Listobsesja


Listobsesja, czyli obsesja na punkcie list, to coś, z czym radośnie żyję od wielu lat. W podstawówce spisywałam w małym notesiku mangi, które chciałam kiedyś mieć, i mangi, które chciałam sama napisać (napisać właśnie, nie narysować, bo część dotycząca rysunku odsuwała się w moim umyśle gdzieś na bok — w połowie liceum zrozumiałam, dlaczego: moim żywiołem i naturalną przestrzenią jest słowo, w nim doskonale i całkowicie się realizuję, a połączenie słowa z rysunkiem to nie moja działka), mangi posiadane, zdobyte karteczki, filmy, zakładki, rysunki, naklejki, fanbooki etc. — prym wiodła tworzona co jakiś czas od nowa i aktualizowana potężna lista gadżetów związanych z Czarodziejką z Księżyca; w liceum robiłam listy książek do przeczytania w ciągu życia; od początku studiów magisterskich listy stały się niezbędnym elementem mojego życia i zaczęły obejmować coraz więcej jego obszarów; na doktoranckich dzień bez listy był właściwie nie do pomyślenia.
 
Listę robię na każdy w zasadzie temat: listę planów, marzeń i zamiarów w życiu; listę planów na dany rok; listę rzeczy do zrobienia na dany miesiąc, tydzień i dzień; listę spraw na wakacje, święta, jakikolwiek wydzielony czas (majówka, wyjazd, wolny dzień); listę książek do przeczytania (w ciągu życia, w ciągu następnych pięciu lat, w ciągu roku, w ciągu miesiąca, czasem w ciągu tygodnia, choć obecnie te tygodniowe najsłabiej się sprawdzają); listę luk czytelniczych; listę książek do powtórzenia; listę książek czytanych w danym roku; listę książek przeczytanych w danym roku; listę książek kupowanych w danym roku; listę książek kupionych w danym roku; listę gazet kupowanych w danym roku; listę płyt i filmów kupowanych w danym roku; listę książek posiadanych w ogóle (mój katalog książek został zawieszony w chwili przeprowadzki, muszę nadrobić ostatni rok); listę filmów do obejrzenia; listę rzeczy; które sobie kupię i spraw, na które będę sobie mogła pozwolić, gdy zacznę porządnie zarabiać; listę rzeczy, które mi spowalniają tempo pracy; listę rzeczy, które mnie we mnie denerwują, które w sobie lubię, które chcę w sobie rozwinąć oraz zastopować; listę tekstów, które chcę w danym roku napisać (moje pisarskie zawieszenie śmieje się ostatnio tej liście prosto w stronę); listę języków, które chcę udoskonalić i których chcę się kiedyś nauczyć; listę aktywności, które chcę w którymś momencie życia podjąć; listę tekstów internetowych, które chcę przeczytać i/lub skomentować; listę tematów, o których chcę napisać posty; listę pomysłów na artykuły i wywiady do gazety internetowej; listę książek, filmów, piosenek, które mnie odprężają, działają stresobójczo i/lub pasują do postawy QA (w najbliższym czasie napiszę o QA możliwie dokładnie) oraz pasują do moich tekstów; listę ludzi, których obecność sprawia mi przyjemność i z którymi chcę podtrzymywać kontakt; listę ludzi, którzy działają na mnie toksycznie i których chcę możliwie najbardziej odsunąć od siebie; listę rzeczy, które chcę i których nie chcę znaleźć w potencjalnym związku uczuciowym; listę rzeczy, które powinnam robić częściej i które powinnam robić rzadziej; listę list, które powinnam/chcę zrobić; listę porządków w pokoju i/lub w życiu (to mi się często łączy, na zasadzie dwóch poziomów przestrzeni osobistej: mikro i makro); listę rzeczy, które mnie w danym momencie martwią, przerażają, stresują i/lub denerwują — wraz z rozpisaniem, czemu tak jest i co mogę na to poradzić; listę wydatków planowanych i realnych; listę powodów, dla których jestem z siebie dumna; listę rzeczy, których nie powinnam i które powinnam jeść; etc., etc., etc.

Jednym słowem, listy są naturalnym elementem mojego życia. Robienie list mnie odpręża, uspokaja, a zarazem mobilizuje, utrzymuje w ryzach i nastawia na działanie — bo robiąc listę, czuję, że panuję nad swoim życiem. Brak listy to brak kontroli, a kontrola nad własnym życiem to coś, co uwielbiam (i co muszę mieć, inaczej uruchamia się we mnie „panika braku kontroli”). Jasne, nie zawsze i nie wszystko można mieć pod kontrolą, ale lista to ułatwia.
Są i „czarne dni listy” — gdy jestem potwornie zmęczona, źle się czuję, mam spadek nastroju, energii i chęci robienia czegokolwiek, listy idą w odstawkę (choć i tak nierzadko o nich myślę). Mniej lub bardziej świadomie zdarza mi się machnąć ręką na listę na przykład z planem na dany dzień czy tydzień, odpuścić sobie — bo czuję, że potrzebuję wyluzowania. (Później, już z odzyskaną energią, siadam i robię listę rzeczy do nadrobienia ze starej listy plus do zrobienia jeszcze. Jestem listowo niereformowalna).
„Lista rzeczy do zrobienia” to także sposób, by wyraźnie sformułować, zebrać i realizować to, o czym marzę; dopóki nie mam zapisanego na kartce „Chcę zacząć chodzić do jakiejś siłowni lub na fitness”, dopóty ten zamiar będzie mniej lub bardziej luźny, gdzieś tam posiedzi sobie w głowie, w którymś momencie nawet się rozmyje/zapomni/zniknie. Gdy jest zapisany — jest wyraźny. Gdy jest zapisany z jakąś datą — nabiera siły w swoim „chcę”. Zresztą w ogóle tak na mnie działa to, co zapisane — jeżeli zanotuję coś, to później świetnie o tym pamiętam, nawet jeśli długo nie zaglądam do notatek; jeżeli nie zanotuję, to mi umknie. Świadomość, że coś zapisałam, działa na mnie zapamiętująco.
No i poważniej (dla mnie) wygląda to, co zostało zapisane — jest bardziej „cielesne”.

Poza tym listy to świetna zabawa, metoda na odprężenie i sposób na zajęcie rąk.
Co do zajętych rąk — jestem przyzwyczajona do robienia paru rzeczy naraz, więc często z trudem przychodzi mi się skupić tylko na jednej. Nie dotyczy to czytania lub pisania — wtedy wprawdzie też się nierzadko odrywam, by a to coś sprawdzić w Internecie, a to coś szybko zrobić, lecz przy czytaniu i pisaniu nie mam syndromu niezajętych rąk. Syndrom niezajętych rąk pojawia mi się podczas oglądania filmów, spotkań towarzyskich w kawiarni czy restauracji, wszelkiego rodzaju wykładów, konferencji etc. To taki krzyk mózgu: „Mam za mało roboty!”, wynikający nie ze znudzenia czy niechęci do przebywania w danym miejscu, tylko z tego właśnie, że z reguły robię dużo i naraz/prawie naraz. Rozwiązania? W kinie najlepszym rozwiązaniem okazał się popcorn — gdy jedna dłoń trzyma karton, a druga unosi popcorn do ust, mózg daje się oszukać i myśli: „Coś robię, nie marnuję czasu”. Gdy oglądam filmy w domu, to jednocześnie przy nich czytam, piszę lub sprzątam. W kawiarniach i restauracjach międlę w palcach serwetki, kartki, zginam słomki, zdarzało mi się połamać na drobne kawałeczki styropianowe kubki. Najbardziej problematyczne wydawały się wykłady i konferencje (na zajęciach, które sama prowadzę, nie ma problemu, bo: a) mówię; b) gestykuluję, a gdy macham dookoła siebie rękami, mózg uważa, że pracujemy za troje). W czasie wykładów i konferencji nie można/nie wypada czytać, raczej trudno też pisać artykuł czy cokolwiek w tym stylu; za to napisać listę rzeczy do zrobienia — w sam raz! Poza tym podczas takich okazji czuję się szczególnie mocno zmotywowana do dalszej pracy, więc potrzeba listy aż we mnie wyje. Sama lista nie przeszkadza w słuchaniu i rozumieniu wystąpień; mam podzielną uwagę, może nawet chwilami zbyt podzielną, i naprawdę chwilami odnoszę wrażenie, że mój mózg szepcze mi do ucha: „Robimy teraz tylko jedną rzecz? No co ty, jaja sobie robisz?”.
Lista to też metoda na odprężenie, ponieważ naprawdę uspokaja mnie spisanie tego, co chcę zrobić; wprawdzie czasem wywołuje to dodatkowo panikę („Jak ja się z tym wyrobię, jak ja się z tym wyrobię?”), ale ta panika jest również stymulująca i motywująca. Skoro mam plany/zamiary/sprawy do załatwienia na piśmie, to już po części je ogarnęłam. Jest dobrze. Wiem, na czym stoję. Mogę zacząć działać, by wkrótce skreślić kolejno punkt po punkcie.
Wreszcie — lista to świetna zabawa, bo właśnie podczas jej robienia czuję, że wyrastają mi skrzydła: chcę wiele, mogę wiele, zrobię wiele; na liście mogę zamieścić nawet to, co bardzo mało prawdopodobne (na jednej sprzed paru lat zamieściłam: „Chcę się nauczyć lewitować”, bo choć na lewitowanie mam mniejsze szanse niż na wyczynowe uprawianie sportu, to jednak samo marzenie wtedy we mnie było i zachciało mi się je zapisać) oraz to, co mniej czy bardziej odległe w czasie (stąd na obecnej liście „Co sobie kupię, gdy zacznę porządnie zarabiać” zapisałam między innymi również samochód i dopiszę wielkie kino domowe — chociaż pieniędzy na to jeszcze kawał czasu nie będę miała, do uzyskania prawa jazdy też mi daleko, a wielkie kino domowe to taka fanaberia — uznałam po prostu, że miło będzie zrobić sobie za którymś razem powtórkę wszystkich serii The L Word i Sex and the city na potężnym ekranie. Moja lista, moje prawo puszczać wodze fantazji).

Listy najczęściej robię ręcznie; te „wielkie” — roczne, dotyczące luk książkowych czy listy w rodzaju „wielki spis tego, co MUSZĘ w życiu przeczytać/zrobić/stworzyć” notuję prawą ręką, „mniejsze” — dzienne, tygodniowe, miesięczne — prawą lub lewą. „Mniejsze” zapisuję na luźnych kartkach, bardzo często takich „do wtórnego użytku”, czyli już zapisanych z jednej strony — to dotyczy szczególnie list dziennych; „wielkie” na brudno — na czym się da, na czysto natomiast spisuję je na kartkach obustronnie nietkniętych, niekiedy jakoś przyozdobionych (typu: stara papeteria). „Wielkie listy” lubię też robić na komputerze — wtedy mogę je upiększać, na przykład wybieram rozmaite czcionki lub zamiast punktów „1, 2, 3” używam obrazków albo liter alfabetu greckiego (zresztą alfabetem greckim i hebrajskim z zasady numeruję ręcznie spisywane notatki). Listy „mniejsze” wyrzucam, „wielkie” zostawiam, zwłaszcza że siłą rzeczy towarzyszą mi one przez dłuższy czas. Pewnie dlatego właśnie odpowiada mi zamieszczanie list na żurnalu/blogu: w ten sposób mam dany zapis cały czas pod ręką (bo to jest niebezpieczeństwo spisania czegoś na kartce papieru i schowania do teczki: gdy lista zniknie z oczu, zniknąć też może czasem przynajmniej część rozpędu do jej zrealizowania).

Moją listobsesję pielęgnuję bardzo czule (pomyślałam właśnie, że może powinnam zrobić listę rzeczy wspierających robienie list i przeszkadzających temu...); podejrzewam, że ja i ona to związek na całe życie — co mi jak najbardziej odpowiada. Lubię mieć moje listy na widoku — i lubię mieć je wszędzie, gdzie tylko mogę, więc tutaj też się nieraz pojawią.
A teraz, żeby pozostać w klimacie list, idę zrobić listę filmów, o których ściągnięcie zamierzam pomęczyć koleżankę.

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz