Powrót do świadomej samotności, część teoretyczna


Zorientowałam się, że brakuje mi samotności. 
Właściwie ta świadomość pojawiała się parę razy już wcześniej, ale dopiero dzisiaj uderzyła mnie wyraźnie. Nie realizuje mi się — w praktyce — teoretyczna umiejętność i gotowość celebrowania samotnych wyjść kulturalnych, rozrywkowych lub kulturalno-rozrywkowych. Gwoli ścisłości: to nie tak, że nigdzie nie idę sama/nie jestem zadowolona z tego, że idę sama. Rzecz w tym, że chyba gdzieś mi się w głowie zapętliło i zautomatyzowało szukanie towarzystwa na wyjście. Dla osoby postronnej może się to wydawać dziwnie/śmiesznie/jakimś wymysłem, ale dla mnie, na tyle, na ile się znam (a raczej się znam), problem jest wyraźny.

Dzisiaj dotarł on do mnie wyjątkowo mocno i jakby nieco otrzeźwił. Miałam wczoraj iść z Shat (bliską koleżanką/okołoprzyjaciółką — bardzo nie lubię używać słowa „przyjaciółka”, wydaje mi się za mocne i nieadekwatne do tego typu bliskich relacji, jakie potrafię tworzyć) do teatru. Nie poszłam — nałożyły mi się na ten termin nowe obowiązki, walka z lekkim przeziębieniem, a do tego cały czwartkowy wieczór spędziłam na parterze domu, przekopując z rodzicami kartony w poszukiwaniu mojego Kapuścińskiego z kolekcji „Gazety Wyborczej”.
(Na marginesie: otworzyliśmy wszystkie pudła z książkami, część po dwa razy, pudła wędrowały w tę i z powrotem, w końcu się poryczałam: Kapuściński albo zaginął w czasie przeprowadzki, albo mi go ktoś z firmy przeprowadzkowej ukradł! Bo skoro mnie by taki karton kusił u kogoś, to kogoś na pewno skusił u mnie, takim torem idzie moje bibliopatyczne rozumowanie.
Brakujące kartony wreszcie znalazła mama. Nie były w garażu, były w pokoju — stały sobie cichutko w kącie, ukryte pod watą ocieplającą czy czymś takim.
Negatywna strona poszukiwań: nawściekaliśmy się, nadźwigaliśmy, zwłaszcza ojciec, wieczór nas wykończył.
Pozytywna strona: znalazłam Kapuścińskiego, to oczywiście przede wszystkim. Poza tym znalazłam sporo innych książek potrzebnych mi teraz, zabrałam też do domu trochę beletrystyki, w tym Arsène’a Lupin, no i odnalazłam pożyczoną przed przeprowadzką książkę Shat. Znalazłam też dwie pary działających słuchawek — a właśnie te, które miałam ostatnio, popsuły się perfidnie — i zestaw słuchawkowy do mojego telefonu. Czyli pozytywy przeważyły).


Wracając do samotności: zauważyłam, że wpadłam w schemacik „ja + 1”, gdy dziś postanowiłam coś zrobić z moim nieobejrzanym spektaklem. Shat poszła wczoraj z inną koleżanką, więc bilety nie przepadły, ale ja spektaklu nie zobaczyłam, a zobaczyć chcę. Wobec tego zdecydowałam się pójść za dwa tygodnie, bo w pasujący mi (przynajmniej w tej chwili) dzień. I co zaczęłam robić w pierwszej chwili po tym postanowieniu? Zaczęłam pisać SMS do innej koleżanki, z zespołu redakcyjnego, z pytaniem, czy wybrałaby się ze mną. W odwodzie myśl: jeśli ona nie będzie mogła/chciała, to napiszę do drugiej z zespołu.
Dopiero w połowie SMS-u zadałam sobie wyraźne i szczere pytanie: ale czy ja w ogóle chcę z kimś iść? Nawet nie z tą czy inną koleżanką, ale po prostu z kimś. Czy naprawdę chcę, czy tylko odruchowo produkuję ten SMS, bo... bo co właśnie?
Szczera odpowiedź na szczere pytanie brzmiała: nie, nie chcę. Wcześniej miałam ochotę iść z Shat, a w tej chwili nie mam ochoty iść z nikim. Właściwie inaczej: obecnie mam ochotę iść ze sobą. Iść sama. Mam apetyt na pójście do teatru z samą sobą.
Więc dlaczego wystukuję ten SMS mimo braku potrzeby?
Nie mam pojęcia. Odruch. Wbite gdzieś w głowę szukanie towarzystwa na tego typu wyjścia, bo... bo dziwnie iść samej? Bo nie wiem.
Przypomniał mi się początek któregoś odcinka Sex and the city (który bardzo lubię, oglądam i nie widzę powodu, by się tego wypierać): Carrie spędza przemiły piątkowy wieczór w kinie, przy czym do kina poszła sama i to też jej sprawiło przyjemność; w następnej scenie, przy śniadaniu z przyjaciółkami, na pytanie, co robiła w piątkowy wieczór, odpowiada: „Byłam w kinie”, na co jedna z przyjaciółek pyta ze zgrozą: „Sama w kinie w piątek? W wieczór randek?!”. No właśnie, gdzieś w głowie pałęta mi się chyba jakaś śladowa odmiana tego typu myślenia/odruchu, która sprawia, że gdy planuję wyjść do teatru, kina, na jakieś spotkanie literackie (a zaczęłam chodzić, ruszyłam się!; ale o tym kiedy indziej) — szukam towarzystwa. Niekoniecznie dlatego, że mam na to ochotę, o tę ochotę się nawet nie pytam wprost, po prostu szukam. Odruch.
Ten odruch trochę chyba mi wyhamowała praca — przecież na spektakle w czasie pracy idę sama. Fakt, znam panie z Biura Obsługi Widza, lecz na widowni siedzę całkowicie sama, wśród gromady obcych mi ludzi. Może między dziećmi i ich nauczycielkami jest łatwiej, nie wiem. Ale to siedzenie na widowni wyłącznie we własnym towarzystwie wcale nie jest niemiłe — wręcz przeciwnie.

Siłą rzeczy znów powraca mi pytanie: więc o co chodzi?
Powraca, bo cała sprawa jest o tyle dziwna, że ja lubię moją samotność, moje singielstwo i przebywanie wyłącznie z samą sobą. Nie mam z tym problemów, więcej — postulat swoistego celebrowania samotności i do mnie przemawia, i staram się wcielać go w życie. Ale przy wyjściach typu teatr coś się wykrzywia.
Możliwe, że przyczyna leży w czym innym, swoistej odwrotności sytuacji: nie mam wielkiego grona koleżanek, z którymi się regularnie spotykam, moje spotkania towarzyskie z racji pracy i upodobań nie są zbyt bogate; w związku z tym od pewnego czasu staram się zacząć budować sobie „zaplecze koleżeńskie” czy „bazę koleżeńską” — nieco większą grupkę, z którą (w całości lub w pojedynczych egzemplarzach) można się miło spotkać, wyjść na herbatę, do kina etc. I może właśnie tu tkwi wyjaśnienie: skoro jakiś czas temu postanowiłam skompletować sobie takie grono, to teraz mam to w pamięci i — już odruchowo — działam w tym trybie. Jest możliwość wyjścia — szukam ludzi do tego wyjścia, by ożywić swoje życie towarzyskie. To by miało sens.

Rzecz nie w tym, że nie chcę się z nikim spotykać i zawsze wychodzić sama, że przeszkadza mi czyjeś towarzystwo i nigdy więcej nie pójdę do kina/teatru etc. z inną osobą. Rzecz w tym, że nie chcę organizować sobie towarzystwa na siłę, odruchowo, bez uwzględnienia tego, czy w ogóle na towarzystwo mam ochotę.

