Książkowe –holizmy, czyli pytania fundamentalne

Na „-holizmy” się zazwyczaj cierpi. Pod pewnymi względami zakupowoksiążkoholizm – i książkoholizm, z którego zakupowoksiążkoholizm się wywodzi – też powodują cierpienia: książkoholizm, bo im więcej człowiek czyta, tym więcej widzi pozycji jeszcze nieprzeczytanych i oczekujących na przeczytanie, a do tego tym wyraźniej zdaje sobie sprawę z oczywistego jak dotąd faktu: nie zdążę w ciągu swojego jednego życia przeczytać wszystkiego, co chciałabym przeczytać, choćbym całe to życie tylko na czytaniu spędziła. Ta świadomość boli, czasami wywołuje poczucie kompletnej bezradności, chwilami wręcz zniechęca – bo to jak syzyfowa praca: pchasz swój czytelniczy kamień pod górę, pchasz i pchasz, masz wrażenie, że tylko skończysz tę książkę/ten stos/tę listę „do przeczytania” i wreszcie poczujesz, że jakąś konkretną dziedzinę ogarnęłaś, poznałaś, wyczytałaś – a tu nie, dochodzisz do wierzchołka góry, kończysz czytać, a kamień leci sobie radośnie z powrotem w dół, a Ty znów widzisz kolejną książkę, kolejny stos książek, kolejne listy „do przeczytania”, i sama nie wiesz, w co ręce wsadzić. Istotną rzecz zaobserwowałam zarówno w nauce, jak i w czytaniu (obserwację tę potwierdziło mi sporo osób, zarówno wykładowców i współwykładowców, jak i współczytelników): im więcej wiesz, tym więcej widzisz tego, czego nie wiesz; im więcej czytasz, tym więcej widzisz tego, czego jeszcze nie czytałaś. Moja zaprzyjaźniona niegdyś wykładowczyni sformułowała to tak: „Gdy wiesz tyle (tu narysowała maleńki kwadracik), to wydaje ci się, że wiesz wszystko albo chociaż bardzo dużo; a gdy wiesz już więcej, na przykład tyle (tu narysowała spory kwadrat), to orientujesz się, że tego, czego nie wiesz, jest tyyyleee (tu narysowała kwadrat wielkości porządnego stołu)”. Najgorsze, że gdy osiągniesz wiedzę/oczytanie wielkości porządnego stołu, to okaże się, że to, czego nie wiesz/nie przeczytałaś, jest wielkości sali balowej. A gdy dojdziesz do sali balowej, jako terra incognita pojawi się powierzchnia Belwederu...



Czasami naprawdę mnie ta świadomość boli i wywołuje takie chwilowe opadnięcie wszystkiego, uczucie kompletnej niemocy porządnego poznania. Czasami, z reguły wtedy, gdy mam słabszy moment. Ale najczęściej ta świadomość wywołuje coś zupełnie odwrotnego: podniecenie, zachwyt, swoiste zachłyśnięcie się myślą „tyle do nauczenia się, tyle do przeczytania!”, stan euforii, szczęścia, wręcz wszechmocy – który oddziałuje i od strony psychicznej, i fizycznej. To takie orgazmiczne (lepsze słowo nie przychodzi mi do głowy) przekonanie:  mogę się jeszcze tyle nauczyć! Mogę jeszcze tyle przeczytać!  Nie: „tak wiele książek, tak mało czasu”, tylko: „tak wiele możliwości, jeszcze więcej książek!”. Zdecydowanie wolę tę drugą wersję, dodaje mi sił i chęci.

