Zasada jedna – trzy – pięć



Wymyśliłam sobie niedawno zasadę „jedna – trzy – pięć”, która ma mi pomóc uporządkować kwestię znajomości/nieznajomości danych autorów oraz problem proporcji. Zasada wygląda następująco:



–) jedna: muszę przeczytać jedną książkę danego autora, żeby w ogóle mieć pojęcie (takie czytelniczodoświadczalne) jego istnienia i nie znajdować się w sytuacji kompletnej nieznajomości czyjejś twórczości;
–) trzy: żeby móc uznać, że miałam z danym autorem kontakt poważniejszy, wykraczający poza jednorazowe, jednotytułowe czytanie, powinnam przeczytać jego trzy książki;
–) pięć: żeby móc określić znajomość twórczości danego autora jako dość wiarygodną i zdecydowanie powiedzieć, że pisarz ów podoba mi się lub nie podoba, powinnam przeczytać pięć jego książek.

Zasada ta nie jest oczywiście sztywna, uniwersalna, a co najważniejsze – zupełnie miarodajna. Pierwsza sprawa: książka książce nierówna. Przy Prouście na przykład znajomość całego W poszukiwaniu straconego czasu liczyłabym jako spełnienie warunków „pięć”, bo to jednak siedem potężnych tomów (choć, niestety, każdy kolejny jest chudszy), pisanych i poprawianych przez lata, pod pewnymi względami różniących się od siebie. Przy Sienkiewiczu z kolej (ależ zestawiłam, wybacz, Prouście) nie liczyłabym osobno poszczególnych tomów choćby Potopu czy Quo vadis, tylko traktowała każdą powieść jako jedną pozycję do policzenia według mojej zasady. Jestem chyba niekonsekwentna, ale trudno, działam tu nieco intuicyjnie.
Druga sprawa: przy autorach, którzy odrzucają po pierwszym utworze, nierzadko trudno się przełamać i zrobić drugie podejście. Zasada „jedna – trzy – pięć” to dobra zachęta do dania pisarzowi kolejnej szansy, ale też nie ma sensu katować się na siłę – więc powiedzmy, że z autora, który za pierwszym razem mi się nie spodobał, spróbuję przeczytać jeszcze jedną książkę, a jeśli i ona nie przypadnie mi do gustu – dam sobie z czystym sumieniem spokój (w związku z tym planuję niedługo przeczytać najnowszą powieść Masłowskiej – jeśli wrażenia okażą się co najmniej w połowie takie, jak po Wojnie, to bez wahania będę się w przyszłości odganiać od tej autorki rękami, nogami i czym tylko się da).
Trzecia sprawa: przy niektórych pisarzach już po pierwszej książce można zdecydowanie oświadczyć, że się ich kocha, ubóstwia i wielbi nad życie; rzecz w tym, że trochę dziwnie wygląda sytuacja, gdy po deklaracji „kocham tego autora!” i pytaniu „a co z niego czytałaś?” pada odpowiedź: „a tę jedna książkę”. Zasada „jedna – trzy – pięć” jest zatem po prostu takim memento, by uzupełniać i pogłębiać znajomość danego pisarza oraz doczytywać kolejne teksty. Poza tym to dobry system przy leczeniu „wielkich czytelniczych kompleksów ciągłego niedoczytania”: jeżeli w przypadku konkretnego autora znam jedną jego książkę, to już się wstępnie z tym autorem zapoznałam, więc nie jest ze mną tak źle; jeżeli znam trzy książki, to jakoś się orientuję w jego twórczości i nie muszę się czuć aż tak niedoczytana; jeżeli znam pięć książek, to znaczy, że moja orientacja jest całkiem przyzwoita i mogę wyrażać sądy oparte na szerszej znajomości materiału.
Rzecz jasna, dotarcie do członu „pięć” w żaden sposób ani nie przeszkadza, ani nie zwalnia mnie z tego, by czytać dalej, jeżeli tylko pisarz mi się podoba; za to daje pewne uczucie osadzenia w temacie i możliwości wypowiadania się bez uczucia, że się nie wie, co się mówi; bo i zupełnie inaczej się dyskutuje lub myśli o danym autorze, gdy na czyjeś: „a czytałaś to, to, to i to?” odpowiada się: „a nieee, ja czytałam tylko to...” – inaczej zaś, gdy się odpowiada: „nie, za to czytałam to, to, to, to i to”. Do tego mam wrażenie, że gdy nie czytałam nic z jakiegoś autora albo czytałam tylko jedną książkę, jestem odbierana (czy przez innych, czy przez samą siebie) jako „ta, która NIE czytała autora X”, z dodatkiem między wierszami: „i pewnie nigdy NIE przeczyta”; Gdy zaś znam z niego kilka pozycji, nawet nie tych najgłośniejszych, kanonicznych etc., odbierana jestem jako „ta, która CZYTA autora X”, czyli „ta, która znajduje się w czytelniczym continuum”, z dodatkiem: „i w którymś momencie przeczyta również ten jego wyjątkowo głośny tekst” (też tak macie?).

W ramach krótkiej prezentacji zasady jedna – trzy – pięć:
–) Nabokov: czytałam Lolitę, Maszeńkę, Czarodzieja, Przezroczyste przedmioty, ostatnio uzupełniłam to Śmiechem w ciemności. Jest pięć. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że ogromnie lubię Nabokova;
–) Márquez: czytałam Sto lat samotności (dwukrotnie i wiem, że będę do nich powracać) oraz Opowieść rozbitka; teraz czytam Niewiarygodną i smutną historię niewinnej Erendiry i jej niegodziwej babki, w planach „do pięciu” mam jeszcze Generała w labiryncie, Jesień patriarchy, Szarańczę i Raport z pewnego porwania (do wyboru). Gdy dotrę do pięciu tytułów, z czystym sumieniem będę domagać się na święta prezentu w postaci innych powieści/zbiorów opowiadań Márqueza;
–) Virginia Woolf: czytałam Panią Dalloway i Własny pokój; chcę się zabrać za jej inne powieści i opowiadania;
–) Llosa – nie czytałam nic. Zamówiłam sobie właśnie Listy do młodego pisarza, w domu czeka Miasto i psy;
–) Cortázar – dwa albo trzy razy zaczynałam Grę w klasy i ciągle coś mi przerywało (w tym dezorientacja numeryczna, muszę zapytać o to Ajka, bo mój egzemplarz ma chyba błędy); Gra mi się zdecydowanie podobała, ale co z tego, skoro ciągle urywałam po dłuższym lub krótszym kawałku? Do poznania Cortázara w ramach zasady „jedna – trzy – pięć” pójdą następujące tytuły: Gra w klasy, Dla wszystkich ten sam ogień, Tango raz jeszcze, Ostatnia runda, Książka dla Manuela;
–) Eco: z powieści czytałam tylko Imię róży; z prac naukowych, esejów i felietonów – Drugie zapiski na pudełku od zapałek i O bibliotece; teraz na przeczytanie czekają Nie myśl, że książki znikną, Diariusz najmniejszy, Wyznania młodego pisarza, Sześć przechadzek po lesie fikcji, Dzieło otwarte i Szaleństwo katalogowania; za powieści wezmę się później;
–) Margaret Atwood: czytałam Dzikość życia i Penelopiadę, przewertowałam Opowieść podręcznej (bo się jej bałam); do nadrobienia później;
–) Capote: czytałam Śniadanie u Tiffany’ego i zbiory opowiadań: Miriam oraz Te ściany są zimne;inne do nadrobienia;
–) Flaubert: czytałam Panią Bovary (kilka razy), Szkołę uczuć i Trzy opowieści; chciałabym przeczytać Salambo oraz Bouvard i Pecuchet;
–) BrontëDziwne losy Jane Eyre Charlotte Brontë oraz Wichrowe Wzgórza Emily Brontë, a przecież mam też inne powieści Charlotte i Ann na półce;
–) Jane Austen: czytałam Emmę (moja ulubiona), Dumę i uprzedzenie, Rozważną i romantyczną oraz trzy niedokończone powieści zebrane w tomie Lady Susan; chcę przeczytać w końcu Opactwo Northanger i Perswazje;
–) Dubravka Ugrešić: czytałam Czytanie wzbronione (zbiór esejów) i Stefcię Ćwiek w szponach życia („powieść patchworkową);
–) Kundera – czytałam Żart;
–) Dostojewski: czytałam Zbrodnię i karę, Białe noce, Potulną vel Łagodną i Gracza, teraz czytam Idiotę;
–) Mann: czytałam Czarodziejską górę, Buddenbrooków. Dzieje upadku rodziny oraz dwa zbiory opowiadań: Małego pana Friedemanna i Opowiadania; już po Czarodziejskiej górze mogłam z całą pewnością deklarować swoje uwielbienie dla Manna, ale chcę się koniecznie wgryźć i w inne jego powieści;
–) Henry James (moja miłość): czytałam Portret damy (dwukrotnie, też będę powracać), Dom na placu Waszyngtona, Europejczyków, Drzewo wiadomości (zbiór opowiadań), Łgarza (zbiór opowiadań), W kleszczach lęku, Papiery Asperna (też tom opowiadań). Chcę przeczytać przede wszystkim The Golden bowl (kiedyś wypożyczyłam, ale tylko pobieżnie podczytałam, tuż przed oddaniem, bo nie wyrobiłam się czasowo), poza tym i inne powieści, ale do pięciu dotarłam i mogę z czystym sumieniem mówić, że Jamesa kocham;
–) Meyer (przykład pojawiający się w efekcie głupawki): czytałam wszystkie cztery tomy jej Zmierzchu, Drugie życie Bree Tanner oraz Intruza. Reakcja po pierwszej książce: ratunku! Reakcja po trzech: ratunku! Reakcja po pięciu (i szóstej): RATUNKU!!! Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie znoszę Meyer. I że na własnej skórze doświadczyłam poświęcania się dla nauki, bo tylko na potrzeby prowadzonych z moją profesor badań zmusiłam się do przebrnięcia przez tę grafomanię.

Podziel się tym:

Comments

8 komentarze:

  1. Bardzo podoba mi się zasada „jedna – trzy – pięć”. Pozwolisz, ze i ja będę ją stosować i w moim czytelniczym labiryncie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Siostry Bronte - czytałam wszystkie powieści Charlotte, i moim zdaniem Jane Eyre >>>> Vilette >>>>>> Shirley >>>>>>>> Profesor (chociaż być może Profesor wygrywa krótkością, bo Shirley strasznie się wlecze / plącze. Do Anne się jakoś nie mogłam zabrać. I żałowałam zawsze, że Emily nie napisała żadnej więcej powieści, choćby, żeby porównać ze Wzgórzami ;)

    Atwood - mam z nią taką love/hate relationship... Myślę, że warto przeczytać Wynurzanie i Panią Wyrocznię z tych wczesnych, a nie tykać absolutnie Życia przed mężczyzną.

    Eco najbardziej lubiłam Wahadło Foucaulta ;D

    A czytałaś coś Alice Munro? To kanadyjska autorka wyłącznie opowiadań, którą kilka lat temu zaczęli wydawać w Polsce (pisze od lat 50. ubiegłego wieku;)) - naprawdę polecam, bardzo warto.

    OdpowiedzUsuń
  3. Imani, jasne, miłego i udanego stosowania! :)

    Girl, "Vilette" mam - czeka na przeczytanie; pozostałe dwie też bym chciała dorwać, choć to już może w oryginale. Z Ann mam "Agnes Grey" - i też żałuję, że Emily niczego więcej nie napisała, bo "Wzgórza", jakkolwiek mnie denerwowały w wielu miejscach, zdecydowanie były wciągające.
    Zapamiętam podpowiedzi co do Atwood :)
    Czytałam recenzję "Za kogo ty się uważasz" Munro i artykuł o niej - wydała mi się ciekawa, więc będę miała w pamięci zapoznanie się z nią, dzięki za polecenie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeszcze a propos Atwood, ludziom z reguły się podoba (z tych nowszych) Kocie oko, Zbójnicka narzeczona i Ślepy zabójca, ale z tych czytałam tylko tę pierwszą i trochę zbyt wtórna wg mnie. Bardziej mi podeszły Oryks i derkacz i Rok potopu - ale to takie trochę sci-fi, trochę dystopia z ekologicznym/anty-globalizacyjnym podtekstem. (Opowieść podręcznej jest dla mnie ciekawsza jako koncept niż jako jego efekt końcowy ;))

    Ten zestaw Munro, który ukazał się w Polsce, jest... trochę dziwny - wyszły książki wydane od roku bodajże 2000 (Uciekinierka, Kocha lubi szanuje, Za dużo szczęścia i autobiograficzno-wspomnieniowy Widok z Castle Rock), po czym nagle BAM i Za kogo ty się uważasz, z roku 1978! ZKTSU jest bardzo inne od tych pozostałych, z oczywistych względów (20 lat pomiędzy publikacją ZKTSU i Kocha...), ale także dlatego, że jest najbardziej zbliżony do powieści (chociaż nią nie jest).

    OdpowiedzUsuń
  5. Co to jest Dzikość życia Atwood? Ja b. lubię Atwood opowiadania i pamiętam bardzo dobrze Zbójecką narzeczoną :]

    Zastanawiałaś się nad założeniem goodreads? Moją czytelniczą obsesję znakomicie karmi i pomaga mi pamiętać co "mam przeczytać" i czego chcę regularnie szukać w netowych antykwariatach chociażby :) A chętnie bym śledziła co czytasz i jak Ci się podoba!

    (Novin_ha, openid nie chce mi zadziałać...)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki, dzięki, Girl, od razu mam jaśniejszy obraz Atwood :)
    Może gdy będę się brała za Munro, zacznę chronologicznie? Albo od czegoś nowszego na sam początek, żeby poczuć Munro obecną, a potem pójdę w jej początki.

    Nelly, "Dzikość życia" to zbiór opowiadań (tytuł oryginalny zbioru: "Wilderness tips"), wydany u nas w roku 2000 w serii Kameleon. Może to dowolnie wybrane przez wydawnictwo opowiadania z różnych tomów?
    Mam konto na GR - tylko nie pamiętam do niego hasła... Ale gdzieś mam zapisane, znajdę. Natomiast dzisiaj założyłam sobie konto na Lubimy czytać - odpowiada mi o tyle bardziej, że więcej tam wydań polskojęzycznych; już wrzuciłam do jednej z bocznych ramek te sympatyczne "podglądy" tego, czo czytam i chcę przeczytać. Fakt, wygodne to jest i przydatne :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Chętnie bym dodała Cię zatem na Lubimy czytać, ALE jeśli założyłabym tam konto, to prawdopodobnie już nigdy nic bym nie zrobiła przydatnego ;)

    Tłumaczenie tytułu.. eee, specyficzne. Nawet zapytałam Girl, czy to może jest to, ale nie dowierzałam :D Akurat WT nie czytałam, to jeden z ostatnich zbiorów Atwood, których nie znam...

    Ja czytałam prawie wszystko Munro (poza najnowszą) i w zasadzie <333 (są pojedyncze opowiadania, które mi nie odpowiadały, ale ogólnie... <3).

    Lubię dość sobie "doczytywać" więcej autora, którego coś już znam :) Teraz w planach mam coś jeszcze Michaela Chabona (czytałam Werewolves in their youth, Yiddish Policemen's Union i The Final Solution, w kolejce - Amazing Adventures of Kavalier & Clay), Irvine'a Welsha (Trainspotting - porażka, nie podobało mi się - Marabou Stork Nightmares - świetne, Ecstasy - fajne, The Acid House - fajne, a w kolejce mam Filth, które kupiłam daawno temu i nie mogę się zabrać i zbiór novelli If You Liked School You'll Love Work, kupiony bo tani i taki fajny tytuł i okładka! :D)... no i Toni Morrison.

    N.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zobaczę, jak mi się wróci na GR - w każdym razie te moje książki na Lubimy czytać powinny być widoczne i dla niezalogowanych osób.

    Wiem, też zgłupiałam, aż się zaczęłam zastanawiać, czy moja znajomość angielskiego nagle nie cofnęła się do podstawówki. No nic, liczy się kreatywność translatorska ;) Czytałam ten zbiór jeszcze w liceum, ze dwa razy, i pamiętam, że bardzo mi się podobał. Samo nazwisko autorki niestety wypadło mi na dłuższy czas z głowy.

    Czuję się zachęcona do Munro, dzięki :)

    Też tak lubię robić. A tytuł ostatniej książki jest świetny - wyjątkowo dobrze pasuje mi do mnie samej.

    OdpowiedzUsuń