Efekty przemyślanego impulsu



Preferuję „impulsy głęboko przemyślane”. Wyglądają one tak: najpierw z reguły pojawia się raz lub parę razy jakaś luźna myśl, którą się bawię, przysuwam do siebie i odsuwam; następnie zjawia się silny impuls, do pewnego stopnia wynikający z wcześniejszej luźnej myśli, impuls tak intensywny, że już wiem: tym się nie da tylko niezobowiązująco bawić, to trzeba zrobić; potem następuje etap „głębokiego przemyślenia”, który wcale nie musi trwać długo, za to działa na wysokich obrotach; a później, gdy już mam wyraźną wizję tego, o co mi chodzi, siadam i zaczynam to robić, zazwyczaj bez względu na porę dnia/nocy, zmęczenie etc.

Tak właśnie wyglądało założenie tego blogu: od paru dni chodziło mi po głowie, że mogłabym sobie stworzyć osobne konto, by pisać o psie, może o książkach od nieco innej niż dotąd strony, może jeszcze o czymś — a w środę w nocy wyklarował mi się porządny pomysł, więc dziś nad ranem grzebałam się zawzięcie w szablonie, podstronach oraz całej reszcie.
Impuls miał kilka przyczyn. Prowadzę wprawdzie od pięciu lat blog na innym portalu, ale w ciągu ostatniego roku sporo istotnych rzeczy się u mnie pozmieniało i teraz, gdy mieszkam w nowym domu, za chwilę zacznę nową pracę, mam nowe wizje i nowe pomysły na siebie, a nawet pojawiły się nowe sprawy w moim życiu prywatnym — odczuwam potrzebę posiadania dodatkowo nowej przestrzeni. Dotychczasowy żurnal służy mi bardziej do wynurzeń osobistych (czemu sprzyja opcja „posty widoczne tylko dla zaprzyjaźnionych”) i wydaje mi się teraz, że kiszę się trochę we własnym (starym) sosie, choć jednocześnie lubię ten stary sos — nie jest niestrawny i nie zamierzam go wylewać, po prostu on będzie w jednym garnku, a nowy w drugim, zależnie od zachcianki wybiorę, czym wolę polać potrawę. W dodatku Blogspot w pewnej chwili bardzo mi się spodobał (napatrzyłam się na niego, gdy zgłaszałam swój tekst do kolejnych ocenialni) i nabrałam ochoty na posiadanie tu konta. „Musivum” z różnych względów nie przeniosę (raczej) z LiveJorunala, prywatnego dziennika też nie zlikwiduję/nie przeprowadzę, ale coś zupełnie nowego mogę sobie stworzyć*.
W efekcie powstał „Fragmentownik”**, miejsce na moje fragmenty: zapiski dotyczące książek, psa, QA, pisania, filmów i muzyki, list (na ich punkcie mam istną obsesję) i masy drobiazgów, które nadają smak mojemu życiu. Więcej o blogu i o sobie zamieściłam w „Spomiędzy stron”, tam się porządnie rozgadałam.


* Jasne, ta nowość jest pojęciem względnym. Moja nowa praca będzie się łączyć z tym, co robiłam wcześniej, moje nowe wizje i moje nowe pomysły na siebie to głównie ewolucje tych dotychczasowych wizji i pomysłów, których nie odrzucam, tylko przerabiam, a nowe sprawy w życiu prywatnym nie są rewolucją zmieniającą o sto osiemdziesiąt stopni moje podejście do życia, tylko się w to podejście wpisują na zasadzie całkiem logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, a nowy blog pod najistotniejszymi względami nie będzie się mocno różnił od blogu starego, bo nadal będę pisać o tym, co mnie interesuje i co jest dla mnie ważne, tylko z nieco innym rozłożeniem akcentów. W gruncie rzeczy najbardziej nowy jest mój nowy dom — szczególnie nowe jest to, że wreszcie ktoś — czyli moja rodzina — zaczął o niego dbać. Może kiedyś opiszę, w ramach sentymentalnej notatki postremontowej, jak to zaraz po zamieszkaniu tutaj gołymi rękami wyrywałam z połowy ogrodu chwasty niemalże mojego wzrostu i jak malowałam diabelnie długi płot, który ostatni raz puszkę z farbą widział chyba te trzydzieści lat temu, gdy poprzedni właściciel go stawiał.
** Teraz muszę się tylko rozprawić z szablonem — chciałabym mieć coś innego niż to, co pobrałam z dostępnych szablonów i obrobiłam nieco własnymi siłami. Powinno być fioletowo i z książkami, to na pewno.

Podziel się tym:

ROZMOWA

0 komentarze:

Prześlij komentarz