Fragmenty posierpniowe


Druga połowa sierpnia mnie pożarła — bardzo pozytywnie i przyjemnie, ale zdecydowanie muszę trochę zapanować nad tym pożeraniem (co oznacza przede wszystkim porządne przestawienie rytmu organizmu; wstawanie o szóstej rano mam już w miarę opanowane, teraz czas zacząć chodzić wcześniej spać). Chciałabym zamieszczać coś na Fragmentowniku przynajmniej raz w tygodniu, a nie zrywami i z wielkimi przerwami. Inna sprawa, że moje interentowe życie w ogóle ostatnio szwankuje, zakładam jednak, że we wrześniu zdołam je unormować.
A minioną połowę sierpnia udało mi się uporządkować w trzech fragmentach.
 
Fragment zawodowy
Od dwóch tygodni pracuję. To brzmi trochę nierealnie, dziwnie dorosło i naprawdę wspaniale.
Nie jest to moja pierwsza praca — uczyłam już w liceum, prowadziłam zajęcia na uniwersytecie (i jako doktorantka, i po obronie), pisałam różne rzeczy na umowę-zlecenie/umowę o dzieło — więc nie stąd się bierze uczucie nierealności etc. Po prostu miniony rok był strasznie niepewny i poszarpany, minione półrocze to chwytanie jakichś groszowych robót (na szczęście wciąż związanych z moim wykształceniem) i czekanie. No właśnie — czekanie. Czekanie, aż to, co ma się pojawić/rozruszać/ugruntować, wreszcie tak zrobi. To czekanie nie tylko wyprowadzało mnie z równowagi, ale też pięknie, kawałek po kawałku, niszczyło moje poczucie własnej wartości, pewności siebie, bezpieczeństwa i spokoju. Parszywe doświadczenie.
Obecna praca wzięła się zupełnie z zaskoczenia, całkowicie niezależnie od tego wszystkiego, co teraz się rozwija i co ma się pojawić: w jednej chwili usłyszałam, że jest interesujące stanowisko, w drugiej poszłam na rozmowę, w trzeciej zostałam przyjęta. Od pierwszego do ostatniego momentu minęło kilkanaście dni.
Od dwóch tygodni pracuję więc w teatrze, zajmuję się jego literacką stroną; dostałam własny pokój (gabinet, jak o nim myślę), który w zeszły weekend pomalowano na ładny, piaskowy kolor (z ciemnobrązowymi meblami wygląda to świetnie), zadomowiłam się już całkiem nieźle, ludzie, których dotąd poznałam, są bardzo sympatyczni, mam za sobą pierwsze spotkania z reżyserką najbliższego spektaklu i przygotowanie pierwszego programu przedstawienia oraz opracowanie projektu drugiego, a także pierwszą wypłatę (częściową, skoro zaczęłam pracę od połowy miesiąca), za którą sprezentowałam sobie elegancką torebkę i aktówkę. Zakres obowiązków okazał się ciekawy i zdecydowanie pode mnie, atmosfera w pracy ogromnie mi odpowiada; do tego teatr nastawiony jest przede wszystkim na sztuki dla dzieci (choć ma też scenę dla dorosłych), a literaturę dla dzieci traktuję jako swoiste odprężenie psychiczne i powrót do własnego dzieciństwa, więc z przyjemnością się tym zajmuję.
Nie ma tu też tego, czego doświadczyłam na uczelni — tego bycia odbieraną jako zagrożenie, bo skoro panna obroniła się tak szybko i tak młodo, to teraz trzeba ją jakoś zablokować, żeby przypadkiem nie stała się zagrożeniem jeszcze większym. Czuję, że w teatrze nie zostanę ukarana, gdy zrobię coś więcej, gdy zrobię to szybko i dobrze.
Poza tym ta praca to normalny, pełny etat — umowy o dzieło/umowy-zlecenia zdecydowanie wolę jako dodatek, nie jako podstawę. Nie będzie także problemu, bym robiła inne rzeczy, czy popołudniami, czy w weekendy, dalej więc mogę zajmować się redakcją gazety internetowej i pracą naukową.
Odzyskuję poczucie bezpieczeństwa, własnej wartości i pewności siebie — powoli, nawet bardzo powoli, ale odzyskuję. To odzyskiwanie zaczęło się wprawdzie nieco wcześniej i niezależnie od obecnej pracy, jednak teraz właśnie nabiera rozpędu. Przerażające, jak wielkie znaczenie dla takich spraw mają pieniądze. Zarabiam, robię coś, co sprawia mi wielką przyjemność oraz coś, co w społecznym odbiorze jest warte jakiegoś docenienia — i czuję, że mam grunt pod nogami, jakąś kontrolę nad sobą oraz swoim życiem, szacunek dla samej siebie.

Fragment związkowy
Tuż przed rozpoczęciem tej pracy zakończyłam związek, który się jeszcze nawet dobrze nie rozkręcił. W gruncie rzeczy to było niesamowicie przyjemne: uczucie całkowitego nieobciążenia emocjonalnego, uczucie, że wchodzę w coś nowego zupełnie sama i tylko ze sobą oraz uczucie, że mogę się skupić wyłącznie na sobie. Pod względem relacji związkowych mam zdecydowanie paskudny charakter, tyle że mówię o tym wprost — i do szału doprowadza mnie sytuacja, gdy druga strona najpierw sygnalizuje, że słyszy i rozumie moje oświadczenia w rodzaju: „Praca jest dla mnie zawsze na pierwszym miejscu”, a potem pojawiają się wielkie pretensje, gdy się okazuje, że moje oświadczenia nie są randkową kokieterią, tylko żelazną zasadą. Jeżeli zaplanowane dwa wspólne dni muszą się skrócić do półtora dnia, bo w ostatniej chwili okazało się, że będę potem miała coś ważnego do zrobienia, to dla mnie sprawa jest jasna — wychodzę pół dnia wcześniej. Jeżeli dla drugiej strony na dzień dobry jest to problem, to oznacza, że: a) druga strona jednak nie umie słuchać ze zrozumieniem i b) druga strona będzie problemem dla mnie. Ja nie mam kłopotów z przyjęciem i uszanowaniem tego, że spotkanie się nie odbędzie/skróci etc., bo ktoś ma jakąś pracę do zrobienia. W drugą stronę żądam tego samego.
Jasne, każdy ma swoje priorytety — i ma prawo do nich oraz do tego, by inni je szanowali. Ale to nie działa tylko w jedną stronę i nie działa tylko wtedy, gdy na pierwszym miejscu znajduje się związek i/lub dziecko. Dla mnie najważniejsza jest moja praca — i ja też mam prawo mieć własną hierarchię priorytetów oraz oczekiwać, że inni to przyjmą do wiadomości, uszanują i nie będą próbowali narzucić mi swojej hierarchii jako jedynej właściwej, normalnej czy obowiązującej. Na szczęście własnej przestrzeni umiem bronić, potrafię wychwycić sygnały, że coś jej zagraża. Na szczęście nie boję się słowa „egoizm”. Na szczęście też dostrzegam różnicę między pragnieniem, by żyć tak, jak ja chcę a pragnieniem, by inni żyli tak, jak ja chcę. Mnie interesuje to pierwsze.
Jedyne, o co mam do siebie żal, to to, że nadal jestem za miła i uprzejma w stosunku do ludzi, którzy mnie wkurzają i za bardzo pilnuję, by nie być nieuprzejmą i nie zrobić komuś przykrości — nawet wtedy, gdy mnie ktoś robi przykrość. Czasami korci mnie, by porządnie się za to kopnąć. Mam nadzieję, że się w końcu — możliwie szybko — oduczę tego cholernego bycia zbyt uprzejmą i tego nadmiernego przejmowania się tym, że komuś zrobiłam przykrość.
A wieczór i następny dzień rozstania uczciłam czytaniem kryminałów oraz tabliczką czekolady.

Fragment prywatny
Jestem w nowym punkcie życia i jest mi z tym niesamowicie dobrze. Takie uczucie „zaktualizowanej wersji siebie” dodaje motywacji, by wprowadzać jakieś zmiany. Robię sobie zatem listy (a jakże) — listy zdecydowanie zbyt prywatne, by je komukolwiek pokazywać, za to bardzo potrzebne, przydatne i pozwalające precyzować, o co mi chodzi — i powoli, po kawałku, wprowadzam je w życie.
Lepiej mi — czuję więcej spokoju, więcej chęci, więcej sił, mniej wewnętrznej paniki, obawy i niepokoju. Znacznie rzadziej pojawia się uczucie zduszenia w gardle. Bo tak rozróżniam strach: ten pozytywny, jak stres i/lub obawy dotyczące nowej pracy, nowych wyzwań i wszystkiego z serii „czy dam radę”, stres przedegzaminacyjny etc., pojawia się w żołądku. Jest pozytywny, bo mobilizuje. Jest pozytywny, bo oznacza, że coś robię i staję przed nowymi zadaniami.
Ten negatywny — spowodowany brakiem pracy, brakiem pieniędzy, obawą, że jestem przegrana, poczuciem bezsilności i beznadziejności — pojawia się w gardle. Zdusza, blokuje oddech, prowadzi do histerii i/lub depresji. Wywołuje wrażenie kojarzące mi się z topieniem się czy właśnie duszeniem — zawrót głowy, utratę gruntu pod nogami, potrzebę panicznego machania rękami, chwytania się czegoś — a zarazem sprawia, że chcę się wcisnąć pod łóżko, schować przed całym światem i nigdy więcej nie opuszczać kryjówki.
Po minionym roku jestem gotowa zrobić chyba wszystko, by nigdy więcej nie poczuć tego drugiego strachu. Co więcej, dzięki ostatnim tygodniom mam coraz większą pewność, że jestem też w stanie zrobić bardzo wiele, by go nie poczuć.

Podziel się tym:

Comments

5 komentarze:

  1. Mogę jedynie pogratulować utrafienia pracy, w której będziesz mogła się spełniać i gdzie Cię nikt nie zdławi. Wbrew pozorom to bardzo ważne robić to co się lubi i być jeszcze docenianym.
    Współczuję w sferze prywatnej. Masz twarde warunki. Z jednej strony będzie Ci trudno znaleźć kogoś odpowiedniego, i sama również na tym ucierpisz, jednak z drugiej strony trzymając się własnych zasad będziesz mieć lepiej później. Łatwiej żyć, gdy ma się jasne zasady.
    W każdym razie życzę aby jak najlepiej wiodło Ci się w każdej sferze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zatem możemy się niedługo spodziewać nowego tekstu na musivum? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze znam fragment związkowy i zgadzam się z każdym Twoim słowem w nim zawartym. Tyczy się też jego drugiej części. Miałam bardzo duży problem z byciem zbyt miłą i ugodową, co odbiło się na mnie w bardzo nieprzyjemny sposób. (Szit, że ten świat jest tak skonstruowany, nigdy tego nie pojmę...). Może wiązało się to też z lekką naiwnością i wiarę w dobre intencje innych ludzi, ale to już chyba za mną. Niestety, próby stania się choć nieco bardziej szorstką, niezbyt mi wychodzą. Boję się, że przez to w przyszłej pracy do niczego się nie będę nadawać. Też studiuję filologię polską, ale jestem dopiero na pierwszym roku. Gratuluję Ci zdobycia fantastycznej posady, bo na taką się zapowiada, chociaż konkrety pokaże czas. :) Poza tym życzę Ci szczęścia w każdym fragmencie - zawsze się przydaje. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Utrafiłam naprawdę dobrze, dzięki, Zozali :)
    W gruncie rzeczy zastanawia mnie od dawna jakieś takie akceptowane społecznie nastawienie do pracy, które sprawia, że potem ktoś, kto najwyraźniej się w tym nastawieniu nie odnajduje, pisze: "wbrew pozorom to ważne, by robić to, co się lubi"; czemu "wbrew pozorom"? Wydaje mi się, że to powinno być oczywiste, ale - pomijając nawet obecną sytuację na rynku pracy - nieraz stykałam się z sygnałami "praca nie jest od tego, żeby ją lubić", a moje sygnały "lubię swoją pracę" bywały odbierane albo podejrzliwe, albo niedowierzająco, albo protekcjonalnie, na zasadzie "no jeśli lubisz swoją pracę, to to nie jest prawdziwa praca i ty się wcale nie napracujesz, więc nie masz pojęcia, co to znaczy pracować i w sumie nie masz wcale pracy". Też się czasem z tym spotykasz?
    Fakt, mam twarde. Mój związek z samą sobą jest dla mnie najważniejszy i nikt nie może stanąć pomiędzy mną a... mną ;) Wiem, że nie będzie ze mną łatwo żyć, ale liczę, że spotkam ludzi, którzy będą mieli podobne potrzeby dotyczące własnej przestrzeni etc. - i się dogadamy. Parę takich osób już spotkałam, czekam na kolejne :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Najwyraźniej nie mam opcji odpowiadania na konkretny komentarz...
    Lum, mam nadzieję - chciałabym w październiku skończyć i wrzucić ostatni rozdział "Włóczykija", a potem ruszyć się dalej :)

    Neifile, to witaj w klubie :) Moje bycie zbyt miłą wyprowadza mnie nieodmiennie z równowagi. Inna rzecz, że jeśli bycie miłą ma być powodem, by czło9wiek się nie nadawał do pracy, to tylko się załamać...
    Filologia polska to cudowna rzecz, więc życzę Ci wspaniałego studiowania! I dziękuję - praca ogromnie mi się podoba, a o szczęście ciągle walczę.

    OdpowiedzUsuń