Długi post o czterech tygodniach, pracy i (nie)pisaniu

Brakowało mi pisania na Fragmentowniku. Wiele razy myślałam, o czym chciałabym napisać — nawet całymi fragmentami — ale się nie wyrabiałam. Kolejne cztery tygodnie pracy po prostu nadeszły, pochłonęły i minęły. W każdym wydarzyło się coś, co mocno zajmowało i nieźle męczyło.


W pierwszym tygodniu września mieliśmy otwarcie sezonu, więc spadły na mnie obowiązki „ogarniania, czy wszystko jest ogarnięte”. Problemów nie miałam, ale było trochę męcząco, chociaż i bardzo sympatycznie. Po imprezie poszłam na kolejne przedstawienie (zabrałam też mamę, bawiłyśmy się świetnie), a potem — Mickiewicz. Do czytania fragmentu Pana Tadeusza w ramach „Narodowego Czytania Pana Tadeusza: Księga szczecińska” zostałam wydelegowana przez dyrektora. Ja, głośny czytelnik-amator, wśród przeważającej grupy zawodowych aktorów. Udało mi się zapanować nad swoim typowym tempem czytania (tempem karabinu maszynowego) i całkiem dobrze przygotować sobie interpretację tekstu, a najśmieszniejsze jest to, że gdy już podchodziłam do mikrofonu, trema kompletnie zniknęła. Gdzieś mi się uruchomiły (czy raczej: przy każdej takiej okazji gdzieś mi się, wcześniej lub później, uruchamiają) te dawne mechanizmu, jeszcze z dzieciństwa, odpowiedzialne za to, że uwielbiałam występować publicznie. Teraz staram się odzyskiwać tę frajdę. W każdym razie trema nie tylko mnie nie zeżarła przed tym mikrofonem, ale i zostawiła w spokoju, i gdy już czytałam ostatnią stronę mojego fragmentu jedenastej księgi, aż się zdziwiłam (wręcz zmartwiłam), że to już koniec (ale, żeby nie było tak różowo: po zakończeniu byłam już tak przejęta, szczęśliwa, bo się udało, i zmęczona całym dniem, że tylko się krótko ukłoniłam i błyskawicznie, mało artystycznie zwiałam ze sceny). Aktorka z mojego teatru, z którą prezentowałam księgę jedenastą, nachwaliła moje czytanie, aż mi ego spuchło).
W tygodniu środkowym miałam tomografię płuc; na szczęście wszystko ze mną w porządku, ale za to odżywałam cały tydzień.
Podczas tomografii płuc podają dożylnie kontrast, żeby badanie dobrze wyszło. Kontrast to parszywe świństwo, przy podpisywaniu zgody na jego podanie człowiek zapoznaje się z uroczym inaczej zestawem „efektów ubocznych”. Oczywiście efekty nie dały na siebie czekać: po powrocie do pracy szybko poczułam się źle, potem bardzo źle, potem paskudnie, wróciłam wcześniej do domu i przez resztę dnia i nocy wyłam i płakałam z bólu. Ten cholerny kontrast zawiera najwyraźniej szereg chemicznych trucizn, więc zafundował mi porażający ból żołądka, a następnie porażający ból żołądka połączony z porażającym bólem kręgosłupa (nie wiem, na czym to polega, ale jeśli boli mnie żołądek, to kręgosłup zawsze czuje się zobowiązany do przyłączenia się do imprezy). Myślałam, że zwariuję, skręcę się z bólu na supełek albo wyskoczę przez taras, żeby tylko jakoś to opanować. Przeszło dopiero w nocy, ale we wtorek wyglądałam i czułam się tak, jakby przez cały poniedziałek przejeżdżał po mnie w tę i z powrotem walec drogowy. Resztę tygodnia dochodziłam do siebie, więc w pracy działałam na zwolnionych o trzy czwarte obrotach, a po powrocie do domu przechodziłam w tryb „niech mi cały świat da święty spokój, aha, i nie jem obiadu”.
Nienawidzę znajdować się w takim stanie. Na pociechę poczytałam sobie kryminały — „Koty” i Chmielewską.
W tygodniu trzecim mieliśmy premierę dla najmłodszych widzów. Było uroczo, dzieciom spektakl się bardzo podobał, dorosłym zresztą też. Sama widziałam go już po raz czwarty (wliczając w to pierwszą próbę), a bawiłam się równie dobrze, jeśli nie lepiej. Po przedstawieniu dzieci wskoczyły radośnie na złożonego z kolorowych części kro0kodyla i podobno nie chciały zejść — wreszcie inspicjentka musiała je zgonić, żeby nie wyeksploatowały rekwizytu.
Pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w premierze — oraz w imprezie poimrezowej. Mąż jednej z dziewczyn z administracji, z zamiłowania kucharz, który często przygotowuje dania na teatralne wydarzenia, tym razem przyszykował trójkolorowy biszkopt w kształcie krokodyla. Coś pięknego, aż szkoda było zjadać (ale się zjadało, smakowało świetnie). Poza tym na talerzach groźnie szczerzyły pyski warzywne krokodyle (odpowiednio powycinane zielone ogórki, ponabijane koreczkami — oczami, łapami, kolcami i ogonem). Było jeszcze parę innych, już nie tak tematycznych smakołyków, ale krokodyle (szczególnie ten biszkoptowy) wzbudzały największe zainteresowanie.
Czwarty tydzień to już moje nieteatralne wydarzenie — w ramach Festiwalu Nauki prowadziłam warsztaty na uczelni, z którą współpracuję. Słuchaczami byli gimnazjaliści (szczerze nie cierpię gimnazjum jako etapu szkolnego i gimnazjum jako wieku), ale było całkiem dobrze.
To, co mnie uderza i drażni, gdy mam występować publicznie, to napad obaw i stresu. Przecież to jest to, co chcę — i lubię! — robić, przecież gdy już stanę naprzeciwko publiczności, stres i obawy znikają, a raczej wyłączają się — więc czemu tak mnie to musi napadać przed? Jest już o niebo lepiej niż parę lat, potrafię porządnie wizualizować sobie swoje wystąpienie i racjonalnie rozkładać stres na kawałki — ale mimo to coś ciągle powraca. I psuje zabawę. I denerwuje, bo przecież — jak sobie tłumaczę — chcę prowadzić zajęcia, warsztaty, występować na gruncie naukowo-publicznym, więc jeśli to jest coś, co lubię i chcę robić, to czemu pozwalam, by stres, obawy etc. niszczyły mi radość?
Pracuję nad tym, by samodzielnie nie psuć sobie frajdy. Efekty widzę, tylko chciałabym ich więcej i szybciej.

Chwilami to, jak mi czas szybko ucieka, wręcz przecieka przez palce, rozwścieczało mnie i przerażało: dni płynęły szybko, wracałam do domu zmęczona, robiłam coś z dodatkowych rzeczy i padałam na twarz. Największy problem mam z czasem pracy — nie jestem przyzwyczajona do ośmiogodzinnego dnia roboczego od poniedziałku do piątku, od ósmej rano (ze wstawaniem o/koło szóstej), to nie mój rytm. Mój rytm to praca po nocy, późne wstawanie i późne zasypianie, praca w zasadzie non stop, tylko z elastycznym zakresem godzin, dopasowywanym po części pode mnie. Tu tego nie ma. Konieczność dopasowania się do systemu „od ósmej do szesnastej”, przyzwyczajenie się do wcześniejszego wstawania i chodzenia spać — to nadal wymaga ode mnie pracy. Więc pracuję nad tym. Paradoksalnie, lepiej mi się działa, gdy jestem na nogach od rana, bo gdy wstaję w południe, mam wrażenie, że cały dzień jest już w zasadzie zgubiony, wolniej i z większym trudem się rozruszam, właściwie gorzej się organizuję. Nie ma zatem tego złego — jeśli dzięki obecnej pracy przestawię porządniej mój rytm, wyjdzie mi to głównie na korzyść.
Nie zmienia to jednak faktu, że rytm „od ósmej do szesnastej dzień w dzień” to nie mój rytm. Nie znoszę tego uczucia, które chwilami dopada mnie po wyjściu z pracy (i załatwieniu po drodze zakupów etc.) — że dzień już mi minął, teraz to tylko myć się i spać.
Inna rzecz, że dopada mnie — i to uczucie, i zmęczenie — z powodu niewyspania i tego nieprzestawienia się dokładnie jeszcze na nowy rytm. Bo sama praca mnie nie męczy — w każdy razie w ciągu ośmiu godzin w teatrze z reguły nie odczuwam zmęczenia. Możliwe, że wówczas działa jakieś „rozkręcenie robocze”, które pozwalało mi wcześniej przetrwać najgorsze okresy, gdy najbardziej wykończona, chora etc. szłam do szkoły czy na uczelnię. I możliwe, że po wyjściu z teatru to rozkręcenie się wyłącza, bo mózg dostaje sygnał „fajrant” — i chce odetchnąć.
W każdym razie do szału doprowadza mnie to, jak niewiele zazwyczaj mam siłę zrobić po powrocie do domu. Zdecydowanie nad tym też muszę zapanować.
(Na marginesie, na pewno część winy ponosi również pora roku. Łatwiej mi się zebrać do czegoś o szóstej czy ósmej wieczorem, gdy za oknem jest jasno; teraz, kiedy dni są coraz krótsze, odzywa się we mnie instynkt niedźwiedzia, mruczący: „łóżko!”).


