Powroty, odwroty i braki


Zaniedbałam blog, to smutny fakt. Brakowało mi go, brakowało mi jednak i czasu, i sił – dopiero teraz trochę się z tym czasem lepiej organizuję (z siłami gorzej, choć też lepiej, niż było). Przerwa pozwoliła jednak zauważyć, że trochę tę swoją przestrzeń zabałaganiłam; można to też ująć inaczej: zaczęłam wrzucać wszystko w miejsce, w którym nie chciałam mieć wszystkiego. Lubię uporządkowane, podzielone na działy/tematy miejsca – i po to przecież założyłam blog, by pisać o czymś innym niż to, o czym piszę na żurnalu. Livejournal jest nadal miejscem, w którym prywacę sobie do oporu (w końcu: to punkt zamknięty, ograniczony do pewnego grona, któremu w jakimś stopniu ufam); blog, dochodzę do wniosku, chcę przeznaczyć do tych fragmentów mnie, które są związane z szeroko rozumianą kulturą.
No i jest Pies Miesiąca, z którego to „działu” nie zamierzam rezygnować, w końcu dbanie o własną obsesję na punkcie własnego psa to rzecz wysoce właściwa.
Moje deklaracje powrotów etc. często uroczo obijają sobie pyszczki w zderzeniu z jakże czułymi pięściami codzienności, ale liczę, że obecnie umiem nieco lepiej unikać ciosów albo je odparowywać. Poza tym – za trzy tygodnie kończę jeden z prowadzonych na studiach zaocznych przedmiotów, co też mnie trochę odciąży.

Przeglądałam sobie ostatnio parę(naście) blogów o książkach (przeglądałam, bo o uważniejszym czytaniu nie było jeszcze mowy), przeczytałam parę książek i artykułów o książkach, czytaniu oraz dyskutowaniu na ten temat – i uderzyła mnie myśl, jak bardzo brakuje mi takich książkowych rozmów. Może nawet nie „brakuje”, ale czuję niedosyt. Niedosyt wynika ze mnie samej i ma trochę paradoksalny charakter: na uczelniach mówię przecież o książkach, tyle że jest to głównie mój monolog, nie dialog (szczególnie w przypadku studentów, z którymi mam staropole i których katuję łacińskimi nazwami). Moje spotkania towarzyskie są na razie bardzo ograniczone, a i na nich książka nie dominuje – bo jest naraz tyle rzeczy do powiedzenia i opowiedzenia, że nie da się skupić na jednym temacie. W teatrze robimy teraz co chwila burzę mózgów w związku z przygotowywanym projektem (za to bardzo przyjemnie rozmawia się o książkach z moim dyrektorem – gdy jest czas). Na spotkania literackie/autorskie obecnie nie chodzę – późna jesień i zima to dla mnie z różnych powodów koszmarnie nieatrakcyjny moment na takie wyjścia.
W efekcie: odczuwam brak mówienia o książkach. Do tego sporo przeżyć czytelniczych okazuje się tak intymnych, że trudno mi je wypowiedzieć na głos – paradoksalnie, łatwiej nieraz opisać na kartce/w pliku. Dlatego tak mi się zatęskniło do blogu – żeby się czytelniczo wygadać.
Nie lubię pisać recenzji – choć nie mam oporów przed ich czytaniem; jednak sama nie lubię i nie zamierzam pisać recenzji, to nie moja poetyka; w pisaniu (i czytaniu) o książce najbardziej porusza mnie coś w rodzaju zapisu „impresji czytelniczych”, skojarzeń literacko-kulturowych, emocji czytania – a emocje wzbudzane przez książkę są wyjątkowe (i to już od chwili jej kupienia, a nawet zamówienia czy zdecydowania się na jej zdobycie). Poza tym przy czytaniu niefachowym z reguły znajduję się w sytuacji „podwójnego czytelnika”: bo z jednej strony czytam „niefachowo”, czyli prywatnie, czyli dla przyjemności (choć kto powiedział, że czytanie fachowe nie sprawia przyjemności? Sprawia olbrzymią!), czyli swobodniej, bez konieczności uruchamiania tego wszystkiego, co uruchamiam przy czytaniu fachowym. Ten tak zwany „powrót do pierwszej lektury”, gdy się czyta „po prostu” po to, żeby przeczytać książkę, to coś, co (zdaniem części badaczy) na przykład literaturoznawca pozostawia za sobą, gdy poznaje cały aparat krytycznoliteracki, ale do czego może też powracać, nawet gdy chce „tylko przeczytać” książkę. Z drugiej strony, z racji wykształcenia i pracy, aparat ten ciągle w sobie noszę i moje czytanie tak naprawdę już nigdy nie będzie takie, jakim było przed filologią.
Tyle że kwestia „powrotu do pierwszej lektury” i oddzielenia czytania „z aparatem i bez aparatu” budzi pewne moje zastrzeżenia. Jasne, filolog (w teorii przynajmniej) ma pewne narzędzia, których niefilolog nie ma (lub nie ma w takim stopniu). Te narzędzia nie są jednak wiedzą tajemną ani hermetyczną (hermetyczny bywa tylko język niektórych prac), więc niefilolog spokojnie może się z nimi przynajmniej ogólnie zapoznać. Co najważniejsze, zaś czytelnika-pasjonatę, czytelnika świadomego i czytelnika znawcę tworzą same lektury – literatury pięknej przede wszystkim. Co komu z wykutego na blachę „Słownika terminów literackich” czy „Teorii badań literackich”, jeśli nie zna tekstów? Rozmawiać o książkach chcę z ludźmi, którzy z zamiłowaniem czytają i znają wielu autorów, wiele tytułów, wiele tematyk, którzy mają własne zdanie o poszczególnych pozycjach i są gotowi czymś mnie zafascynować.
Jest jeszcze jedna sprawa: podział na dziedziny w humanistyce jest pod pewnym względem sztuczny – a pod pewnym wręcz zabójczy. Filolog, historyk, filozof, socjolog, pedagog, kulturoznawca – to w którymś punkcie podział bzdurny. Bzdurny, gdy człowiek deklaruje „jestem X” i zakłada przy tym: więc nie muszę się znać ani wiedzieć czegokolwiek na temat Y, Z i V. Żeby nie być gołosłowną: na studiach magisterskich miałam sporą grupkę koleżanek, które na trzecim roku zżymały się na wykład z historii Polski: po co mi wykład z historii, dlaczego mam z tego zaliczenie, przecież ja jestem filologiem, nie muszę znać historii i w ogóle historii nie lubię!
Nie zapytałam wtedy (a żałuję – niestety, byłam za grzeczna i nie umiałam powiedzieć komuś: pieprzysz kretyńskie bzdury), jak tu się porządnie znać na literaturze, jeśli się nie zna chociaż w ogólnym (ale porządnym) zarysie historii. Filozofii. Pewnych elementów kulturoznawstwa, socjologii, pedagogiki, ba – nawet jakieś aspekty ekonomiczne (nie wierzę, że to piszę) by się przydały. Jednym słowem, jak porządnie zrozumieć literaturę, jeśli nie umie się jej oglądać w rozmaitych kontekstach kulturowych?
(Zresztą ludzie nielubiący historii zawsze wydawali mi się podejrzani. Uraz zawdzięczam licealnej pani od biologii, która twierdziła, że nie trzeba wiedzieć, „kiedy żył jakiś tam Kazimierz Wielki”. Właściwie w tej chwili powinnam podać tu godność tej pani, szkołę, w której uczyła i dorzucić rysopis. Ku pamięci potomnych. No i dlatego, że pani, chcąc nie chcąc, też tworzy historię – w moim przypadku historię „jednej z kilku najgorszych nauczycielek, jakie w życiu spotkałam”. Do dziś pozostała dla mnie „tą fałszywą histerycą, która uważa, że nie trzeba znać historii”).
Gdy mówię o sobie: filolog, dodatek brzmi: który ma obowiązek widzieć coś więcej niż filologię. Bo przecież to na przykład, że jestem literaturoznawcą, w żaden sposób nie zwalnia mnie z obowiązku pewnej podstawowej wiedzy dotyczącej gramatyki opisowej, kultury języka oraz gramatyki i historii języka polskiego (nadal świetnie pamiętam sporo rzeczy z gramatyki historycznej, którą kochałam. Dowiedzieć się wreszcie, dlaczego on „szedł”, ale ona „szła” – to było coś!).

Bardzo bym nie chciała zakopać się w dzieleniu czytelników na „fachowców” i „niefachowców”, czyli na osoby z wykształceniem filologicznym lub bez niego. Znam niefilologów, z którymi genialnie się rozmawia o książkach i przy których odczuwam poważne kompleksy („ona czytała i wie tyle rzeczy, o których ja nie mam pojęcia i/lub które chciałabym przeczytać”) – i znam filologów, których wstyd mi nazwać filologami. Przy całym moim poszanowaniu tytułów, stopni, wykształcenia, dorobku naukowego etc., mam nadzieję, że nie grozi mi ślepa ufność w dyplom.
Ogromnie lubię tę część blogosfery, w której odnajduję taką jak moja miłość do książek i bibliofilskie, bibliopatyczne wręcz rozsmakowanie się czytaniem. W równym stopniu lubię tę swobodę mówienia we własnej blogowej przestrzeni o czytaniu, te „intymne zapiski czytelnicze”; zdecydowanie tego teraz potrzebuję. Bez odgórnych założeń odnośnie formy, tematyki, sposobu, ilości, uruchamiania bądź nieuruchamiania danych narzędzi etc. – po prostu „czytelnicza opowieść o czytaniu, bibliopatyczna opowieść o książkach”.

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz