„Czasownik »czytać« nie znosi trybu rozkazującego”

W święta przeczytałam Jak powieść Daniela Pennaca; zajęło mi to jeden wieczór, bo tekst połyka się szybko, lekko i przyjemnie, a do tego należy on do jednego z moich ulubionych gatunków: książek o książkach.
Najprościej rzecz ujmując, Pennac analizuje i opisuje, jak się rodzi miłośnik książek, jak – i dlaczego – w pewnym momencie odwraca się on do książek plecami oraz jak czytanie z przyjemności staje się obowiązkiem, udręką i najgorszą – obok rozrywania końmi i obciachu publicznego całowania przez rodziców – karą od losu; potem, ku pocieszeniu dusz i zaradzeniu sytuacji, prezentuje metodę „odzyskania czytelnika w człowieku” – młodym człowieku, należy dodać, bo ten interesuje autora najbardziej. O ile uwagi dotyczące narodzin czytelnika właściwie nie budziły mojego sprzeciwu (może tylko ten, że Pennac niekiedy na siłę stara się być poetycki, metaforyczny i zaskakujący, przez co osiąga efekt przerostu formy nad treścią) – o tyle przy „odzyskiwaniu czytelnika” zaczynają się schody. Dla mnie.

Metoda „odzyskania czytelnika w człowieku” wygląda następująco: zamiast analizować tekst, zamiast zmuszać do interpretowania, zamiast wyduszać z ucznia, „co autor miał na myśli”, zamiast robić sprawdziany z treści, zamiast rozpisywać charakterystykę postaci w tabelkach – należy po prostu uczniowi czytać. Czytać. Przeczytać mu kilka stron jakiejś powieści – Pennac egzemplifikacji metody dokonuje na Pachnidle Süskinda (wybór średnio do mnie przemawiający, bo i Pachnidło średnio mi się podobało, ale każdy ma prawo do własnych sympatii) – co lekcja. Po prostu przeczytać, bez analizowania, komentowania, odpytywania z treści czy zadawania pracy domowej tym związanej. Po pewnym czasie takiego postępowania – voilà, w uczniu odradza się zagubiony czytelnik!
Następnie Pennac opowiada o pewnym wykładowcy, który tak właśnie prowadził swoje zajęcia: przez wszystkie spotkania po prostu czytał, czytał kolejne i kolejne strony wybranych przez siebie dzieł literackich. Co oczywiście rozbudziło niesamowicie umysły studentów i było o niebo lepszą metodą niż tradycyjne wykłady.

Zdążyłam już pewnie wyjść na egzemplarz nieco ironiczny i sceptyczny, wiem. I przykro mi z tego powodu. Jako opowieść o czytaniu i odzyskiwaniu człowieka do czytania tekst Penneca jest naprawdę przemiły, chwilami urzekający, chwilami zmuszający go gwałtownego przytakiwania: ależ tak, tak, tak. Niestety, wszystko bierze w łeb, gdy tę idealistyczną wizję próbuję przyłożyć do własnych doświadczeń dydaktycznych.
Tu właśnie Pennac musi polec – w praktyce. Zacznijmy tak: oczywiście, że czytanie jest (powinno być) ponad teoriami, interpretacjami etc. jako akt prymarny – bo najpierw trzeba przeczytać, dopiero potem można się brać za interpretowanie, analizowanie, rozkładanie na czynniki pierwsze. Ale – ale z drugiej strony trzeba poznać pewne narzędzia i nauczyć się nimi posługiwać, żeby wyjść poza powierzchniowy odbiór, ba – żeby w ogóle być zdolnym do jakiegoś odbioru. Cała sprawa jest dosyć kłopotliwa, bo stanowi powtórzenie jednego z moich ulubionych pytań – jajko czy kura? – i w pewnej chwili doprowadza mój umysł do tego samego stanu, do jakiego doprowadza go próba wyobrażenia sobie wszechświata: umysł ogarnia temat coraz bardziej, coraz bardziej, coraz bardziej, już, już, już prawie chwyta tę wizję – i naraz staje dęba, dostaje zeza i głupieje. Bezkres, Wielki Wybuch, początek z czegoś, ale na początku nic, ale na początku coś, ale skąd się wzięło? Tekst, narzędzia do rozumienia tekstu, tekst, narzędzia do tworzenia tekstu, tekst. Basta, dalej nie szarżuję, chcę herbaty, kryminału i odwal się ze swoim jajkiem czy kurą.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o mnie i pytania podstawowe. Pozostaje Pennac.
Pennac wprawia mnie w mocne zakłopotanie i sprawia, że czuję się rozdarta – bo z jednej strony chętnie bym krzyknęła: „Tak! Won z coautormiałnamyśli, won z odpytywaniem z treści, won z ustalaniem znaczenia, won z analizą zabiegów literackich, po prostu czytajmy i rozmawiajmy o tym!”. Z drugiej – co miałoby oznaczać owo „rozmawiajmy”? Jak rozmawiać, gdy nie ma się języka potrzebnego do tej rozmowy? Wprawdzie Pennac sugeruje, że język taki wytworzy się sam, przy okazji czytania i słuchania, podczas kolejnych i kolejnych – najpierw nieudolnych, potem coraz udolniejszych – rozmów o przeczytanej/wysłuchanej książce. Taka metoda jednak przypomina raczej relację mistrz-uczeń właściwą dawniejszym czasom, a nawet tylko pewnym sytuacjom w dawniejszych czasach; wymaga dużo czasu właśnie – o wiele więcej, niż dzisiejszy system szkolnictwa przewiduje; wymaga też dostosowania czasu indywidualnie do potrzeb każdego ucznia, co można łatwo zrealizować, gdy ma się pod opieką parę osób, ale nie wtedy, gdy klasa liczy około trzydziestu uczniów, a klas ma się pod opieką kilka. Jednym słowem, to metoda silnie indywidualizująca proces uczenia (się) – czyli bardzo nieprzystająca do metod współczesnych, zinstytucjonalizowanych. Właściwie, gdyby na to spojrzeć od tej strony, można by uznać, że Pennac napisał esej przeciwko szkole jako instytucji i czytaniu w szkole jako instytucji.
(A tak na marginesie, odnośnie wspaniałego profesora – on studentom „tylko i aż” czytał, ale przecież inni wykładowcy – ci mniej wspaniali – z pewnością przekazywali wiedzę bardziej „schematycznymi” sposobami, czym, obawiam się, całkiem nieźle się przysłużyli rozwinięciu zdolności poznawczo-odbiorczych młodych słuchaczy).

Jest jeszcze coś, co mi nie daje spokoju po Pennacowym wywodzie. Mimo olbrzymiej miłości do literatury trudno mi przyjąć bez cienia wahania tezy o czarodziejskiej „potędze miłości, uszlachetniania i rozwiązywania wszelkich problemów” dzięki czytaniu. Brzmi to pięknie, wzruszająco i jasne, że chciałabym, aby tak było – ale to piękne brzmienie jest zbyt piękne. Zbyt amerykańskie, choć tekst jest francuski. Jest w tym jakaś przesadzona nuta i nie mogę się uwolnić od kojarzenia tonu wypowiedzi Pennaca z obrazkiem jakiegoś stereotypowego Amerykanina, najlepiej z dramatu obyczajowego albo filmu katastroficznego, który mówi coś podniosłego (w tle patetyczna muzyka, fragment amerykańskiej flagi i kobiece łzy), czym podnosi wszystkich na duchu i inspiruje do bohaterskich czynów. Po prostu nie potrafię gładko przyjąć równania: czytasz uczniowi przez dziesięć minut na lekcji + nie każesz mu z czytanej książki robić notatek + robisz tak dostatecznie długo = tworzysz nowy, wspaniały świat. Może za mało uważałam na matematyce.
Może jestem nazbyt sceptyczna. Może za bardzo przypomina mi się z własnej praktyki nauczycielskiej to, że zawsze było za mało czasu na wyrobienie się z podstawą programową, może za bardzo po belfersku kalkuluję sobie, że takie dziesięć minut z każdej lekcji + czytanie = na pewno późniejszy brak czasu na przerobienie czegoś, co zgodnie z podstawą musi być przerobione, może to myślenie uroczą inaczej kategorią „podstawa programowa” za silnie we mnie utkwiło. Może nadal się krzywię z irytacji, gdy przypomnę sobie wyjaśnienia szefa-dyrektora (który wcale nie miał jakiejś obsesji na punkcie form i zasad), że moim obowiązkiem jest pilnować zeszytów uczniów (nawet dobrze byłoby im kazać numerować kolejne lekcje). Zgłupiałam wtedy, naprawdę. Mam pilnować, czy każdy zanotował wszystko w zeszycie (mówimy o licealistach), mam odgórnie uznawać, że wszyscy są wzrokowcami i zapamiętują przez pisanie, jeśli ktoś jest słuchowcem lub kinestetykiem (a fe!), to niech się dostosuje do jedynej słusznej drogi odbioru komunikatów. Mam pilnować, czy przy temacie lekcji jest data, bo przecież to jest takie ważne.
No i wiadomo, podstawa programowa. Podstawa programowa, konstytucja, biblia, rzecz święta. Jest w podstawie – trzeba przerobić. Nie ma w podstawie – won. W podstawie fragmenty – won z całością.
I cała reszta: klucze odpowiedzi, właściwe interpretacje, fragmenty ważne, fragmenty, które można pominąć, kanon literatury (z tym kanonem mam problem: uważam, że grzechem jest go nie znać, a zarazem grzechem jest uznawać kanon lektur szkolnych za Kanon Literatury Jedyny Właściwy i Amen, w ogóle uznawać istnienie Jedynego Właściwego Kanonu Czegoś i Amen to dla mnie koszmarna perspektywa). I szereg innych problematycznych kwestii.
Oczywiście, teraz z kolei ja przesadzam – tak w ramach zachowania proporcji: Pennac popada w nadmierny idealizm i optymizm, ja popadam w nadmierny sceptycyzm i pesymizm. Im bardziej myślę o Jak powieść, tym bardziej dochodzę do wniosku, że gdyby w tej książce pojawiło się choć trochę wątpliwości, choć odrobina dystansu do świetlanej autorskiej wizji, łatwiej byłoby mi przyznać, że Pennac pod różnymi względami ma rację i w rozmaitym stopniu można jego pomysły zastosować. Chyba źle reaguję na idealizm, szczególnie na ten podany w amerykanizującym stylu.

Teoretycznie nie miałabym nic przeciwko, by prowadzić zajęcia na modłę profesora, o którym pisze Pennac. (Choć wyobrażam sobie entuzjazm studentek, gdybym wyciągnęła coś ze staropola i powiedziała: to teraz półtorej godziny czytania na głos, fajnie, prawda?). Tyle że aby to czytanie było czymś więcej niż tylko odczytaniem, poza tekstem muszę podać potrzebne do zrozumienia wiadomości; muszę nieraz wyjaśnić, o co w zasadzie w tekście chodzi; muszę krok po kroku rozebrać utwór, a potem go złożyć, żeby studentka wiedziała, jak to później samodzielnie zrobić (piszę „studentka”, bo w obecnej grupie mam miażdżącą przewagę dziewczyn, a chłopaków na wielu zajęciach nie ma, przez co gdy się wreszcie pojawiają, ja i tak odruchowo mówię: „proszę pań”); muszę wyjść poza sam akt czytania i praktykę czytelniczą, a wejść w czytelniczą teorię. I muszę – z roku na rok coraz bardziej tego nie lubię – przeprowadzić jakąś weryfikację studenckiej wiedzy. Właściwie zaliczenie przedmiotu nie odbywa się z czytania – odbywa się z wiedzy potrzebnej do tego czytania. Nie pytam pani, czy potrafi pani przeczytać ten tekst i go przeżyć, tylko czy potrafi go pani porozkładać na elementy podstawowe, objaśnić je, złożyć w całość i objaśnić tę całość wraz z kontekstami. Nie zdołam podać takiego zakresu wiedzy samym przeczytaniem tekstu – chyba ze studia trwałyby nie trzy lata (o parszywy systemie boloński, jesteś kpiną ze jednolitych, pięcioletnich studiów, które przy wszystkich swoich wadach miały tę zaletę, że dawały dwa lata więcej na naukę, więc staropole przerabiało się przez rok, a nie przez semestr) – więc gdyby studia nie trwały lat trzech, tylko o wiele, o wiele dłużej i polegały na czytaniu setek, tysięcy, setek tysięcy tekstów, z których student sam by wyciągał kolejne i kolejne potrzebne mu informacje, z którymi wracałby do tekstów przeczytanych wcześniej, a od nich szedł dalej do tekstów kolejnych. Tylko w takim układzie po co komu uniwersytet jako instytucja nauczająca?
Zamykamy w studiach – trzyletnich, pięcioletnich – jakiś zakres wiedzy, tekstów, narzędzi etc., które przekazujemy. Ten zakres jest zawsze wyborem czegoś – więc zarazem i odrzuceniem czegoś innego. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że po zajęciach, semestrze, roku, studiach student/absolwent pójdzie danym śladem dalej i sam zajmie się poznaniem tego, czego nie poznał na studiach. Mogę czytać studentom na zajęciach teksty, które uważam za ważne – ale to znów będzie wybór: to, co ja uważam za ważne. Mogę skupić się na wyposażeniu ich w narzędzia, za pomocą których będą potrafili później samodzielnie czytać różne teksty i samodzielnie odnajdywać te dla siebie ważne. Najlepiej, gdybym była w stanie połączyć obie metody – ale nie wierzę w połączenie idealne, jestem przekonana, ze zawsze coś zdominuje coś. Obecnie skłaniam się ku wyposażaniu w umiejętność (może dlatego, ze staropole w ogóle jest specyficzne, a dla studentów, którzy dopiero co zaczęli się oswajać ze specyfiką uczelni, jest specyficzne podwójnie), chociaż staram się zarezerwować trochę miejsca na tę drugą metodę. W nadchodzący wtorek omawiamy fragmenty siedemnastowiecznych eposów – studentki mają same wybrać fragmenty do przeczytania. Ciekawa jestem, jak sobie z tą wolnością wyboru poradzą.

Męczy mnie Pennac, zdecydowanie. Może to wyrzuty sumienia, że sama nadal nie znalazłam idealnej metody wykładania; może to zazdrość, że on znalazł; może to irytacja, że ta jego metoda jest śliczna na papierze, ale w praktyce okaże się koślawa; może to wina tego paskudnego wrażenia, ze z roku na rok staropolska sprawia studentom coraz więcej bólu; może jestem już zboczona i uważam, że na hasła „translatio, imitatio, aemulatio”, „budowa kazania po łacinie, proszę” czy „paraklausithyron” każdy powinien skakać z radości i klaskać w ręce jak tresowana foka (przyznaję, czasem tak uważam), a nie patrzeć podejrzliwie, czy mi druga głowa nie wyrosła; może to wina swoistego uczucia zawodu, bo rzeczywiście czuję pewien zawód z powodu braku dookoła mnie rozbuchanej pasji czytelniczej i poznawczej (może to jednak naprawdę moja wina, bo uważam, że mitologia powinna rajcować jak wygrana na loterii), może to wreszcie wina obecnej sytuacji na kierunkach humanistycznych – przez coraz mniejsze nabory, coraz mniejszą liczbę studentów i coraz mniejszą liczbę godzin krąży po korytarzach jakaś taka atmosfera zniechęcizmu, gdy siedzę na zajęciach, mam chwilami wrażenie, ze w sali jest szaro, studenci są szarzy, ja jestem szara i nawet czytane teksty szarzeją.

Na początku napisałam, że Jak powieść czytało się szybko, miło i przyjemnie. To nie jest nieszczere – czytać czytało mi się naprawdę miło i przyjemnie, zupełnie jakbym weszła w idealny świat, w którym wszystko da się uporządkować przeczytaniem dobrej książki. Odkąd jednak moja bliska koleżanka najpierw przeczytała w liceum całe W poszukiwaniu straconego czasu Prousta – w którym się zakochała, zachwyciła, mnie zaś wpędziła w kompleksy, bo ja Prousta przeczytałam jakieś dziesięć lat później – a potem zaraz po liceum związała się z prymitywnym wtórnym analfabetą, dla którego szczytem wyrafinowania było powiedzenie swojej dziewczynie, że powiedział ich znajomej, że jest (dziewczyna, nie znajoma) zajebista – jakoś przestałam wierzyć w idealny świat, w którym lektura odpowiedniej książki wszystko uporządkuje. Dlatego Pennac mi się podobał – bo pozwalał wrócić na chwilę do tego idealnego świata, z którym tęsknię, w który chwilami nadal jednak wierzę lub chcę wierzyć i w którym przemiło się przebywa; i dlatego mnie denerwował – bo nie przystawał do rzeczywistości, jaką znam.
Może Pennac zna lepszą rzeczywistość, kto wie. Może mu potwornie tego zazdroszczę i mszczę się w niski sposób, marudząc, jaki to on jest niepasujący do mojej rzeczywistości.
A może z niepokojem myślę o wtorkowych efektach studenckiego wolnego wyboru fragmentu z eposów staropolskich.

Jeśli chodzi o Jak powieść, pociesza mnie ostatnia jej część, do której wrócę w którymś z najbliższych postów. Jeśli chodzi o zajęcia – wszystko przede mną.



Cytaty za: Daniel Pennac, Jak powieść. Przekł. K. Bieńkowska. Warszawa 2007.

Podziel się tym:

Comments

24 komentarze:

  1. Jesteś wymagającą blogerką! co za tekst! i co za skupienie we mnie podczas lektury ;)
    coś być może w tym, że amerykański idealizm Pennaca niestety trudno przyłożyć do polskiego realizmu, a już trudniej w sytuacji gdy masz tylko jeden semestr (o zgrozo, o hańbo..) swojego przedmiotu i musisz przekazać esencję wiedzy. Idealnej metody wykładania nie ma, myślę, że można dostosować metodę wykładania co najwyżej do samego przedmiotu, bo jak różnią się ludzie między sobą tak roczniki kolejnych studentów mają inne oczekiwania co do zajęć. Każdego nie dasz rady zadowolić, a w naszych czasach..ja się nie dziwię, ze Twoi studenci mają trudności ze staropolem- teraz wszystko jest podawane na tacy, a tu muszą się wysilić, przeczytać, zrozumieć, zapamiętać, zamiast wygooglać i sobie spisać.. Nie wiem czy Twoje zajęcia są szare, ale ja bym chętnie wzięła w nich udział!! :D Szczególnie, że mam drobne braki ze staropolskiej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dziękuję :) Miło mi!
      Idealnej metody nie ma - może to i dobrze, idealne metody trochę mnie przerażają - ale, choć zabrzmi to na marudzenie starej malutkiej, jeszcze kilka lat temu studenci byli inni (w każdym razie na mojej uczelni). Pamiętam swoją grupę - myśmy rozmawiali! Nawet jeśli czegoś nie wiedzieliśmy, mieliśmy swoje przemyślenia na temat tekstów. A teraz studenci nieraz wydają się być przerażeni samą myślą, że mieliby wyartykułować swoją opinię o przeczytanym wierszu.
      Wiem, ze staropole jest trudne i staram się o tym pamiętać (i nie przykładać do każdego własnej miarki, która mówi: jeśli gdzieś coś pachnie antykiem, to pewnie jest wspaniałe). Nie mogę jednak zmienić tego, że na zaliczenie przedmiotu trzeba to trudne staropole ogarnąć.
      Jeśli kiedyś będziesz miała okazję, to zapraszam ;) Z reguły to bardziej wykład niż ćwiczenia (niestety), wychodzę zawsze z sali z nieźle zmęczonym gardłem.

      Usuń
    2. Wiesz, to zawsze się tak wydaje, że są coraz gorsze grupy studentów (uczniów), podczas gdy to zmiana czasów w jakich żyjemy. Popatrz, teraz rodzice zostawiają dziecko przed telewizorem/komputerem i potem to dziecko dorasta, idzie na studia (o ile w ogóle idzie..) i ma za zadanie przeczytać tekst ze zrozumieniem i wypowiedzieć się na ten temat.. Brak wyobraźni, szerszego zakresu słownictwa, obrazkowy styl myślenia.. Na szczęście nie wszyscy i nie wszędzie, ale cóż.. To chyba będzie coraz powszechniejsze.

      Jeszcze tylko powiedz gdzie wykładasz :) bo jak przyjemnie mi się Ciebie czyta, to na pewno będzie przyjemnością również posłuchać :)

      Usuń
    3. Wiem, ja od lat uparcie bardzo obwiniam nową reformę szkolną, która z roku na rok robi uczniom (i lekcjom polskiego) coraz większą krzywdę. Gdy poszłam na studia, też potrzebowaliśmy pewnego czasu na "otrząśnięcie się z liceum" - z licealnego myślenia o książkach, z licealnych prawd i "prawd", przestawienia się na system uczenia i uczenia się na studiach; rzecz w tym, że potrzebowaliśmy tego czasu znacznie mniej, niż potrzebują obecne pierwsze roczniki. I to wina przede wszystkim systemu nauczania, z którego właśnie wyszli.
      Szczecin, US :) Dzięki!

      Usuń
    4. System nauczania to jedno, nawyki jakie się wynosi z domu to drugie.. Ale o systemie nauczania też mogłabym niejedno powiedzieć - pamiętam do tej pory naszą biologicę (liceum) która wymagała wiedzy encyklopedycznej, dosłownie - hasło, recytacja. Powiesz trochę inaczej, od siebie, siadaj, trója..

      Szczecin? Oj, kawał świata (mieszkam w Józefowie k/ Otwocka).. To naprawdę przy jakiejś okazji.. Ale jeśli kiedykolwiek będę w Szczecinie to na pewno przyjdę! :)

      Usuń
    5. Twoja biologia poraża. Też pamiętam swoją biologicę - znienawidziłam ją w momencie gdy oświadczyła, że różne najdrobniejsze rzeczy z biologi trzeba koniecznie wiedzieć, natomiast zupełnie niepotrzebna jest wiedza o tym, kiedy żył jakiś tam Kazimierz Wielki. I ktoś taki dorwał się do uczenia...
      Otwock? To rzeczywiście kawał drogi, raczej nie wpadniesz po pracy na parę chwil ;) Ale jeśli odwiedzisz kiedyś Szczecin, to daj znać :)

      Usuń
  2. Mnie się historia profesora podobała, ale podobnie jak Ty, nie mam złudzeń co do jej realności. Może i gdzieś coś podobnego mogło się zdarzyć, ale cóż... Taką sytuację należałoby raczej traktować w kategorii cudu lub pobożnego życzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też się podobała, sama chciałabym być tak uczona - ale właśnie, realność pozostaje pod znakiem zapytania; a jeśli nawet nie realność, to to, czy taka metoda rzeczywiście odniosła spektakularny sukces, szczególnie sama z siebie.

      Usuń
    2. Nie wiem czy jestem tylko sceptyczką czy już pesymistką, ale nie wydaje mi się, że to taka złota metoda odmieniająca świat. Traktowałabym ją raczej jako historyjkę ku pokrzepieniu serc. ;)

      Usuń
    3. Problem w tym, że moje serce nie poczuło się pokrzepione, tylko poddenerwowane ;) Na takiej zasadzie można prowadzić zajęcia z czytelnikiem już (jakoś) przygotowanym, w porządku - ale też nie sądzę, żeby to była metoda, która powinna wygryźć wszystkie inne metody.
      Przyłączam się do rozdarcia między tylko sceptycyzmem a już pesymizmem ;)

      Usuń
  3. Nie darmo wymyślono porzekadło: z niewolnika... Myślę, że dla czytających, którzy czytać lubią, każda metoda się sprawdzi, z tymi opornymi już gorzej, najlepsze zawodzą. Za książką już się rozglądam, jeszcze niedawno dawali prawie darmo w Matrasie. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę, że część nieczytających przekonałaby się do książek po wysłuchaniu paru odpowiednich tekstów - ale nie wierzę, żeby to tak działało na każdego bez wyjątku. Poza tym myślę, że to, co dziecko wyniesie z domu, naprawdę zaważy na jego czytelniczym życiu - i jeśli w domu dostaje przekaz "książki to głupota/strata czasu i pieniędzy/bzdura dla oferm", to szkole będzie co najmniej diabelnie trudno wychować z takiego dziecka czytelnika. Co nie znaczy, że szkoła jest zwolniona z obowiązku - tylko z kolei nie powinno się od szkoły oczekiwać cudów i uważać, że do niej należy załatwienie całej kwestii wychowawczej, w tym - czytelniczej.
      (A niestety są rodzice, który wychodzą z takiego założenia).
      Książkę mimo wszystko polecam do miłego przeczytania - szczególnie ostatnia część, o prawach czytelnika, to świetna zabawa :)

      Usuń
  4. Wygląda na to, że Pennac to wizjoner. Co więcej, moim zdaniem on ma rację. Mam przeczucie, że im szybciej jego wizja stałaby się ciałem, tym lepiej byłoby np. dla czytelnictwa w Polsce. Oczywiście chodzi o szkołę podstawową i gimnazjum, nie studia. Z punktu widzenia czytania dzisiejsza szkoła pełni funkcję oduczająco-odstraszającą. Mówię to na podstawie przykładu moich dzieci (25 i 18 lat) i ich rówieśników znanych mi z opowieści i na żywo. Nam czytającym na co dzień trudno jest w to uwierzyć, ale z moich obserwacji wynika, że 90% dzieci nie czyta nic. Nic, nic, nic. W liceum umiejętność czytania jest u nich w zaniku. Poważnie. Lektura=streszczenie. Kropka. I wierzcie mi, nauczyciele już to wiedzą. Stąd w jednym z lepszych warszawskich liceów w ogóle nie zadaje się wypracowań do domu. Nauczycielka zorientowała się, że od 3 lat wszystkie są identyczne, bo ściągane z jednego, pierwszego z brzegu linka w sieci. Dlatego uważam, że lepiej jest na lekcjach czytać i na bieżąco komentować niż udawać, że w domu ktoś coś przeczyta. Podstawa programowa to takaż sama iluzja jak czytanie lektur. Ja wiem, że iluzje pomagają żyć... Ale niedługo chyba staniemy twarzą w twarz z analfabetyzmem na masową skalę. Sama mam nadzieję, że to nieprawda co napisałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby wywrócić cały system szkolnictwa do góry nogami i zacząć od idei Pennaca jako podstawy, a nie jako "dodatku, który wciśniemy, jak nam starczy godzin, pieniędzy i ochoty", to mogłoby to mieć sens. Pennac rzeczywiście może być wizjonerem - tylko że jego wizja wymagałaby zmiany systemu, sposobu myślenia nauczycieli i uczniów, sposobu myślenia o uczeniu, w tym o uczeniu literatury oraz sposobu myślenia o przydatności czytania. Może to kolejny powód, dla którego miejscami mnie irytował - bo raczej wątpię w realizację tej wizji.
      Zgadzam się, szkoła często odstrasza - niektórych odstręcza w ogóle sam fakt, że coś jest lekturą szkolną.
      Jasne, że widać, kto przeczytał, a kto nie. Podstawa programowa to zło, a największym złem jest to, że jest się z niej później rozliczanym.
      Mówiąc szczerze, chociaż lubiłam moje klasy i uczenie, cieszę się, że już nie pracuję w szkole. Na studiach mam ten komfort, że nie ma podstawy programowej - sama dobieram teksty na zajęcia, sama dobieram metody, nie jestem rozliczana z rzeczy istotnych (albo bzdurnych - vide prowadzenie zeszytów). Użeram się z różnymi sprawami, ale to użeranie się ma inny wymiar.

      Też mam nadzieję, że to, co napisałaś w przedostatnim zdaniu, nie będzie prawdą. Mam nadzieję i staram się nie pamiętać, czyją matką jest nadzieja.

      Usuń
    2. Miałam napisać, że nie jestem rozliczana z rzeczy nieistotnych, a nie "istotnych". Z istotnych na szczęście jestem :)
      Na marginesie, czy usunęłaś swój blog? Gdy próbuję na niego wejść, trafiam na komunikat o usunięciu.

      Usuń
    3. Dopisuję się do pytania Bibliopatki.. Co się stało?

      Usuń
    4. To okropne, ale mój blog "nie istniał" przez 2 całe dni. Chciałam skorzystać z kolejnego produktu Google. Wymagało to podania kilku liczb. Ja zrobiłam to błędnie. uzunęłi mój blog. Musiałam potwierdzić swoją tożsamość, bo maszyna nie wierzyła, że ja to ja.
      Najważniejsze, że była to szansa zastanowić się, co dla mnie znaczy prowadzić blog.

      Usuń
    5. Oj, paskudna historia. Najważniejsze, że mogłaś odzyskać ("odusunąć") blog i wróciłaś. Pomyślałam sobie wczoraj: rany, wielka szkoda, ale nie wierzę, żeby jej się tak z niczego znudziło, bo po blogu czuć było coś zupełnie innego, może system Blogspota wariuje?
      Witaj z powrotem :)

      Usuń
  5. Z wielką przyjemnością przeczytałam zarówno Twój tekst jak i Wasze komentarze. Przeglądałam już książkę Pennaca i czytając o profesorze i jego metodzie rozbudzania miłości do czytelnictwa pomyślałam sobie, że jest to tak piękne jak nierealne. A przede wszystkim z braku czasu i z tego pędu by zrealizować podstawę programową w coraz bardziej kurczącym się czasie (o czym pisałaś).
    Zgadzam się z tym co napisałaś w odpowiedzi na komentarz Agnieszki - rzeczywiście może gdybyśmy od samej szkoły podstawowej całkowicie wywrócili do góry nogami system szkolnictwa i przede wszystkim lekcje języka polskiego, gdybyśmy może poszli właśnie śladem Pennaca to może udałoby się nam coś zmienić w świadomości uczniów. Mam wrażenie, że dzisiejsza szkoła nie przystaje do zmieniającej się w szybkim tempie rzeczywistości. Jest w pewnym sensie reliktem. Myślałam, że nowa reforma coś zmieni, jednak według mnie jest jeszcze gorzej. A już na pewno większość nauczycieli nie jest przygotowana by w tych zmieniających się warunkach nauczać. Stare metody nie przystają do nowej rzeczywistości, a nowe w większości muszą nauczyciele wypracować sobie sami. Do tego potrzeba pasjonatów, ludzi, którzy odważą się kroczyć nieutartymi ścieżkami. Może też jestem pesymistką i zbyt czarno to widzę, ale coraz trudniej jest dziś rozbudzać zainteresowania czytelnicze. Nawet dom, w którym rodzice czytają, nie zawsze jest w stanie zrazić czytelnictwem dzieci. Największą przeszkodą jest często komputer i telewizja.

    A może do czytelnictwa trzeba dorosnąć? Wrogiem czytania jest też na pewno przymus. Może rzeczywiście przynajmniej w szkole podstawowej powinniśmy zrezygnować z listy lektur, może rzeczywiście nauczyciel powinien czytać fragmenty książek na lekcji, może przynajmniej w ten sposób u niektórych uczniów rozbudzi się ciekawość co było dalej i sięgną wtedy po książkę samodzielnie.

    Przepraszam, że piszę tak chaotycznie, że nie potrafię ubrać w słowa swoich myśli tak dobrze jak Ty to potrafisz, ale chciałam zaznaczyć, że ten problem i mnie nurtuje i mnie dotyczy - chociażby jako matki dwójki dorastających dzieci, które chciałabym zarazić "chorobą czytelniczą".

    A ostatnia część dotycząca 10 praw czytelnika jest wprost fenomenalna. Zresztą to właśnie od tej części zaczęłam spotkanie z tą książką. Muszę znaleźć czas i ją dokończyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. najtrudniej mis ię pogodzić z tym, że światy czytających i nieczytających tak się od siebie oddalają. Z powodu takiej, a nie innej sytuacji, która naprawdę nie wspiera nawyku czytania, zanika wspólny język, wspólny kod kulturowy. Podobnie jak Halinka miałam nadzieję, że jako matka czytająca nie będę miała problemu ze swoimi dziećmi. Niestety... Są przy tym bystrzy, tylko nie wiedzą, "o czym mówię, kiedy mówię o" czytaniu :)

      Usuń
    2. To rzeczywiście jest przykre i trudno się z tym pogodzić; moja znajoma wykładowczyni, w której domu książka i czytanie były przecież na porządku dziennym, też mi kiedyś opowiadała, że jej syn przez długi czas czytać nie chciał; dopiero bodajże w gimnazjum zaraził się "Harrym Potterem" - i to go jakoś rozbudziło czytelniczo.
      Ja się nauczyłam nawet doceniać Coelho: jedna z moich licealistek, "mało czytelnicza", nagle zapałała miłością do tego autora i zaczęła pochłaniać. Mam o Coelho złe zdanie, ale lepszy Coelho niż nic, więc się naprawdę ucieszyłam.

      Usuń
    3. Dziękuję, bardzo mi miło, że czytanie tego sprawiło Ci przyjemność :)
      O nowej reformie mam bardzo złe zdanie - z roku na rok coraz gorsze. Już sam pomysł z kluczem odpowiedzi mnie przeraża; w ogóle nowa pisemna matura z polskiego to coś, w czym nie widzę prawa do własnej wypowiedzi - a matura ustna to w wielu wypadkach kpina.
      Wydaje mi się, że do czytelnictwa trzeba nie tyle dorosnąć, ile przede wszystkim w nie wrosnąć - choć może rzeczywiście istnieje coś takiego jak "wtórne wrośnięcie/dorośnięcie", gdy po okresie buntu (nieczytania) człowiek powraca do książki. Przyznam, że trudno mi się tu wypowiadać, bo dla mnie książka była zawsze środowiskiem naturalnym i jeśli dojrzewałam/dorastałam, to do konkretnych tematów, autorów i tytułów, nie do samego czytania.

      Lista lektur ciągle mi sprawia problemy, nie mam pojęcia, jak ją ugryźć.
      Masz jakieś metody "zarażania czytaniem" swoich dzieci? Może zebrać wiele propozycji takich metod od różnych osób i próbować każdej po kolei?

      Tak, dziesięć praw czytelnika jest cudownych, zostawiłam je sobie na deser. Myślę, że warto Pennaca dokończyć/przeczytać, choćby po to, by się zastanowić, na ile można się z nim zgodzić, a na ile nie.

      Usuń
    4. Może masz rację z tym dorastaniem/wrastaniem w czytanie. Podobnie jak dla Ciebie książka od wczesnego dzieciństwa była tym co mi towarzyszyło na co dzień. Zanim zaczęłam czytać sama uwielbiałam jak mi czytano. A przede wszystkim na mojej pasji czytelniczej zaważyło chyba to, że właściwie wszyscy moi najbliżsi czytali i książki w naszym domu i w domu moich dziadków, gdzie się wychowywałam, leżały dosłownie wszędzie. Więc sama nie wiem nawet jak to się stało, że pokochałam je miłością dozgonną i nieprzemijającą.

      Z moimi dziećmi jeszcze nie jest najgorzej, mam taką nadzieję. Książka jest dla nich prezentem, z którego naprawdę się cieszą, ale wolą jak ja im czytam niż czytać samemu. Może jestem zbyt niecierpliwa, może od razu oczekuję zbyt wiele. Trudno jest znaleźć złoty środek. Mam jednak wciąż nadzieję, że to iż widzą mnie codziennie z książką w ręku, patrzą jak wykorzystuję każdą chwilę na czytanie i oni kiedyś zapragną tak bardzo głęboko zanurzyć w świecie literatury, że bez książki nie będą mogli żyć.

      Usuń