. Z większością się zgadzam, choć niektórych punktów faktycznie nie widziałam, np. tego z zaginaniem rogów albo nieoddawaniem książek. =)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku myślałam, że dopiszę góra dziesięć swoich praw, a to się przy pisaniu rozrastało i rozrastało, końca nie było widać. Rzeczywiście szaleństwo ;)
      Cieszę się, że nie widziałaś tych punktów, których tam wcale nie było. Wcale a wcale.

      Usuń
  5. Powiem szczerze, ze czytalam Twoj tekst juz kilka razy. Zawsze z usmiechem na twarzy:)
    Wiele z tych punktow jest mi bardzo bliskich:) 15, 18, 20, 28 sa mi bardzo bliskie.
    Bardzo wazne jest dla mnie prawo 32.
    Bardzo cenie sobie tak ze prawo do czytania ksiazki autorow jakich sie chce, niewazne czy sa modni, czy passe, czy maja taka a nie inna orientacje polityczna, seksualna, taki a nie inny zyciorys itp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) To też jedna z jego ról - powinien bawić.
      Prawo do nadkupowania książek wszędzie nas dopadnie, obawiam się... (Mnie w tej chwili rozpiera książkowonadkupowaniowa żądza).
      Prawo do czytania takich autorów i takich tytułów, na jakie się ma ochotę, też uważam za niesamowicie ważne - a mimo to trudno mi się czasem powstrzymać od myśli "no jak można tego nie czytać/nie przeczytać?!" lub, odwrotnie, "jak można to czytać?!". I niekiedy naprawdę nie mogę nic na to poradzić, nawet gdy przypominam sobie, ilu książek/autorów sama jeszcze nie przeczytałam (lub, co gorsza, nie zamierzam przeczytać).

      Usuń
    2. O tym moim prawie pomyślałam wtedy, gdy kupiłam „Syberiadę polska” Zbigniewa Domino i bardzo to kogoś oburzyło, że zamierzam czytać autora o takiej, a nie innej przeszłości politycznej. Wzmianki na temat jego życia czytałam, ale akurat nie wgłębiałam się bardzo w jego życiorys. Interesował mnie sam temat, szczególnie, że i film jest w trakcie kręcenia i tematyka taka „moja”. Ktoś ocenił moja osobę poprzez fakt samego zakupu tej książki. Ja akurat rozgraniczam autora od dzieła, jeśli myślę o tym w takim kontekście (lub wielu innych, np moralnych życiowych wyborów autora), inni nie.

      Usuń
    3. Myślę, że mimo - a może i z powodu - danej przeszłości politycznej/prywatnej etc. też warto się zapoznawać z jakimiś książkami, bo w ten sposób także poznaje się ich autora. Nie mówiąc już o tym, że czasem w takiej książce można znaleźć wyjaśnienie zapowiedź lub jeszcze coś mającego znaczenie przy zrozumieniu owej autorskiej przeszłości.

      Usuń
  6. Zabawne, że wspomniałaś w zasadzie 33 o takich, co przegladają najpierw ostatnią stronę. Ja po obejrzeniu okładki, stopki, pierwszego zdania, nieodparcie ciągnie do ostatniego zdania. No, nie wiem dlaczego... Ale coś mi się zdaje, że to czasami bywa najważniejsze zdanie w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, tak bywa, ale właśnie dlatego staram się nie zaglądać na koniec, by nie uprzedzać faktów - choć kiedyś zdarzało mi się sprawdzać ostatnia stronę. Przy kryminałach - od ostatniej strony z daleka! Za to z reguły przeglądam dość uważnie spis treści, bo tytuły rozdziałów/części też mogą powiedzieć coś ciekawego i zachęcić lub zniechęcić do zakupu/wypożyczenia.

      Usuń
  7. Dzisiaj chodzi mi po głowie zasada 12. Prawo do czytania równoległego.
    Książka jest u mnie odpowiedzią na nastrój chwili, a ten się zmienia, więc i książka się zmienia. Życie/książka. Książka/życie. I znowu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie podobnie, dlatego lubię czytać kilka książek naraz - nie zawsze, ale gdy mam na to ochotę, to się nie krępuję :)

      Usuń
  8. Miałam właśnie iść spać, ale trafiłam na Twój wpis i... wsiąkłam. Jest wspaniały. Zgadzam się naprawdę z większością twoich praw czytelniczych. No może co do niektórych mam pewne obiekcje np. nie znoszę zaginanych rogów w książkach. Ale czytanie przy jedzeniu, czytanie o każdej porze dnia (raczej w nocy niż rano - jestem typową sówką), nadkupowanie książek i posiadanie w ogóle książek na własność, czytanie kilku książek na raz, czytanie w różnych miejscach (tu przyznaję się bez bicia, że uwielbiam czytać w wannie, czytanie w różnym tempie (mam książki, które czytam nawet przez kilka miesięcy), układanie książek w różnych miejscach w domu i wiele innych praw - to to co misie lubią najbardziej - jednym słowem zgadzam się z tym i prawo to wykorzystuję.

    Pewnie bym coś jeszcze dopisała, ale już zamykają mi się oczy i umysł troszkę szwankuje. Dobranoc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, miło mi słyszeć, że tak Cię wciągnęłam :)
      Zaginania rogów w książkach też nie znoszę - ale tylko w swoich - w bibliotecznych jestem paskudna. Na szczęście w egzemplarzach pożyczanych od innych ludzi niczego nie gnę.
      Czytanie, kiedy się da, nadkupowanie i te wszystkie rzeczy są cudowne, nie wyobrażam sobie bez nich pełni mojego czytelniczego szczęścia. Dobrze wiedzieć, że wiele innych osób tak samo do tego podchodzi, Wspólnota czytelniczych maniaczek i maniaków :)

      Usuń
  9. Niedawno rozmawiałam z Psiapsiółą z Francji o tej książce Pennaca, bardzo mi ją polecała, choć obie wtedy nie wiedziałyśmy, że wyszła po polsku. I tę właśnie listę praw czytelniczych Psiapsióła sobie wydrukowała i powiesiła na drzwiach toalety, gdzie lubi poczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, ten dekalog praw czytelnika jest uroczy :) Jeśli tylko będziesz miała możliwość, dopadnij Pennaca, miło się czyta, zwłaszcza ostatnią część.

      Usuń