Żeby nie było, że tylko/głównie narzekam — bo tak naprawdę to narzekanie jest mocno na marginesie i nie jest podstawą mojego nastawienia do pracy — spisałam sobie całą listę „za co lubię moją pracę”. Plusów jest dużo:

–) mam własny pokój, a własna przestrzeń jest dla mnie niezbędna. We własnym pokoju mogę mieć wszystko poustawiane tak, jak mnie to odpowiada; mogę mieć bajzel lub idealny porządek; mogę kłaść nogi na stole (nie znoszę tego w amerykańskich filmach, ale sama stosuję od czasu do czasu, bo dzięki temu nogi mi odpoczywają); mogę wykonywać prywatne telefony bez uczucia skrępowania; mogę sobie zakląć pod nosem, gdy mi tego potrzeba (choć jakoś w tej pracy rzadko mi tego potrzeba); mogę się zdrzemnąć na krześle, gdy muszę, by odżyć;
–) mogę chodzić za darmo na spektakle — i to też w czasie pracy;
–) mogę uczestniczyć w próbach;
–) codziennie robię prasówkę, co oznacza, że mam regularny dostęp do czterech gazet, z których mogę sobie kserować lub wycinać interesujące artykuły (jak ten o twórczości Henry’ego Jamesa z którejś „Wyborczej”);
–) mogę czytać scenariusze spektakli — i tych wystawianych teraz, i tych, które będą wystawiane, i tych, które już wystawiono, i tych, których nie wystawiono w ogóle. Do tego nieraz dostaję egzemplarze z uwagami inspicjentki, dzięki czemu teksty są jeszcze ciekawsze;
–) mam czas, by zjeść i wypić herbatę. Na marginesie, to przerażające, ile ja w tej pracy jem — i jak normalnie, nie w biegu, i jak zdrowo — kanapki, warzywa, owoce, żadne drożdżówki, „Sevendaysy”, batoniki etc.;
–) mam czas, by pójść do toalety. To wcale nie jest takie śmieszne — znam ludzi, którzy w ciągu całego dnia pracy nie mają czasu, by spokojnie pójść do toalety, nie mówiąc już o zjedzeniu lub wypiciu czegoś;
–) mam w szafie sporo ciekawych książek i czasopism teatralnych; do tego mogę je brać do czytania do domu;
–) przed teatrem jest fontanna. Świetnie się jej słucha w czasie pracy — uspokaja i relaksuje, a poza tym po prostu miło jest słyszeć plusk wody;
–) lubię ludzi, z którymi pracuję, są sympatyczni i życzliwi. Nie zliczę już, ile osób i ile razy przez minione trzy tygodnie pytało, jak moje wrażenia w pracy;
–) wprawdzie mamy wyznaczony czas pracy od-do, ale ani kilku- czy kilkunastominutowe spóźnienie, ani konieczność wyjścia wcześniej lub w ciągu pracy nie stanowią problemu. Da się przecież odrobić — zwłaszcza gdy będzie trzeba dłużej zostać przed nadchodzącą premierą. W związku z tym żadne z moich wyjść — czy do lekarza, czy na uczelnię — nie wywołało negatywnych reakcji;
–) poznaję ciekawych ludzi. Zespół aktorski już spotkałam, poznałam też między innymi pisarza, dramaturga i dziennikarza, który współpracuje z naszym teatrem;
–) mogę wstąpić do ZASP-u (z którym już podjęłam krótką współpracę);
–) ponieważ mam samodzielne stanowisko, sama sobie organizuję i rozplanowuję pracę, a rozliczana jestem z efektu końcowego, nikt mi nie patrzy na ręce i nie wskazuje palcem „teraz to, teraz to, a teraz to”;
–) ponieważ teatr skupia się na dzieciach, muszę śledzić teksty dla dzieci. A teksty dla dzieci to świetna rzecz na odprężenie;
–) mam świetną dyrekcję — zwłaszcza panią dyrektor jestem zachwycona, bo to taki typ człowieka, jaki lubię: konkretny, zdecydowany, jasny, wyrazisty, silny;
–) niemal codziennie zachwycam się strojem pani kierownik administracji — kobieta ma styl, który sama preferuję, i lubi, jak ja, wysokie obcasy;
–) dzięki tej pracy rozruszało się moje czytanie — połykam jeden tekst dramatu za drugim. Znalazłam już ze dwa-trzy nazwiska wyjątkowo ciekawych autorek, z Maliną Prześlugą na czele;
–) często zdarzają się zabawne/miłe momenty — na przykład przychodzę któregoś dnia do pracy, skręcam w korytarz naszego działu, a tam, między sekretariatem a administracją, stoi sobie, oparty o ścianę — wielbłąd. Wielka lalka z któregoś przedstawienia, o ośmiu garbach obitych miękką tkaniną. Wprawił mnie w świetny humor na cały dzień. W kuchni często ktoś coś stawia na stoliku jako poczęstunek dla wszystkich — żona kucharza z zamiłowania przynosi chleb jego wyrobu (raz był chleb i ugotowany bób, nie mogłam się oderwać od talerza), inspicjentka kroi na kawałki jabłka, marchewki i kalarepę (wielbię kalarepę, marchewki i jabłka zresztą też), a potem chodzi po pokojach i upomina, by to zjadać; sama ostatnio zaniosłam do pracy wielki kosz jabłek (w końcu się trochę zmobilizowaliśmy w domu i pozrywaliśmy owoce z części drzew), też się ludzie ucieszyli;
–) nowy budynek teatru jest świetny, przyjemnie na niego popatrzeć i na zewnątrz, i od środka. Zupełnie inaczej pracuje się w ładnym wnętrzu (porównuję z koszarami mojego uniwersytetu— to naprawdę inny klimat);
–) ta praca zobowiązuje mnie do uczestniczenia w pewnych wydarzeniach kulturalnych — a to z kolei wyciąga mnie z domu, wypycha do ludzi. Potrzebuję takiej stymulacji, sama się obecnie za nią rozglądam;
–) dostawanie stałej pensji, w z góry określonym terminie i z pewnością, że się ją dostanie, jest cudowne. Od stypendium jest lepsze nie tylko z powodu wysokości, pewności, że w wakacje też będzie i świadomości, że za rok nie będzie trzeba szarpać się ze składaniem masy dokumentów, by znów je dostać, ale i przez to, że wiadomo, kiedy będzie i nikt nie przetrzymuje tych pieniędzy do ostatniej dozwolonej chwili wypłacania. Dlaczego jest lepsze od umowy-zlecenia/umowy o dzieło, to już nawet nie ma się co rozpisywać. W ramach uczczenia wrześniowej pensji kupiłam dzisiaj prześliczny biały żakiet oraz trzy sukienki (dwie moje, jedna mamy i moja na spółkę) oraz budzik (ładna obudowa, imituje ciemne drewno, a alarm jest dość głośny, powinnam reagować).

Pewnie za jakiś czas dodam następne plusy — i liczę, że szybko poradzę sobie z tym minusem w postaci wymiaru czasu pracy oraz porannego wstawania. Poza tym mam nadzieję, że ruszę się od października porządnie z pisaniem i czytaniem internetowym; zaległości w czytaniu (oraz komentowaniu) mam koszmarnie duże, a co do pisania, brakowało mi, jak wspominałam, Fragmentownika — a także Musivum. Ostatni tekst na żurnalu opublikowałam pierwszego czerwca i od tamtego czasu niewiele napisałam. Na blogu potrzebuję jakiejś formy ciągłości i wielorodności, a nie tylko podsumowywania „co to było, gdy mnie tu nie było” i postanowień, że już nie pozwolę sobie na takie zawieszki.
Tak, dodam sobie te postanowienia do którejś listy.

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz