Biblioteczny stos

Przełożyłam na połowę grudnia ćwiczenia i wykład, które miałam przeprowadzić pod koniec listopada – dzięki czemu zaliczenie z reportażu przesuwa się z terminu „za dwa tygodnie” do „za miesiąc” – dzięki czemu nie muszę na gwałt kończyć Wojny futbolowej i zaraz po niej połykać błyskawicznie Hebanu i Imperium Kapuścińskiego – dzięki czemu mogę pomiędzy nimi poczytać inne książki. Czyli beletrystykę. Czyli odzyskuję trochę czasu na lektury prywatne.
Dzięki czemu dostałam dziś w bibliotece małpiego rozumu i wyszłam z naręczem książek.


Od dłuższego czasu wykorzystuję filie biblioteki miejskiej do wypożyczania przede wszystkim literatury fachowej – i dlatego, że czytam jej dużo, a łatwiej/taniej/szybciej wypożyczyć, niż kupić, i dlatego, że od paru lat intensywnie powiększam własną bibliotekę, więc wiele interesujących mnie pozycji mam pod ręką na swoich półkach. Do tego z powodu okrojonego czasu głównie zamawiam coś elektronicznie, a potem tylko odbieram – więc moje wizyty w bibliotece stały się znacznie rzadsze (potrzebną fachową przedłużam do oporu), krótsze (wpadam, oddaję, odbieram zamówienie i wypadam) oraz mało emocjonalne (odbieram pozycję zamówioną przez Internet i nie przeszukuję półek w poszukiwaniu czegoś apetycznego).
W gruncie rzeczy jest to dość smutne korzystanie z bibliotek; nieraz dopadało mnie uczucie braku – braku wędrowania w tę i we w tę między regałami, schylania się do półek najniższych i wspinania na palce do najwyższych, przeglądania kolejno wszystkich brzegów w rzędzie, wyciągania i odkładania poszczególnych tomów, wertowania, czytania opisu na okładce oraz fragmentów na przypadkowo wybranych stronach, dźwigania coraz większego stosu, który co chwila grozi wysunięciem się z rąk, i wreszcie docierania do stanowiska bibliotekarki, a potem nerwowego obliczania, czy wszystkie łupy zmieszczą się na kartach bibliotecznych (zawód, gdy okazuje się, że miejsca na kartach jest mniej niż wybranych książek, to zawód jedyny w swoim rodzaju) – wreszcie wychodzenia z biblioteki z torbą lub torbami pełnymi tomiszczy, z uczuciem wspaniale spędzonych chwil, poczuciem spełnienia, triumfem logistycznym („jakoś to wszystko upchnęłam do torby i niczego nie muszę nieść w zębach!”) oraz zdziwieniem, że najwyraźniej minęło sporo czasu, bo na przykład już się ściemniło; a po dotarciu do domu – wypakowywania, oglądania, ustawiania gdzieś, planowania kolejności czytania i wybierania czegoś na „pobiblioteczny wieczór przy bibliotecznej książce”. Brakuje mi tego wszystkiego.
Dlatego dziś, gdy już wiedziałam, że zyskałam więcej czasu na prywatne czytanie – zafundowałam sobie w bibliotece niezbyt długą wprawdzie, ale przemiłą, odświeżającą i bardzo udaną wędrówkę wśród regałów. Postanowiłam wypożyczyć to, co chciałam przeczytać w ramach nadrabiania braków w literaturze współczesnej, w ramach zapoznawania się z mało mi znanymi obszarami językowymi/autorami (ogromnie chcę wyjść poza mój zachodnioeuropocentryzm czytelniczy) i na co po prostu poczułam apetyt. W efekcie wyniosłam dziewięć książek:




Dom duchów – Isabel Allende (najpierw widziałam kilka jej tomów u Ajka w Poznaniu, potem rozważałam zakupienie Domu duchów w antykwariacie – Allende przegrała jednak z Cortázarem – potem mijałam ją parę razy w Empiku i coraz bardziej utrwalało mi się w głowie: chciałabym coś z niej przeczytać. Padło na Dom, koło się zamknęło);
Miasto ślepców – José Saramago (chyba kiedyś chciałam/próbowałam to przeczytać, ale nie wyszło – nie z winy książki, często w takich sytuacjach winnym był brak czasu, który każe się skupić na literaturze fachowej. Teraz jednak nie dam się pokonać);
Miasto białych kart – José Saramago (opis wydał mi się wyjątkowo interesujący);
Nowe życie – Orhan Pamuk (niedawno w Empiku przeżywałam hamletowskie „kupić czy nie kupić?” z Muzeum niewinności w ręku; wreszcie nie kupiłam, potem żałowałam, potem usłyszałam od wykładowcy-przełożonego, że Pamuk jest pretensjonalny, i teraz wychodzę ze skóry, żeby samodzielnie sprawdzić wrażenia. Jeśli Nowe życie – traktujące o „niezwykłej książce, która zmienia życie” – mnie wciągnie, to przypuszczam atak na Muzeum);
Wszystkie boże dzieci tańczą – Haruki Murakami (chyba już raz próbowałam zapoznać się z twórczością Murakamiego, ale nie wyrobiłam czasowo. Z Murakamim mam taki sam problem, jaki miałam niegdyś z Coelho, Masłowską, Pratchettem, trochę też z Meyer i Rowling: wielki boom. Gdy pojawia się wielki boom na danego autora, czuję niechęć i opory przed zapoznaniem się z jego książkami, bo podejrzewam, że będę miała do czynienia z „bestsellerem masówkowym”. Różnie się to sprawdzało: Coelho okazał się pseudointelektualnym bełkotem pseudofilozoficznym; Masłowską czytałam z bólem, niechęcią, wstrętem i takim dziwnym wrażeniem, że ci uznani pisarze, którzy się zachwycają Wojną polsko-ruską, zachwycają się nią, bo nie chcą wyjść na starych pryków; Pratchett był całkiem niezły, tylko szybko mnie znudził, po połowie tomu, Rowling podobnie, przeleciałam pierwszy tom pobieżnie i bez zaciekawienia – wpływ na to zapewne miał fakt, że pomijając pewne wyjątki, nie lubię fantastyki; a Meyer... uch, Meyer rozprostowała mi zwoje mózgowe tyle razy, że powinnam ją za to pozwać do sądu, ale wybaczam, bo dawno tak nie wyłam ze śmiechu, jak przy jej pisaninie. W każdym razie „boomy bestsellerowe” budzą we mnie podejrzliwość i odkładam zapoznanie się z takimi bestsellerami tak długo, jak tylko się da. Uznałam jednak, że nadszedł czas zmierzenia się z Murakamim i sprawdzenia, czy boom wynika z tego, że to naprawdę tak fascynujący pisarz, czy z tego, że – jak niegdyś Coelho – zdołał ładnie opakować zestaw banałów i podać je w formie, która w danym momencie historycznoczytelniczym wyjątkowo odpowiadała odbiorcom. Byłoby miło, gdybym się pozytywnie rozczarowała);
Listy do młodego pisarza – Mario Vargas Llosa (wstyd, wstyd, wstyd, nie czytałam dotąd nic z Llosy, choć Miasto i psy stoi na mojej półce. Listy wydają mi się wyjątkowo dobrym początkiem znajomości);
Furia – Salman Rushdie (z Rushdiem jak z Llosą; Furię wybrałam, bo wygląda interesująco, a Szatańskich wersetów nie było);
Rymy życia i śmierci – Amos Oz (w świeżo skończonym tomie rozmów z Kapuścińskim widziałam jego zdjęcie z Ozem – i gdy dziś dostrzegłam w bibliotece szereg książek tego pisarza, pomyślałam, że to świetny moment na pierwszy kontakt);
Zajazd „Jerozolima” – Martha Grimes (ogromnie lubię kryminały Grimes – te z Jurym, bo tych z Emmą jeszcze nie czytałam).

Na Zajazd „Jerozilima” się rzuciłam zaraz po powrocie do domu i za chwilę do niego wrócę – tylko przejrzę parę rzeczy na jutrzejsze zajęcia – ale przyznam szczerze, że uczucia mam na razie mieszane. Jak lubię Grimes i Jury’ego, tak ten tom trochę mnie drażni, a trochę nuży; przeczytałam już prawie połowę i odnoszę wrażenie, że fabuła jest miejscami rozciągana, nic się konkretnego i znaczącego dla kryminału nie dzieje. Inna rzecz, że może nie biorę pod uwagę i nie doceniam w tej chwili atmosfery małych angielskich miejscowości oraz tego swoistego „rozciągnięcia oraz spowolnienia czasu”, które spotykałam (i w których się rozsmakowywałam) w poprzednich częściach tego cyklu. Mimo wszystko, nawet przy uczuciu rozciągania fabuły, Grimes się pożera, i to pożera z przyjemnością.

Podziel się tym:

Comments

4 komentarze:

  1. Smakowity stos, nic z tego, co wypozyczylas nie czytalam, poza Murakamim, wiec chetnie dowiem sie, co sadzisz na temat tych ksiazek. Allende lubie, a Dom Duchow mam w planach przeczytac jeszcze w tym roku:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Smakowity zdecydowanie :) Gdy przeczytam którąś z tych pozycji, chętnie napiszę parę słów. Ciekawa jestem, jak wypadnie porównanie naszych wrażeń z "Domu duchów" Allende.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Grimes, mam nadzieję, że jakoś szybko wydadzą nastepną część cyklu. "Pod Anodynowym naszyjnikiem" podobało mi się najbardziej.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Naszyjnik" był świetny, "Huncwot" też mi się ogromnie podobał - przecież to tam znajduje się ten kilkuzdaniowy opis mieszkania Jury'ego, mieszkania zapchanego od podłogi po sufit książkami. Za takie mieszkanie z miejsca polubiłam (nad)inspektora :)
    Mam wrażenie, że jak dotąd "Zajazd Jerozolima" był najsłabszą (choć nie słabą) częścią cyklu. Też mam ochotę na kolejny tom (może poszukam przy jakiejś okazji oryginałów?).

    OdpowiedzUsuń