Nie jestem pewna, na ile oczekiwanie „ktoś + 1” istnieje w społeczeństwie, a na ile tylko w głowie (mojej, cudzej), ale mam wrażenie, że przy jednoosobowych wyjściach u wielu ludzi pojawia się/uruchamia się reakcja poniekąd szoku kulturowego, poniekąd niepokoju („jest/jestem sama, jak to ugryźć?”), poniekąd — właśnie odruchu. Pada wówczas (mniej lub bardziej wprost) pytanie w rodzaju „Ale co ty/co ja, tak sama?”. Albo moja (cudza) głowa sama dla siebie to pytanie wprowadza, wkłada w cudze usta/gesty/spojrzenia, by zadośćuczynić podejrzeniu/oczekiwaniu/odruchowi.
Zapewne jeszcze długa droga do nauczenia się pełnego cieszenia się własną samotnością (chwilową lub trwałą) — długa droga i przed tymi, którzy są z kimś innym, i przed tymi, którzy są z samymi sobą. Diabli wiedzą, czy przed tymi ostatnimi nie dłuższa.

Pod pewnym względem całe to uświadomienie było wręcz przykre, bo po trosze obnażyło mi, że mimo przekonania o swojej niezależności od wielu konwenansów — wielu konwenansom nadal jakoś podlegam czy ulegam. Choćby śladowo właśnie. Bo nie zdziwiłabym się, nie spojrzała z politowaniem etc. na osobę, która wybrała się do teatru czy gdzie indziej z samą sobą — przeciwnie, poczułabym swoistą wspólnotę duchową. A mimo to siedziałam dziś po południu podczas krótkiej przerwy w pracy i wystukiwałam SMS, by odruchowo zorganizować sobie koleżankę do wyjścia do teatru, w głowie zaś miałam drugą kandydatkę do zorganizowania, gdyby z pierwszą się nie udało.

Taki odruch jest wręcz niebezpieczny, bo — odruchowo — spycha gdzieś na bok samoświadomość i rozeznanie w samej siebie. Nie chcę mieć takiego odruchu. Chcę mieć pewność, że jeśli proponuję komuś wspólne wyjście albo godzę się na czyjąś propozycję, to dlatego, że naprawdę mam ochotę z kimś/z tą osobą gdzieś się wybrać. Jeśli zaś chcę się wybrać sama, to nie proponuję lub propozycję odrzucam.

Obecnie mam ogromną ochotę, potrzebę wybrać się na kulturalny wypad sama. Pozmieniało się sporo rzeczy w moim życiu, niektóre sytuacje, dotąd zwrócone przeciwko mnie, teraz naraz ustawiają się à rebours i sprawiają, że nie wiem, czy się śmiać z radości, czy ze złośliwej satysfakcji, czy po prostu wystosować gdzieś pismo o przedłużenie doby do godzin co najmniej trzydziestu, a tygodnia do dni dziesięciu, bo nie jestem pewna, czy przy obecnym wymiarze wyrobię się czasowo z czterema pracami (ale się wyrobię, bo wyrobić się muszę, nie ma bata, na pisanie i czytanie prywatne też muszę czas znaleźć) — pozmieniało się zatem wiele i teraz to muszę przetrawić oraz sobie uporządkować, poukładać — najpierw sama. I — może przez to, a może z innego powodu, a może i bez powodu, po prostu ot tak — muszę sobie zafundować wyjście w towarzystwie li tylko swoim.
I muszę zauważać, kiedy mózg mi sygnalizuje, że chce z ludźmi, a kiedy — że chce tylko ze sobą. Inaczej o kant wiadomej części ciała potłuc moje przekonanie o tym, że znam samą siebie, że umiem się cieszyć swoją samotnością i że to, co Cagen pisze w Quirkyalone, to coś jak najbardziej mi bliskiego i oczywistego.

„Powrót do świadomej samotności”, tak to sobie roboczo nazwę. Trzeba dopilnować — by lepiej zadbać o swoją potrzebę samotności. By nie zakryć jej odruchowym szukaniem innych ludzi. A zarazem — by nie zagubić i nie zanegować przyjemności, jaką daje towarzystwo innych ludzi, nie popaść z kolei w odruch „idę sama”, gdy akurat chęć na wyjście z kimś będzie szczera. I by nie pomylić pierwszego z drugim.

Za nieco ponad dwa tygodnie zatem — Oskar dla Emliy, idę ja ze sobą. Zamierzam(y) się ze (nomen omen) sobą świetnie bawić.
A najlepsze, że kupuję nam tylko jeden bilet!

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz