„Kiedy odnalazła swój własny rytm lekturowy, nieustanna potrzeba czytania przestała ją dziwić...”



Pierwszy raz natknęłam się na Czytelniczkę znakomitą Alana Bennetta, gdy po wrzuceniu w Google hasła „książki o książkach” znalazłam jakąś stronę z dziesiątkami proponowanych pozycji. Tytuł przykuwał uwagę, więc przeczytałam parę recenzji na blogach i nie mogłam się doczekać, kiedy dostanę w ręce własny egzemplarz Bennetta.

Czytelniczkę czytało się naprawdę przemiło, niemal znakomicie właśnie. Ubawił mnie początek – zakłopotanie i wściekłość prezydenta Francji, gdy królowa kieruje rozmowę na Jeana Geneta (o którym niedawno czytałam ciekawy artykuł w „Wyborczej”, więc z całych sił kibicowałam królowej w dalszym drażnieniu francuskiego prezydenta osobą niekonwencjonalnego – jak i sama tytułowa czytelniczka – pisarza) – chociaż jednocześnie ta otwierająca powieść scena jest wyjątkowo przykrym obnażeniem co najmniej trzech spraw (które powracają wielokrotnie w dalszej części historii): po pierwsze, kwestie etykiety, dyplomacji etc. przygniatają nawet literaturę, o której powinno się móc rozmawiać ponad wszelkimi protokołami dyplomatycznymi; po drugie, mimo że w założeniu ci, którzy są u władzy, powinni prezentować sobą coś więcej (nie myślę już o polskim podwórku, na polskim podwórku władzy jest dobrze, jeśli odróżniają powstanie listopadowe od warszawskiego), wcale nie mają, nie czują lub nie zdradzają potrzeby rozmawiania o sprawach kultury i sztuki, jeśli wykracza to poza utarte frazesy, protokół czy ostatnią modę (jednym słowem, posiadanie własnego zdania na temat literatury jest niebezpieczne, bo albo się podpadnie protokołowi, albo się wprawi w zakłopotanie innych, którzy nie wiedzieli, że na to spotkanie należy wdziać nie tylko suknię/krawat w odpowiednim kolorze, lecz i parę własnych poglądów na książki, albo wreszcie – w najlepszym wypadku – wyjdzie się na nieszkodliwego wariata, który zamiast rozmawiać o sprawach istotnych – chce rozmawiać o przeczytanej książce. No nie, naprawdę, dorośli, poważni i logiczni ludzie nie rozmawiają o dziecinadach w rodzaju tego, że Balzac cię uwodzi, a Proust pozostawia niesamowicie silne wrażenie, aż później budujesz zdania niemal równie długie, jak jego własne). Po trzecie, w akcie czytania jest coś wysoce podejrzanego – to albo marnowanie czasu, albo w najlepszym razie jego nieszkodliwe (do pewnego momentu) trwonienie, albo budząca mniej czy bardziej wyrozumiały uśmiech pobłażania rozrywka zabijająca czas, albo wreszcie – czyn wywrotowy. Podobało mi się to, że królowa z każdą kolejną przeczytaną książką stawała się coraz groźniejszym i bardziej wywrotowym „elementem czytelniczym”.
Zresztą wszystko, co napisałam odnośnie władzy, równie dobrze można odnieść do wszelkiego rodzaju celebrytów i tak zwanych „wyższych sfer” czy „elit”, których całą wyższość bądź elitarność stanowi fakt, że mają pieniądze i/lub są znani z tego, że są znani (uwielbiam tę definicję celebryty autorstwa Boorstina). To nie czytanie jest modne. To mówienie o czytaniu jest modne, natomiast samo czytanie jest... no, mało efektowne. Pomijając czasopisma poświęcone literaturze i/lub kulturze, czy napotkałyście w jakimś wywiadzie (w „Pani”, „Elle”, „Gali”, „Cosmopolitanie” czy innej gazecie) fragment, w którym dziennikarz/dziennikarka pyta o ulubione książki, ukochanych pisarzy etc., a osoba „wywiadowana” odpowiada na przykład: „Uwielbiam X, zatapiam się w jego/jej opisach, psychika postaci jest przedstawiona tak, że potem moi bliscy wydają mi się kiepsko scharakteryzowani, a ich wybory słabo umotywowane, a styl V zostaje mi w głowie tak długo, że później zaczynam mówić/pisać/myśleć podobnymi konstrukcjami, a w przerwach między kolejnymi scenami serialu podczytuję na kolanie nie skrypt, tylko najnowszą powieść Y, całą książkę mam pozaginaną na rogach, bo zwykle nie mam przy sobie ołówka, by zaznaczyć świetny fragment albo miejsce, w którym akurat skończyłam czytać”? Napotkałyście? Bo ja nie. I mam takie mało przyjemne wrażenie, że nawet gdyby bohater/-ka wywiadu coś takiego powiedział/-a, to redakcja zaleciłaby usunięcie tego fragmentu, rozbudowanie zaś takiego, który dotyczyłby na przykład najnowszego romansu. Przeżytego, nie przeczytanego. Bo ten przeczytany każdy sobie może przeczytać w jakiejkolwiek bibliotece, a ten przeżyty ma być przeczytany właśnie w naszej gazecie. (Jeśli gdzieś jest wywiad obalający moje ponure dowodzenie, uwielbię za jego wskazanie).
Oczywiście, w którymś momencie popadam w schemat (wygodny i często przyjemny) podziału na „nas czytających” i na „nich nieczytających” (do „nich” można wrzucić każdego, kogo się nie lubi – ja nie lubię polityków, więc radośnie i uparcie wrzucam ich do wszelkich worków z obrzydliwościami. Wrzucam hurtem, po prostu ci mniej nielubiani są bardziej na wierzchu, a ci znienawidzeni – na samym spodzie, zatopieniu w paskudztwach i jeszcze przygniecieni godnymi siebie koleżkami) oraz wszystkiego, co się z tym schematem wiąże. Schemat taki skądś się jednak bierze i czemuś zawdzięcza swoją funkcjonalność – więc choć nie wiem, na ile realny jest obraz czytelniczej postawy sfer rządzących, który opisuje Bennett, zakładam, że ma on jakieś swoje podstawy w rzeczywistości pozapowieściowej.

Wracając do samej powieści – czytelnicza droga królowej ujmowała mnie, a przy tym czułam na zmianę satysfakcję (bo ja to już czytałam, bo ja to już znam, bo ja już ten etap przeszłam, bo ja mam już dojrzalszy, bardziej wyrobiony sąd i większą erudycję – przynajmniej mam taką nadzieję), ulgę (bo zaczęłam wcześniej, bo jestem młodsza, więc mam przed sobą więcej czasu, bo mam wykształcenie, dzięki któremu czyta się jeszcze ciekawie, głębiej czy bardziej świadomie – przynajmniej w założeniu) oraz stymulację (bo tego nie znam, bo to też planuję przeczytać, bo z tym też się zmagałam, chyba podejdę jeszcze raz).
(Na marginesie, po Czytelniczce znakomitej widać, jak bardzo nie warto być królową. Trzeba naprawdę wiele cierpliwości i wyrozumiałości, by nie pourywać łbów wszystkim sekretarzom, premierom, ministrom i pozostałym, którzy „w interesie państwa” wtrącają się w czyjeś czytanie).
Podobało mi się też dojrzewanie – dzięki czytaniu – człowieka w królowej: zauważenie pewnych spraw, pewnych ludzi, wzrost wrażliwości, wyjście z tego egotyzmu „królewskiego urodzenia” (którego Bennett nie nazywa, nie wskazuje i nie krytykuje wprost, ale pozwala całkiem łatwo o nim wywnioskować). Wciąż wprawdzie pozostaje w królowej coś „monarszo antypatycznego”, lecz jest to znacznie mniej antypatyczne niż wcześniej, nim angielska władczyni zaczęła czytać.

Zakończenie było świetne – przewrotne, zaskakujące i trochę złośliwe, choć przy tym również nieco smutne. Bo jednak okazuje się, że nie – nie da się pogodzić władzy i czytania, obracania się w pewnych kręgach i czytania, zajmowania pewnej pozycji, wykonywania pewnych obowiązków – i czytania. Nie da się pogodzić nie z powodu własnej złej woli, lenistwa czy nieumiejętności zarządzania czasem i efektywnego połączenia jednego z drugim; nie da się pogodzić dlatego, że dla innych, dla tych nieczytających, mało czytających lub niezaczytanych do utraty tchu, dla tych innych czytanie będzie elementem wątpliwym, problematycznym czy wręcz dysfunkcyjnym. W takim układzie wybór królowej jest wyborem nie tyle, czy nie tylko, czytania, ile – lecz – wyborem samej siebie, siebie jako człowieka o konkretnych upodobaniach i potrzebach życiowych, ponad sobą jako królową. A czytanie prowadzi nie tylko do odkrycia tej siebie samej, tego człowieka, w stanowisku, urodzeniu, funkcji czy roli, lecz także do znalezienia w sobie odwagi, by wywalczyć dla tej siebie samej potrzebną do życia przestrzeń. I do umiejętności świadomego, przemyślanego odrzucenia rzeczy zbędnych, a zatrzymania ważnych – ważnych dla siebie, nie dla innych.
Królowa wybiera czytanie, więc wybiera siebie jako czytelniczkę, więc wybiera siebie jako człowieka, wywalcza sobie własną przestrzeń, określoną i zakreśloną samodzielnie, zgodnie ze swoimi potrzebami. Może i wygląda to idealistycznie – może i jest to idealistyczne – ale do mnie przemawia.

Czytelniczka znakomita ma wprawdzie swoje wady – przede wszystkim skrzywiłam się przy fragmencie, gdy królowa po śmierci księżnej Diany „zapisała w swoim notatniku prawdziwą wersję tego wydarzenia”. Wiele „prawdziwych wersji wydarzeń” trochę mi wykrzywia usta, w ogóle odpychająco działają na mnie wszelkie „jedyne prawdziwe, bo nasze/dla nas wygodne, a jak się nie zgadzacie, to wyzwiemy was od zdrajców narodu” wersje, to raz; dwa, wokół akurat tej historii było tyle smrodu, a na rodzinę królewską padło tyle ponurych podejrzeń, że uwaga o „prawdziwej wersji” wydała mi się przymilnym ukłonem w stronę pałacu Buckingham. Poza tym skrzywiłam się, gdy były amanuensis królowej pojawił się jako kelner na odwiedzanym przez nią uniwersytecie. Stwierdzenie rektora, że „obsługiwanie tak dostojnych gości będzie dla studentów wyróżnieniem” i wartościowym „doświadczeniem”, zdecydowanie do mnie nie przemówiło. Podawanie obiadu jako wyróżnienie i doświadczenie, doprawdy... Nie, nie czułabym się ani wyróżniona, ani doświadczona, gdyby wybrano mnie do podawania posiłku, koktajlu czy herbaty Proustowi, Jamesowi albo Jansson. Wyróżniona i doświadczona poczułabym się, gdybym w tym obiedzie brała udział jako gość, a nie kelnerka, i zamiast serwować artyście drinka, mogła z tym artystą porozmawiać. Poza tym na samym początku miałam wrażenie, że fabuła trochę za szybko i za łatwo pędzi – ledwo królowa wchodzi do biblioteki, już się wciąga w czytanie, rach-ciach i sprawa zalatwiona; potem jednak to wrażenie zniknęło, a tempo jak najbardziej mi odpowiadało. I jeszcze jedno – zirytowało mnie niezrozumienie królowej dla Henry’ego Jamesa. Przy fragmencie, w którym monarchini w końcu zaczyna Jamesa cenić, przestaje być rozdrażniona jego „dywagacjami” (przepraszam, słucham, czym?) i stwierdza, że „akcji nie trzeba przecież prowadzić prosto jak strzelił”, dopisałam na marginesie: „no wreszcie!...”. No wreszcie przestała się czepiać mojego Jamesa.
Jednak te wady gdzieś umykają, zacierają się, pozwalają się nie zauważyć, zapomnieć lub wybaczyć – a pozostaje to, co najważniejsze: dzieje czytelniczej miłości.

Szybko się tę powieść pochłania; była w sam raz na spokojny wieczór, gdy chciałam się rozsmakować historią o czytaniu, ogólnie zabawną, ale z elementem powagi, napisaną dobrym stylem i wypełnioną autorami, których czytałam, czytam lub chcę przeczytać. W zasadzie Czytelniczka znakomita jest dosyć lekka i można by wręcz powiedzieć, że to takie bardzo dobrze napisane czytadło o czytaniu, czytadło dla nałogowych czytelników – a jednak słowo „czytadło” nie jest w pełni sprawiedliwe. Raczej – romans o czytaniu. Nie romansidło, lecz właśnie romans – ognisty romans o czytaniu. Podejrzewam, że za jakiś czas powtórzę go sobie, być może więcej niż raz.

Pomijając na moment walory literackie, już na dzień dobry ujęło mnie wydanie: jasny, gruby papier (świetnie się na nim zaznacza podkreśla i notuje na marginesach) i twarda, gruba okładka, która wręcz troskliwie obejmuje kartki (również dzięki temu, że jest od tych kartek dłuższa, więc papier nie ociera się o powierzchnię, na której książka stoi); lubię zaokrąglone grzbiety oraz taki sposób łączenia z nimi okładek, by po otwarciu książki i przy przewracaniu kolejnych kartek grzbiety owe nie zostały nadłamane. Przede wszystkim za fenomenalny uważam pomysł na okładkę: ta „właściwa” okładka, niebieska, i wystające zza niej palce w rękawiczkach oraz część kapelusza – zupełnie jakby się podejrzało królową podczas czytania. Ponieważ rękawiczki i kapelusz są białe, tak jak tło za nimi, w pierwszej chwili w oczy rzuca się „okładka właściwa”, dopiero potem widać „okładkowy dowcip”. Ponadto miło się trzyma ten tom w ręku – szkoda tylko, że zapach papieru jest słaby i stłumiony, ale wybaczam, bo sam papier w dotyku okazuje się apetyczny, no i świetnie się po nim pisze. Podobają mi się też delikatne ozdobniki przy pierwszej literze słowa rozpoczynającego kolejny rozdział – choć przyznam, że gdy podczas pisania tego postu przeglądałam Czytelniczkę i trafiłam na jeden z owych ozdobników, w pierwszej chwili pomyślałam: „Czemu ja tu tak pobazgrałam ołówkiem?”.

Wracając do walorów literackich: zdecydowanie warto było spędzić wieczór z Czytelniczką – i warto było zdobyć ją na własność, bo dzięki temu mogę powracać do podkreślonych fragmentów. Bennett ma nie tylko lekki, płynny i wciągający w historię styl, lecz potrafi też formułować takie uwagi na temat książek, czytania i pisania, które chce się podkreślić, przytoczyć, znów przeczytać (nawet jeżeli niektóre są/wydają się banalne czy wtórne). Parę moich ulubionych:

Każda książka wiedzie ku innej książce.
Czytanie jest nieuporządkowane, nielinearne i niezmiernie nęcące. Streszczenie podsumowuje pewien temat, lektura go otwiera.
[...] kiedy odnalazła swój własny rytm lekturowy, nieustanna potrzeba czytania przestała ją dziwić, a książki, do których przekonywała się tak ostrożnie, stopniowo stały się jej żywiołem.
Na widok całego szeregu książek w niebieskich i różowych okładkach, ustawionego na swoim biurku, królowa pomyślała, że wyglądają niezwykle apetycznie, całkiem jak z wystawy francuskiej cukierni.
Chodzi o własny głos, [...] o wyrazisty styl, [...] znany i rozpoznawany prze całe audytorium [...].
[...] czytanie można porównać między innymi do mięśnia – muskuł ten najwyraźniej sobie wyrobiła. Dziś potrafiła czytać tę powieść bez wysiłku i z dużą przyjemnością, śmiejąc się z uwag [...], których wcześniej nawet nie zauważyła.
Życia nie można włożyć między książki. Trzeba je tam znaleźć.
– Ponad literaturą? – zdziwiła się królowa. – A któż jest ponad nią? Równie dobrze mógłby pan, panie premierze, powiedzieć, że jestem ponad człowieczeństwem.

Plus uwaga z posłowia tłumaczki:

„Owszem, książki są demokratyczne, czytać je może każdy, nie z każdym jednak można o nich porozmawiać”.

Cieszę się, że mam z kim o nich porozmawiać.

(Zupełnie z innej beczki: miło było przez święta ignorować istnienie Internetu, komputera i telefonu. Doceniają to moje oczy, mój kręgosłup i mój mózg. Po chwili wytchnienia o wiele przyjemniej się do tego wszystkiego wraca).
 


Cytaty za: Alan Bennett, Czytelniczka znakomita. Przekł. Ewa Rajewska. Poznań 2009.

Podziel się tym:

Comments

10 komentarze:

  1. Wspaniała osobista relacja. Otwierająca lektura:) Naprawdę, przeczytałam z przyjemnością. Pewnie także dlatego, że ostatnio sama dużo myślę o czytaniu. Poruszyłaś wiele ważnych kwestii. Też czasami zastanawiam się, czy moje podejście nie staje się zbyt radykalne i czy nie wywyższam się, tylko dlatego, że mam wpojony nawyk czytania. Być może tacy jak my mieliśmy po prostu więcej szczęścia w dzieciństwie, kiedy łapie się bakcyla czytania.
    Zabieram też ze sobą do domu zdanie "Życia nie można włożyć między książki. Trzeba je tam znaleźć."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, bardzo mi z tego powodu miło :)
      Mam wrażenie, że na takie ryzyko wywyższania się - czy może "wywyższania się", bo nie jestem pewna, czy cudzysłów nie byłby tu usprawiedliwiony - jest się narażonym. Z drugiej strony nie mam nic przeciwko takiej formie snobizmu - zdecydowanie przemawia ona do mnie bardziej i jest bardziej uzasadniona, niż snobowanie z powodu markowych ciuchów/sprzętów albo znajomości ze znanymi osobami.
      Też mi się ten cytat podoba. Sprzeciwia się potocznemu myśleniu o czytelnikach jako o ludziach oderwanych od rzeczywistości.

      Usuń
  2. Mnie też się bardzo podobała ta książka. Szkoda tylko, że tyle powieści, z ktorymi zaznajamia się bohaterka jest u nas nie przetłumaczonych. A mam ochotę nieraz skonfrontować opinie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie taki smutek (nieprzetłumaczone lub niedostępne) napadał przy czytaniu Fadiman; ale zgadzam się, i tu się odczuwa podobny żal.
      Ale marudzenia na Jamesa królowej nie wybaczę!

      Usuń
  3. Mogę tylko żałować bardzo, że tej książki akurat nie mam, ale może uda mi się ją zdobyć w przyszłym roku:), jak wiesz, mam plan niekupowania do zrealizowania:).
    Wreszcie ktoś mi pięknie napisał, o czym jest ta książka, a czytając liczne recenzje, miałam zupełnie inne wyobrażenie. Wcześniej myślałam, że nie muszę jej mieć, teraz jestem przekonana, że musi się koniecznie znaleźć u mnie na półce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bibliopatka30 grudnia 2012 13:09

      No tak, musisz ten plan niekupowania zrealizować ;) Zdobycie "Czytelniczki" polecam, myślę, że miło się będzie do niej powracać, a nawet tylko czasem zdjąć z półki i przekartkować.
      Cieszę się, że mój post Ci się przydał i pomógł podjąć decyzję. Popieram kupienie Bennetta, romanse o czytaniu są warte tego, by je mieć na własność.

      Usuń
  4. Cudowna naprawdę. Czytałam ją z przyjemnością! ;) Gratuluję tak odmiennego i wyczerpującego poglądu na temat tej książki. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też czytałam ją z przyjemnością - dała się smakowicie pożreć.
      Dziękuję, cieszę się, że dobrze Ci się czytało moje uwagi :)

      Usuń
  5. Bibliopatko, świetna, genialna recenzja !!
    Miałam nadzieję, że będziesz chciała dowiedzieć się w jaki sposób oberwało się H. Jamesowi :))
    Ja też chyba muszę zaopatrzyć się we własny egzemplarz, bo gdy pisałaś o tych notatkach na marginesach to przypomniałam sobie, że też miałam na to ochotę, ale mój egzemplarz był z biblioteki :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :D
      Zdecydowanie musiałam sprawdzić, kto i dlaczego krzywdzi jednego z moich ulubionych pisarzy! Cieszę się, że królowa w końcu jednak doceniła tego najbardziej angielskiego z amerykańskich twórców.
      Oj tak, własny egzemplarz jest tu najlepszym rozwiązaniem - tak się przyjemnie zaznacza i podkreśla celne zdania o książkach i czytaniu.

      Usuń