Zakupowoksiążkoholizm jest nieco inny, bo jego podstawę stanowi mało czytelniczy element: pieniądze. Pierwsze fundamentalne pytanie zakupowoksiążkoholika brzmi zatem: „dlaczego ja mam tak mało pieniędzy i dlaczego książki są takie drogie?!”; od 2011 dochodzi do tego pytania człon trzeci: dlaczego – tu pada zestaw dowolnych inwektyw – wprowadzili VAT na książki?!” (ja bym uzupełnia to jeszcze pytaniem: dlaczego VAT na książki wprowadzają ci, którzy mają forsy jak lodu, a do tego sami książek nie kupują?*).
Drugie fundamentalne pytanie zakupowoksiążkoholika brzmi: „gdzie ja te kupione tomy pomieszczę?!”. W przypadku kupowania poza domem pytanie to zostaje poprzedzone egzystencjalnym rozważaniem pod tytułem: „jak ja te książki dotargam do domu z drugiego końca miasta/z innego miasta/z innego kraju/w tej za małej torebce/za małej walizce/za małych dziesięciu walizkach/za małej ciężarówce/czemu ten Boeing 787 taki mały, jeszcze kilku książek nie zdołałam wepchnąć!/”. Gdy książki zostaną w końcu jakoś (z naciskiem na „jakoś”) dostarczone do domu, pytanie, gdzie je trzymać, staje przed zakupowoksiążkoholikiem w pełnej okazałości i powraca niczym weksel, czyli bez końca.
W starym mieszkaniu pytanie „gdzie to zmieścisz?”, zadawane przez rodziców po każdym książkowym zakupie, było naprawdę kłopotliwe. W moim małym pokoju gnieździło się półtora tysiąca książek, kilkaset stało w przedpokoju. Książki ładowałam do „szuflad” w łóżku, na pianino, na podłogę, na parapet i na inne książki. Obecnie sytuacja wygląda nieco inaczej – na pytanie „gdzie?” odpowiadam radośnie: no przecież mamy teraz taki wielki dom, gdy się go w końcu całkowicie wyremontuje, miejsce na książki będzie WSZĘDZIE! Z jakiegoś powodu rodzice najwyraźniej podejrzewają, że nawet w dwa razy większym domu to miejsce na książki szybko by mi się skończyło.
Pytanie „gdzie pomieścić książki?” jest i będzie aktualne. Z niezrozumiałych dla mnie powodów przestrzeń zawsze z książkami przegrywa. To taka odwrotna proporcjonalność: jeśli masz dużo książek, masz za mało miejsca. Jeśli masz więcej miejsca, to i masz więcej książek, a przez to znów masz za mało miejsca. Im więcej masz miejsca, tym więcej masz książek i tym mniej masz miejsca. Jeśli nie masz problemów z miejscem na książki, to znaczy, że żaden z ciebie zakupowoksiążkoholik. Albo jesteś posiadaczką potężnych włości/własnego państewka/podprzestrzeni (ale, parafrazując fragment z Misia, nie bój, nie bój, i tak ci w końcu miejsca zabraknie). Albo, jak ja, dopiero co się wprowadziłaś do większego domu i jeszcze się w pełni nie rozkręciłaś.
Trzecie – najperfidniejsze – fundamentalne pytanie zakupowoksiążkoholika brzmi: „kiedy ja te wszystkie kupione książki przeczytam?”. Z równie niezrozumiałego jak wcześniej powodu z czasem jest niczym z przestrzenią: ciągle za mało. Im więcej książek, tym tamtych dwóch elementów mniej. Zakupowoksiążkoholik ma do wyboru: a) skupić się na zdobywaniu, rozwinąć w sobie pasję stricte kolekcjonersko-posiadającą (tyle że ograniczanie się do oglądania książek to jak lizanie ciastka przez szybę), b) ograniczyć zakupowoksiążkoholizm (dowcip abstrakcyjny roku), c) ścigać się z czasem i nabywane książki czytać, ile się da albo i nie da (to wybrałam), d) czekać, aż wymyślą metody przedłużenia życia lub klonowania człowieka w celach spełnienia czytelniczego (przy okazji nieustannego realizowania punktu „c” czekam i na „d”).
Czwarte fundamentalne pytanie zakupowoksiążkoholika też ma wymiar egzystencjalny i brzmi: „czy kupić książkę, czy kupić jedzenie/ciuchy/nowy laptop/zapłacić rachunki/zafundować sobie urlop/dowolne”. Smutne, że książka musi nieraz przegrać z jedzeniem, ubraniem, rachunkami i podobnymi nieksiążkowymi, a koniecznymi do życia sprawami.
Czasami pojawia się też piąte fundamentalne pytanie zakupowoksiążkoholika, w gruncie rzeczy całkiem urocze, potrafi jednak niekiedy wywołać frustrację: „czy kupować ten egzemplarz (wstaw tytuł), choć mam już (wstaw liczbę) różnych wydań tego tytułu?”. Pytanie to często występuje w połączeniu z czterema poprzednimi („czemu tak mało pieniędzy, jak to zabiorę, gdzie to zmieszczę i z czego będę płacić rachunki, więc czy kupować enty egzemplarz tego samego tylko dlatego, że to inne wydanie?”). Przypomniało mi się, jak to podczas pewnej wyprzedaży połakomiłam się na Chama Orzeszkowej, choć posiadałam już jeden egzemplarz tej powieści – bo drugi Cham pochodził z 1949 roku, więc miał dla mnie wartość historyczną. Albo pokusa ponownego nabycia danej pozycji, bo okładka ładniejsza/ciekawa/akurat uzupełniłoby się zbieraną serię/jest interesujący wstęp lub posłowie/są zdjęcia/inne ilustracje/atrakcyjny podpis lub dedykacja/wydanie pamiętane z dzieciństwa lub jakiegoś powodu ukochane/tłumaczenie inne lub „jedyne dla mnie właściwe”/wstaw dowolne.
Za to szóste fundamentalne pytanie zakupowoksiążkoholika jest przecudowne i chciałabym, żeby było jedynym, jakie sobie zadaję: „kiedy kolejne książkowe zakupy?”. Kocham to pytanie.
(Ponieważ nie jestem masochistką, nie wspomnę ani o siódmym fundamentalnym pytaniu, połączonym z szóstym, mianowicie: „dlaczego na kolejne zakupy muszę tyle czekać?”, ani o odpowiedzi na nie, brzmiącej: „bo wydałaś wszystko, co mogłaś, maniaczko, a kolejna pensja dopiero za miesiąc!”. Zakończmy pytaniem szóstym i pogrążmy się w błogim szczęściu planowania kolejnych książkozakupów**. Planowanie ma tę zaletę, że można naładować do koszyka tyle książek, ile dusza zapragnie, i nie trzeba ani za nie płacić, ani zastanawiać się, jak je donieść do domu, gdzie zmieścić, kiedy przeczytać, z czego kupić coś na obiad i czy kolejny egzemplarz tego samego tytułu nie jest przesadą. Jedyna wada planowania to brak namacalnej książki w ręku).


* O większości naszych rodzimych polityków mam obecnie tak złe zdanie, że nie uwierzę, by a) oni w ogóle czytali książki, a jeśli nawet czytają, to b) by potrafili czytać ze zrozumieniem, a jeśli nawet czytają ze zrozumieniem, to c) by czytali coś wartościowego, a jeśli nawet czytają coś wartościowego, to d) by cokolwiek z tych wartościowych treści pozostało im w politycznych łbach. Nie uwierzę i już. Ugruntowuję się w swoim przekonaniu niczym wściekły kaktus w dopasowanej doniczce i jeśli któryś polityk będzie próbował mi zepsuć moje przekonanie poprzez zaprezentowanie się z książką, to polityka pokłuję wściekłymi kolcami, a książkę zabiorę. Wyjdę z doniczki, gdy zniosą ten barbarzyński VAT na książki (choć zastanawiam się, czy prędzej nie doczekamy się VAT-u na myślenie).
** Dziś wykazałam się słabością charakteru i wysokim stopniem zaawansowania zakupowoksiążkoholizmu: znów zamówiłam książki w Empiku, skuszona ostatnimi chwilami dziesięcioprocentowego rabatu na zamówienia powyżej stu złotych. Rozgrzeszam się następującymi myślami: haruję jak wół w trzech pracach, więc należy mi się coś od życia; rabat to rabat, rabat trzeba wykorzystać; zamówienie wchodzi w skład mojego świątecznego prezentu ode mnie dla mnie; odreagowuję miesiące skąpe w kupowanie książek; po świętach będę surowiej pilnować, by nie przekroczyć miesięcznie wyznaczonej sumy na książkowe zakupy.
Ciekawe, ile z mojego postanowienia wyjdzie...

Podziel się tym:

Comments

10 komentarze:

  1. Fajne rozważania o przypadłościach, które i mnie dopadły. Zrobiłam sobie postanowienie - 10:1 tj 10 książek przeczytanych - i dopiero jedna kupiona. Porobiły mi się zapasy straszne i nie wiem, kiedy je dogonię.
    Poza tematem: literki u Ciebie tak małe, że odczytanie tekstu jest dla mnie nie lada wyczynem. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. W którymś momencie to dopada chyba każdego, kto bardzo lubi czytać i bardzo lubi mieć książki na własność. Podoba mi się Twoja przyjęta proporcja, ma sens. Inna rzecz, że lubię chomikować, a do tego boję się, że pewnych rzeczy zabraknie, zanim je kupię, więc gdy mogę, rzucam się w wir zakupów; ostatnio zamówiłam sobie dwie książki Eco i, jak się okazało, dopadłam ostatnie egzemplarze, po realizacji mojego zamówienia pojawił się przy nich dopisek "produkt niedostępny".

    Kurczę, z tymi literkami nie wiem za bardzo, co zrobić - na komputerze w domu czcionka jest duża, na komputerze w pracy mikroskopijna. Pogrzebię trochę przy szablonie w najbliższych dniach i wykombinuję coś, żeby do czytania nie trzeba było szukać lupy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo książek kupowałam na allegro, teraz przerzuciłam się na ebooki, bo coraz mniej miejsca na tradycyjne kodeksy.

    W edytorze tekstu na bloggerze jest opcja ustawiania wielkości- 5 stopni , Ty używasz najmniejszej, byłoby miło gdyby udało się to zmienić :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. E-booki doceniam, ale nie uwodzą mnie, a do tego po mniej więcej dziesięciu godzinach przy komputerze dziennie już nie mogę wytrzymać przy patrzeniu na ekran, więc dalej kupuję do oporu (portfela). Jednak, rzecz jasna - lepiej mieć daną książkę w e-booku niż nie mieć jej wcale. No i zdecydowanie odpada wtedy problem miejsca (a w części wypadków i problem wydatków).

    O, dzięki za wskazówkę, o tym nie pomyślałam :) Teraz wygląda dobrze - na tym komputerze, ciekawe, jak wyjdzie na moim.
    Na marginesie, wiesz może, jak ustawić opcję "odpowiedz na komentarz"? Bo gdzieś mi zaginęła w akcji przy zamieszczaniu poprzedniego szablonu...

    OdpowiedzUsuń
  5. - Rzeczywiście literki teraz biją po oczach :-)
    Nie wiem, niestety, jak ustawić opcje z odpowiedziami, samo mi się zrobiło :D. Może to kwestia szablonu. Nie mam pojęcia.
    - E-booki czytam na eczytniku, kupiłam rok temu i jestem bardzo zadowolona, książki kupuje tylko w promocji, często w Gandaldfie albo w Publio.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tym razem z kolei przesadziłam w drugą stronę ;) Ale teraz powinno być mniej bijąco, a dalej czytelnie.
    Przeżyję jakoś bez tej funkcji (która mi nie wchodzi nawet przy załączaniu innych szablonów).
    Gandalfa bardzo lubię, ale ostatnio nałogowo kupuję w Empiku - po części przez to, że opcja darmowego odbioru w salonie bardzo mi odpowiada. Publio nie znam, trzeba będzie się zapoznać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zrobiłam sobie noworoczne (już) postanowienie, że w przyszłym roku kupuje też tylko 10:1, ale tylko książki pisarzy, których czytuję, części sag, serii itp. Wprawiło mnie to w pewnego rodzaju nerwówkę, bo zażyczyłam sobie od wszystkich książki na wszystkie okazje i niecierpliwie przeglądam internetowe księgarnie w poszukiwaniu książek, które koniecznie muszę mieć przed zakupowym "postem".
    Wirtualne zakupy, te koszyki wypełnione książkami, uwielbiam i jest to przyjemność sama w sobie, nawet jeśli nic nie zamawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Podziwiam tak surowe postanowienie! Ja na razie zmierzę się ze znacznie łagodniejszą wersją: dwie przeczytane - jedna kupiona. Potem może trochę dokręcę śrubę.
    Nie licz prezentów, prezenty książkowe to bonusy od losu! :)
    Wirtualne zakupy są świetne, choć brakuje im tego smaku dotykania, oglądania i podczytywania, który towarzyszy zwykłemu kupowaniu. Za to można dotrzeć do wielu niełatwo dostępnych pozycji - i za to uwielbiam Empik (ach, zamówienia zagraniczne, książki w oryginale... Mniam).

    OdpowiedzUsuń
  9. Właśnie staram się ogarnąć moją biblioteczkę, stąd takie postanowienie.
    Jeśli chodzi o zamówienia zagraniczne, to kupowałam tutaj z wysyłką do UK: http://www.alibris.co.uk
    Niestety znalazłam tam sporo tytułów, które np polecała Anne Fadiman :) i przepadłam.
    Do EU również wysyłają.

    OdpowiedzUsuń
  10. O, te polecane przez Fadiman narobiły mi sporo smaku. Dzięki za link, w razie czego będę wiedziała, na kogo zrzucić winę za moje kolejne rozbuchane zakupy książkowe ;)

    OdpowiedzUsuń