Dziennikarskie polowanie na gołębia


Dwa dni. Tyle się poluje z komórką w ręku na cholernego gołębia, który wreszcie zechce posadzić kuper na brzegu fontanny, powyglądać uroczo, najlepiej się jeszcze przy tym napić wody — i nie odlecieć ułamek sekundy przed uchwyceniem go w kadrze. Dwa dni, a gwoli ścisłości z pół godziny jednego popołudnia, kilka ładnych minut z rana i kilkanaście drugiego popołudnia. Podsumowując — wcale nie czekało się tak długo. Tylko szlag mnie trafiał za każdym razem, gdy już-już miałam tego gołębia sfotografować, a bydlę odlatywało.
 
Dodajmy, że tak naprawdę polowałam nie na jednego, a na całą grupę. Bo grupa mi się marzyła i była potrzebna. Raz czy dwa pojawiły się dzisiaj takie większe stadka, usiadły, popiły, potrzepały ogonkami — i oczywiście zwiały, gdy prawie je uwieczniłam.
I naraz, gdy już zrezygnowana uznałam, że trudno, zadowolę się jakimiś pojedynczymi gołębiami, uchwyconymi raz czy dwa w sposób sensowny, czyli nie wtedy, gdy odfruwają — naraz na brzegu fontanny przed moją pracą siadło spore stado. Grupką. Siadło — i siedziało, i wyglądało jak należy!
I, nadal nie wierzę w swoje szczęście, dało się sfotografować! Cały jeden raz.
O cudzie.
Następnie odleciało, tym razem żegnane moim radosnym uśmiechem. Bo z poprzednich modeli najchętniej bym zrobiła w ramach dziennikarskiej zemsty gołąbki na obiad.

Cała sprawa zasadza się na tym, że przygotowałam na dziś do gazety internetowej, którą redaguję, artykuł o owej fontannie przed moją pracą. W artykule wspomniałam, jak to zabawnie, uroczo etc. wyglądają gołębie, gdy siedzą całymi stadami na brzegu. W związku z tym dziwnie byłoby nie dorzucić zdjęcia z rzeczonymi gołębiami na rzeczonej fontannie — w każdym razie w moim odczuciu byłoby to dziwne (a wręcz nierzetelne). Natomiast zdjęcie z pojedynczym gołębiem wyglądałoby dosyć... ubogo.
(Albo mogłabym wrzucić zdjęcie bezgołębiowej fontanny i dopisać: „Sorry, czytelniku, musisz sobie wyobrazić tę chmarę ptaków na brzegu, bo żadne skrzydlate bydlę nie chciało ze mną współpracować”...)

Przemiłe inaczej były też te momenty, gdy strumienie wody skakały wyjątkowo malowniczo, a mnie właśnie skończyła się pamięć telefonu i musiałam wszystko przerzucać na kartę pamięci, co trwa wieki.

W każdym razie moje szczęście, że wbrew wcześniejszym założeniom nie zdołałam zamieścić artykułu już wczoraj wieczorem (z opcją aktywowania następnego dnia rano), bo po powrocie z pracy nafaszerowałam się tabletkami (walczę z lekkim przeziębieniem) i padłam, półprzytomna, na łóżko. Moje szczęście, dzięki temu wyczekałam się dziś na upragnione gołębie.

Teraz siedzę i przeglądam te ponad sto trzydzieści (taaak...) zdjęć fontanny — wybrać muszę kilka (powiedzmy, sześć plus jedno na stronę tytułową plus jedno do nagłówka). Czasami nie wiem, czy gorzej, gdy dostaję dwa zdjęcia na krzyż i muszę z nich wykombinować jeszcze tytuł i nagłówek, czy gdy dostaję/mam cały pakiet i muszę wybierać, i każdego odrzuconego mi szkoda. A jeszcze trzeba pamiętać, że — z tajemniczych powodów — nie wszystkie zdjęcia otwierają mi się w GIMP-ie, więc czasem zostaję z jednym zdjęciem do obróbki na wszystkie potrzeby. Ostatnio miałam taką sytuację: do wywiadu dostałam osiemnaście zdjęć — i co? I mogłam się w ekran pocałować, bo żadnego z nich GIMP nie otworzył. Na szczęście miałam — otwierający się w tym programie — plakat z poprzedniego wywiadu z tymi samymi osobami, więc tytuł i nagłówek obrobiłam z niego właśnie. Ale co mnie szlag mało nie trafił, to mnie mało nie trafił.

Jednak mimo tego narzekania (i szarpaniny o zapełnienie ramówki na czas, nadzorowania terminów jak poganiacz niewolników, przypominania się co chwila komuś innemu mailem „na kiedy mogę się spodziewać zapowiadanego/obiecywanego/spóźnionego artykułu?”, terroryzowania którejś z dziennikarek, by pomogła w uzupełnieniu nagle wyskakującej luki i napisała artykułu „na jutro/na dziś wieczór/na za trzy godziny dasz radę?” lub pisania samej na gwałt czegoś, co ma ręce, nogi i pasujące zdjęcie) — mimo wszystko naprawdę lubię redagowanie gazety. A może i przez to wszystko? Adrenalina zapewniana przez dopisek „redaktor naczelna” i wszystko, co się z tym tytułem kryje, bywa niesamowicie przyjemna. A jaka satysfakcja, gdy się zamknie tygodniową ramówkę zgodnie z zamierzeniami!
Zaraz po zamknięciu (albo i wcześniej) produkuję oczywiście milusie maile z serii „kto co będzie miał na przyszły tydzień i na kiedy dokładnie, i co planujecie na jeszcze następny tydzień, i na kiedy to następne dostanę?”.
Jednak żadna walka o ramówkę i termin nie może się równać z dwudniową walką o zdjęcie kilku gołębi na fontannie...

Tego zdjęcia nie wykorzystam w artykule, więc mogę wrzucić tutaj. Same zobaczcie: jeden gołąb już macha skrzydłami, tak nie znosi paparazzich. A drugi wrednie trzyma fontannę na dystans.



Podziel się tym:

Comments

4 komentarze:

  1. Jej, ta fontanna wydaje mi się bardzo znajoma.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może byłaś w ciągu ostatnich paru lat w Szczecinie? Albo widziałaś ją na jakimś zdjęciu?
    Za to takich niewspółpracujących gołębi na pewno nigdzie nie widziałaś! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, byłam wielokrotnie, więc pewnie kiedyś tu zawędrowałam. Jak nie? Moje dolnośląskie gołębie to samo, szczególnie, gdy uganiałam się za nimi celem wykonania zdjęcia do pracy z biologii. Chociaż tutaj występuje też coś równie irytującego - małe dzieci, które wbiegają z piskiem na teren koło fontanny i straszą malowniczo pijące gołąbki.

    OdpowiedzUsuń
  4. A, czyli Szczecin nie jest Ci obcy :)
    No to możemy sobie podać ręce jako ofiary niewspółpracujących gołębi. Dzieci przeszkadzające gołębiom (i fotografkom gołębiowym) to rzeczywiście utrapienie, mnie na szczęście gromada dzieciaków nie wchodziła w obiektyw.

    OdpowiedzUsuń